Filiżanka z pomidorem

Wskazówka prędkościomierza kiwa się poniżej siedemdziesiątki. Nie dociskam, nic mnie nie goni. Głaszczę wzrokiem łagodne pagórki pól, drzewa przy miedzach, domy z lekko spadzistymi dachami, podniesionymi, gdy syn się ożenił, gdy córce urodziły się dzieci, a pieniędzy i ziemi nie starczyło na osobne budowanie, więc tylko nowe piętro doszło i drugi samochód na podjeździe. Przy domach zadbane pergole, kwietniki, skalniaki. Wsi nie tak znów spokojna, wsi czule zadbana… Mijam ochotnicze straże pożarne, kościoły, ryneczki, sklepy spożywcze sieci na be i sieci na es. Nie mijam ławeczek, bo tych już nie ma – pożarły je poszerzone drogi, ścieżki rowerowe i krawężniki, czułe objęcia ciotki Unii. Droga w atlasie oznaczona jest na żółto, jej numer składa się z trzech cyfr – takie kocham najbardziej. Te, na których spieszyć się znaczyłoby przegapić czerwone głowy maków, stłoczone i pochylone ku jezdni, jakby wyglądały przejezdnych; znaczyłoby przegapić pola lawendy przypominające pastelową poświatę i odwracać wzrok od iskrzącego żółcią rzepa
Zostało Ci jeszcze 80% artykułu