Fabryka Działań Niezwykłych

Fabryka Działań Niezwykłych

Przy jednej z głównych ulic Szczecina w piwnicy pod sklepem z sukniami ślubnymi można znaleźć niewielką herbaciarnię i galerię Pod Sukniami. Tam Romek Zańko prezentuje prace artystów, którzy nie dbają o własne kariery. Mówi się o nich „niepełnosprawni”.

Przemierza kilometry zniszczonym maluchem. Podróżuje po Polsce, poszukując ludzi, którzy tworzą w domach pomocy społecznej i warsztatach terapii zajęciowej.

— Dla mnie to, co oni robią, jest świetne, tylko do tej pory było pokazywane w nie najlepszy sposób — mówi Romek Zańko — dlatego zwróciłem się do znanych szczecińskich artystów o pomoc przy aranżowaniu wystaw. Jerzy Lipczyński i Maciej Woltman to osoby, na których pomoc zawsze może liczyć.

Wnętrze herbaciarni — nieotynkowane, pociągnięte różnymi kolorami ściany, ruszające się płyty chodnikowe na podłodze, nieprzeciętny wybór herbat i sałatek — świadczy o fantazji gospodarza.

— To jedno z nielicznych miejsc w Szczecinie, w którym naprawdę coś się dzieje — mówi studentka–wolontariuszka, która spędza tu każdą wolną chwilę. — Galeria przyciąga ludzi twórczych, którzy chcą coś zrobić dla innych.

Podobno właśnie tu chodzi się na wagary.

Zanim wpadł na pomysł stworzenia galerii, prowadził sklep z indyjskimi ciuchami. Jednak to nie wystarczało mu jako pomysł na życie. Już wcześniej w Warszawie zetknął się ze wspólnotami Wiary i Światła. Tam poznał muminki, czyli osoby z upośledzeniem umysłowym.

— Od początku mnie zafascynowali. Był tam Wiesio, który za każdym razem, gdy ktoś grał lub śpiewał, wychodził naprzeciw i z wielką powagą dyrygował. To był prawdziwy performer — śmieje się Romek.

Z takich spotkań narodził się pomysł tworzenia teatru z osobami niepełnosprawnymi. Przygotowywali sceny z wesela w Kanie Galilejskiej według tekstu Brandstaettera, szukali pomysłów na inscenizację Pana Tadeusza, a także bajki Cztery słonie. Próby odbywały się w salach duszpasterstwa dominikańskiego.

— Chyba nawet nikt nie wiedział o naszych próbach, bo spotykaliśmy się dość wcześnie i wychodziliśmy, zanim ktokolwiek się zorientował — śmieje się Romek.

Radość tworzenia

Pomysł na galerię Pod Sukniami zrodził się sześć lat temu.

— Nie byłoby galerii, gdyby nie Konrad — opowiada Romek. — Kiedyś zobaczyłem jego prace — setki figurek różnej wielkości przedstawiających smukłe postacie kobiet i mężczyzn, często przytulonych do siebie. I tak się zaczęło. Obok ludzkich figurek innym ulubionym tematem Konrada są muchomory. Rzeźbi je we wszystkich możliwych rozmiarach, a potem maluje. Podczas warsztatów, w których brał udział, mieli z nim niemały kłopot. Zbyt szybko wykonywał zadaną pracę, po czym szedł do lasu i godzinami wpatrywał się w grzyby, leżąc na brzuchu — wspomina.

Konrad Kwasek nie potrafi mówić, ale cieszy się, kiedy Romek opowiada komuś o jego pracach. Sam pokazuje ulubione rzeźby, układa, podnosi do ust, jakby coś sprawdzał lub witał się z nimi. Jego sztuka powstaje w trudnych warunkach — stępione dłuto, zepsuty młotek, przeciekający dach, a ostatnio walka z ciężką chorobą. Jednak nic nie jest w stanie zniechęcić go do tworzenia.

— Przyjeżdżało wiele osób znających się na sztuce — mówi Zańko. — Zwracali uwagę na niezwykłe wyczucie bryły i fakt, że jego rzeźby przypominają dzieła prymitywistów, ale niewiele z tego wynikało. Pomyślałem, że jeżeli rzeczywiście te rzeźby są dobre, to trzeba zrobić wystawę. Dlatego mówię, że galeria narodziła się z buntu.

