Fotografie z pamięci

Fotografie z pamięci

To spotkanie było starannie przygotowane przez Opatrzność. Nie ma mowy o żadnej przypadkowości w całej historii, którą opowiadamy tutaj na raty, przy okazji spełnionych, ale jeszcze nieukończonych badań naukowych. We wszystkich codziennych, małych, niepozornych dzianiach się, we wszystkich stawaniach dostrzegał Bozowski „reżyserię Pana Boga”.

Sacra conversazione

Najpierw opis fotografii, zrobionej wedle ks. Jana Twardowskiego gdzieś około 1975 roku. Kącik modlitwy ks. Bozowskiego, zapewne ten u wizytek, w którym bywałem właśnie wtedy najczęściej, z żoną, świeżo po ślubie, a także z wieloma przyjaciółmi z Krakowa i Warszawy. Posłaliśmy Bozowskiemu nasze zdjęcie ślubne, na jego wyraźne życzenie, natychmiast niemal po spotkaniu w Rudawie, w czerwcu 1971 roku. Wisiało potem nad łóżkiem sługi Bożego, tutaj chyba nie jest ujęte obiektywem. W tym zbiorze można rozpoznać wiele słynnych i zupełnie nieznanych osób. Nasza ślubna fotografia gnije teraz zapewne w ziemi z czcigodnymi prochami duszpasterza, zgodnie z wolą Bronka, wyrażoną w testamencie opublikowanym w Proboszczu niezwykłej parafii (s. 368) 1 „Fotografie, którymi pokryte są ściany moich pokoików (…) włóżcie mi do trumny, którą moja dusza pokutująca będzie czasem chyba nawiedzać i rozważać grzechy zaniedbania wobec tych, niby tak serdecznych kochanych, popełnione…”.

Rozpoznać można również zdjęcie Bozowskiego z Karolem Wojtyłą, świeżo mianowanym biskupem. Martwił się wtedy, w 1958 roku, ks. Wojtyła, czy sprosta urzędowi apostolskiemu, i całą noc przemodlił w kaplicy SS. Urszulanek Serca Jezusa Konającego na Wiślnej. U nich miał swój pokój i często bywał Bozowski, który tam również zmarł 14 lutego 1987 roku. Dziwne, jak urszulanki szare przyciągały ludzi wybitnych. Bronek był oczytany, stale coś studiował, nad czymś myślał, miał talent lingwistyczny, władał biegle kilkoma językami, jak Matka Założycielka, bł. Urszula Ledóchowska. I podobnie jak ona — zawsze starał się być uśmiechnięty. Nie miał w sobie zawiści ani niechęci do kogokolwiek, a tylko, jak mawiał, respect pour l’homme. To uważał za najważniejsze: życzliwość i cierpliwość w słuchaniu. Do Karola Wojtyły, wówczas biskupa krakowskiego, wysyłał swych znajomych, aby mogli porozmawiać „z kimś mądrym”.

Spotykali się z ks. Janem przy biureczku Bozowskiego na chwilę, nawet nie tyle dużo rozmawiali, ile obcowali z sobą wewnętrznie. Odczuwaliśmy — wówczas młodzi i czyści — normalną, codzienną świętość obu tych niezwykłych kapłanów. Dzięki prostym słowom gruntował się Kościół polski, zapewne także i powszechny: Ewangelia, potem Ojcowie i Doktorzy, codzienne rozmowy, których słuchaczem i uczestnikiem był Karol Wojtyła.

Zasada Bozowskiego: uśmiechnij się do swojej gęby, którą oglądasz rano przy goleniu, przy czesaniu. Poranna toaleta niech obejmuje także higienę duszy. Dziękuj Panu Jezusowi za to, że pozwolił Ci w zdrowiu przeżyć noc, że wkrótce zaprosi Cię do śniadania i pozwoli rozmawiać z ludźmi, aby pomnażać w ten sposób niewidzialne dobro.

Jest coś nadprzyrodzonego w układzie tych zdjęć na ścianie, rozłożonych jak skrzydła anielskie. U żydów ściana płaczu, u Bozowskiego ściana modlitw radosnych. „Dziękuję Ci, Panie Jezu, za przychodzących i odchodzących, za odnalezionych i zagubionych”. Nieporządek kapłański jako zasada życia: nie starać się nawet wszystkiego układać, segregować, odkurzać; pozwolić, aby Opatrzność po swojemu rządziła naszym życiem. W ten sposób każdy dzień może być zaplanowany jako układ zdarzeń reżyserowanych przez Obecnego.

Osobliwość i tajemnica fotografii: ile szczegółowej informacji kryje jedna zaledwie odbitka, jak wielki wycinek życia zewnętrznego i wewnętrznego. Lepiej nawet niż dawniej malarstwo, rzetelniej, bez selekcji rekwizytów, bo uchwycono przedmioty całkiem peryferyjne: flaszeczki z lekarstwami, które to medykamenty kolekcjonował Bozowski „na wszelki wypadek”, przydymione okulary ks. Jana (moda na takie szkła była na początku lat siedemdziesiątych). Siwiuteńkie włosy ks. Bozowskiego, które zaczesywał ku górze bodaj tylko raz na dobę, z rana, potem już nie znajdując czasu na głupstwa, czyli zajmowanie się samym sobą.