Galeria Pod Sukniami zajmuje się promocją sztuki nieprofesjonalnej z kręgu „art. brut”. Artyści, których prace są wystawiane, to przede wszystkim osoby niepełnosprawne, upośledzone, chore psychicznie. „Nie sądzimy, aby każdy mógł być artystą, ale wielu z tych, którzy nimi są, jest pozbawionych prawa do tego miana. Nie mając »normalnych« zdolności organizacyjnych i zaradności, nie usiłują zdobyć zainteresowania dla swej sztuki, wystarcza im radość jej tworzenia” — można przeczytać w folderze Galerii. Pod Sukniami prezentowane były m.in. prace Łukasza Waśniowskiego i Oli Siuty z Grupy Plastycznej z Krakowa, wystawa Rysia Podgórskiego Anioły oraz Świętości Marii Wnęk, tzw. Nikiforki. Obecnie w Pod Sukniami można zobaczyć Byki Haliny Dylewskiej. Z zalanych czerwienią płócien patrzy mnóstwo twarzy, którym niesłysząca i niema artystka przyprawiła rogi. „Są to przede wszystkim twarze ludzi, które mówią o emocjach za pomocą środków najoszczędniejszych z możliwych. Krzyk, który słychać w jej obrazach, nie jest mniej autentyczny i przejmujący niż u Muncha. Obraz Muncha w porównaniu z pracami Haliny Dylewskiej może się wydać nawet niepotrzebnie dekoracyjny” — pisał w programie wystawy krytyk sztuki Piotr Kopszak.

Wybierając prace, Romek Zańko stara się zainteresować nimi historyków i krytyków sztuki, często korzysta z ich porad. Szuka też artystów, których dzieła mogłyby wejść w dialog z pracami odkrytych przez niego twórców. Proponuje wtedy wspólne ekspozycje, tak jak to miało miejsce w wypadku wystawy Mikołaja Blachowskiego tworzącego w warsztatach terapii zajęciowej w Bydgoszczy, obok którego swoje prace prezentowali zawodowi artyści Waldemar Wojciechowski i Witek Gawłowicz. Pomysł spotykania znanych artystów i tych, którzy nie potrafią zadbać o swoje kariery, zaowocował dwa lata temu wspólnym plenerem we Włoszech. W podróż po najpiękniejszych zakątkach Sorrento, Bari, Rzymu i Wenecji wyruszyli m.in. Konrad Kwasek, mieszkańcy domów pomocy społecznej — Tadeusz Głowala i Henryk Żarski, członkowie Grupy Plastycznej z Krakowa, Jarek Koziara, dwie rzeźbiarki: Dorota Gaudyn–Otowska i Ela Blanka Sawicka oraz szczeciński malarz i rzeźbiarz Jan Michał Szewczyk. Plener zakończył się wystawą prac w Bari, a następnie poplenerową ekspozycją w Szczecinie pt. Włochy Pod Sukniami. „Ten konglomerat technik, form i wizji powstał dzięki chemii wytworzonej w wyobraźni pracujących ze sobą artystów. Chemii na tyle intensywnej, że aż kusi zabawić się w poszukiwania wzajemnych wpływów i podpatrzeń” — pisał o wystawie Piotr Klimek.

Utrzymująca się z baru sałatkowego i herbaciarni galeria boryka się z trudnościami finansowymi. Co się stanie, jeśli trzeba będzie zamknąć herbaciarnię?

— Nic. Będę robił dalej wystawy w bramach i na ulicach — odpowiada właściciel galerii. Doświadczył już zresztą tułaczego życia: latem przez dwa miesiące wędruje z synem wzdłuż wybrzeża, zarabiając rysowaniem i improwizowanymi spektaklami.

„Oni tu cuda wyprawiają…”

Co jakiś czas podwórko kamienicy, w której mieści się galeria, wypełnia się publicznością. W czerwcu odbywają się tu Święta Działań Niezwykłych, a w styczniu Święto Aniołów, czyli koncerty, przedstawienia teatralne, happeningi. Jest to czas wspólnego tworzenia przez osoby niepełnosprawne i artystów profesjonalnych. Ostatnim pomysłem jest czytanie bajek z towarzyszeniem muzyki i projekcjami slajdów. Na podwórku pojawiają się zastawione stoły. Obowiązuje zasada wolnego wstępu dla wszystkich. Właściciel galerii nie wyobraża sobie, że za sztukę można brać od kogoś pieniądze.

— Oni tu cuda wyprawiają — opowiada jedna z mieszkanek kamienicy. — Zjeżdżają z okien na linach, wieszają różne malowidła. Kiedyś bałam się, że coś zniszczą, ale teraz wiem, że to bardzo dobrzy ludzie, tylko trochę zwariowani.

Podczas Święta Aniołów z okna klatki schodowej zjechał na linie w stroju anioła aktor Teatru Współczesnego Arkadiusz Buszko, po czym zabrał ze sobą chłopaka z zespołem Downa i razem przypięci poszybowali do okna na drugim piętrze. Adam zapytany, czy nie bał się wjeżdżać tak wysoko, odparł: „Czego miałem się bać, mam już przecież trzydzieści lat!”.

Była to akcja teatralna inspirowana bajką napisaną przez chłopca z krakowskiego ośrodka dla osób z porażeniem mózgowym. Teksty pisane przez dzieciaki pod okiem Ali Muchy Romek podsunął zespołowi VooVoo.

— Przychodził na nasze koncerty i usiłował nas zainteresować twórczością osób upośledzonych. Gdy mówi się o takich osobach, to każdy słucha tego z pewnym dystansem. Ale gdy przeczytałem te tekściki, to zwariowałem — wspomina Wojciech Waglewski. — Kto się z nimi zetknął, był zachwycony. Ich autorzy operują taką wyobraźnią, która jest nam zupełnie nieznana, mają zupełnie inną optykę.

Absurdalne opowiastki można usłyszeć na płycie VooVoo oraz w wykonaniu Jana i Marii Peszków w spektaklu wyreżyserowanym przez Piotra Cieplaka Muzyka ze słowami w warszawskim Teatrze Studio. Określenia „przystojny na twarzy”, „ładna z prostymi nogami” weszły zarówno do języka artystów, jak i widzów.

— Cieszę się, że mogę uczestniczyć w takim przedsięwzięciu, bo to jest czysta sztuka — przyznaje Jan Peszek. — Te bajki w ciepły sposób opowiadają o człowieku. Jest w nich żywioł teatru.

Artyści niepełnosprawni?

Święto to czas, kiedy podział na amatorów, artystów zawodowych czy niepełnosprawnych zostaje zawieszony. Bretońska pieśniarka, prawosławny chór, Teatr Klamra, Teatr Wjazdowa, aktorzy Teatru Współczesnego i Kany po występach idą razem na naleśniki. Romek dowiedział się od znajomego, że w Rzadkowie koło Piły Wojciech Retz stworzył wraz z chłopakami z Domu Pomocy Społecznej zespół teatralny i muzyczny Na Górze i urządza święta o podobnym charakterze: Święto Zwyczajnej Niezwykłości, Dzień jedności z Krasnoludkami. Prędzej czy później musiało dojść do ich spotkania.

— W Szczecinie zagraliśmy z VooVoo, a potem z Kazikiem i z zespołem Hey — wylicza na palcach Adam Kwiatkowski, lider zespołu Na Górze. Dzięki Romkowi o zespole usłyszał Robert Friedrich z Arki Noego i zaproponował im profesjonalne nagrania. Dziś zespół Na Górze jeździ z koncertami po całej Polsce.

Na Górze zawsze starało się unikać „upośledzonych” imprez, wyłącznie dla niepełnosprawnych, aby nie zamknąć się w getcie. Wybierali takie, podczas których naprawdę można spotkać się z publicznością. Spektakl Sny są samotne pokazywali na poznańskiej Malcie oraz na Łódzkich Spotkaniach Teatralnych — tam wyróżniono ich nagrodą i dobrymi recenzjami. Udało się osiągnąć to, na czym im zależało — aby widz po spektaklu czy koncercie nie klaskał z litości, ale robił to „z podziękowania za dobrą robotę artystyczną”. W finale spektaklu chłopcy zapraszają widzów do wspólnego stołu i częstują herbatą. Po skończonym przedstawieniu zdarza się, że podbiegają do widzów, aby się z nimi uściskać. Tym właśnie tzw. „teatr dla życia” różni się od innych teatrów.

— Jest to teatr, w którym można się mylić, w którym ma prawo się nie udać — podkreśla prof. Lech Śliwonik, rektor Akademii Teatralnej w Warszawie, od lat zajmujący się problematyką teatru alternatywnego. — Nie może być natomiast musztry, nakazu i prowadzenia za rękę. Estetyka i kreacja mogą się zdarzyć, ale nie muszą. Ważniejsze jest, żeby teatr pozwolił człowiekowi zaistnieć. Jeżeli stworzymy taką sytuację, że oni będą pełnosprawnymi dawcami, będą nam mogli przekazać swoje emocje, przeżycia, to wtedy może dojść do spotkania.

Niewiele jest miejsc, w których taka twórczość może istnieć na normalnych zasadach i prowadzić do prawdziwych spotkań.

— Problematyka osób niepełnosprawnych stała się tematem modnym — mówi Zańko. — To dobrze i źle zarazem. Źle — bo, moda tak jak przychodzi, tak szybko może odejść, pozostawiając niezmienioną sytuację, nierozwiązane sprawy.

Galeria Pod Sukniami i idea teatralnych świąt powstała z buntu przeciwko izolacji, w której utrzymywana jest sztuka tych wyjątkowych twórców. O tym, czy nazywamy kogoś artystą, decydować powinno nie orzeczenie lekarskie, ale szczególna wrażliwość i umiejętność wyrażania siebie w języku sztuki. A tego twórcom związanym z galerią Pod Sukniami z pewnością nie brakuje. Prace niektórych z nich można było podziwiać w Centrum Sztuki Współczesnej na wystawie Włodzimierza Jurkowa Oswajanie świata. Romek Zańko żałował, że na plakacie pojawiło się słowo „niepełnosprawni”, a nie napisano po prostu „artyści”. Ale zdaje się, że na to będzie musiał jeszcze trochę poczekać.

Fabryka Działań Niezwykłych
Magda Dakowska-Kamińska

absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie i Wydziału Polonistyki UW, współtworzy Teatr Klamra należący do kręgu „teatru dla życia”, który brał udział m.in. w Święcie Aniołów oraz w przeglądzie Teatry w Podwórku organizowanych przez Galerię pod...