Zastosowanie fotografii w życiu wewnętrznym: modlić się bez żadnego zastanowienia, najpierw prosić o łaskę dla „szarańczy”, czyli nadchodzących bliźnich, a na końcu — dla siebie samego. Istnieje bowiem wielkie szczęście zapomnienia o swoim „ja” ambitnym i nienasyconym, rozpanoszonym jak zwykle, gdy nie kontroluje się własnego egotyzmu.

Wszystko, co w życiu napotkane, jest błogosławione. Rzuć się w ramiona Chrystusa, jak doradzał św. Augustyn. I pozostań w nich, jeśli potrafisz, aż do końca życia. Właściwie trzeba niewiele: tyle tylko zaufania, ażeby — po gruntownej spowiedzi — nie wdepnąć na nowo w grzechy ciężkie. Do spowiedzi Bronek przywiązywał wielką wagę, nie lekceważył słów cudzych ani swoich, nie wpadał w rutynę. Spowiadał chętnie u siebie, w gołębniku, na kapelanii, ale po rozgrzeszeniu szedł razem z penitentem schodami w dół, zakręt w lewo na skrzypiących stopniach, przez ciemną sionkę, pomiędzy murami klasztoru, aż do kościoła, przed ołtarz, gdzie przyklękali obaj, i dopiero tutaj kapłan — wobec Chrystusa Ukrytego — udzielał rozgrzeszenia. Od drewnianego domku do zakrystii to już kilkaset metrów na świeżym powietrzu, prawdziwie droga albo dróżka pojednania, trochę tak, jak w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Było to zdarzenie teatralne, katecheza unaoczniona. Penitent zapominał później o swoich grzechach, zacierała się sama spowiedź, ale pozostawało w pamięci to właśnie: przejście od kapelanii do kościoła, dwuosobowa procesja ni to pokutna, ni to dziękczynna, uklęknięcie przed żywym Jezusem Chrystusem, wspólna modlitwa — kapłana i penitenta — o błogosławieństwo Pańskie, o przebaczenie i łaskę zadośćuczynienia.

Przez pewien czas Bronek Bozowski pamiętał wiele: twarze rozmówców, gesty rąk, tło rozmowy i — po wielu latach — chętnie podejmował przerwane tematy. Z upływem czasu wszystko blakło, wreszcie rysowała się w wyobraźni „czysta podobizna”: oczy potrzebują jednak światła, uszy słyszą więcej, niż można by opowiedzieć. Jeśli pozostawało tylko imię, a człowiek gdzieś przepadał, wyjeżdżał za granicę, chorował, żenił się albo nawet umarł — Bronek nie zapominał. Był współpracownikiem Pana Boga, a wiadomo z Pisma, że wszystkie włosy są policzone, wszyscy ludzie zapisani w Księdze Życia, wszyscy powołani, ale — niewielu wybranych.

Patrzeć w niepowtarzalną twarz młodych i starszych: rzadko zawieszał w swoim kąciku zdjęcia ludzi starych, jakby już nie była mu potrzebna podobizna wiekowych przyjaciół (ponieważ byli bardzo blisko Boga). „Prawdziwą przyjaźń trzeba oprzeć na Chrystusie” (Proboszcz…, s. 44). B. B. miał upodobanie do świeżej, spontanicznej młodości, wtedy, kiedy podejmuje się decyzje najważniejsze, wybory podstawowe. Gdy jeszcze nie ma w żadnej duszy goryczy ani zazdrości czy gniewu. Właśnie wtedy doradzał swoim „synkom”: „Oddaj swoją młodość Chrystusowi, On będzie wiedział najlepiej, co uczynić z Twoimi uzdolnieniami. W każdym człowieku Bóg ukrywa jakieś talenty, trzeba tylko trochę poczekać, nie ponaglać Jezusa Cierpliwego. (…) Niepojęta jest siła łaski Bożej działającej bez żadnych znaków i objawień” (Proboszcz…, s. 52).

Duszpasterstwo rodziny było ważne, ale B. B. miał — jak ks. Jan — charyzmat rozmowy osobistej, w sześć oczu, tzn. Bóg, gość i ksiądz. Czynił tak, aby nic nie rozpraszało, nic nie osłabiało więzi. Młodzi bowiem przychodzą do księdza z myślą o Bogu, nawet nieuświadomioną. Trzeba się starać, aby widzieli w duszy kapłańskiej oznaki rzetelnej pobożności.

Książki do Bozowskiego przychodziły same — podrzucane przez ludzi, nigdy prawie niekupowane, bo posiadanie nie mogło być tu celem samo w sobie, lecz tylko zapośredniczeniem (niezawodne jest żywe słowo, najskuteczniejszy staje się dialog; druk jednak myli, bo nie ocala osobistej prozodii pisarza; druków poza tym — za dużo, usta zawsze jedne). Odstawiał książki i czasopisma niedbale. W swoim pokoiku ks. B. B. nie miał wielu półek. Układał woluminy na nakastliku [na stoliku nocnym], biurku, na stole, na brzegach szafy, a nawet w kącie, pod stołem. Bardzo często tuż obok lekarstw (przeważnie kropli miętowych i waleriany) leżały wyschnięte drożdżówki z makiem, placki z serem lukrowane na słodko albo krajanka kakaowa z andrutów, kupowana na wagę, do zagryzania przy herbacie.

Przyzwyczajeniem kapłańskim niech będzie, żeby w ciągu dnia — jak radzi Mała Teresa — chociaż przez dziesięć minut patrzeć w niebo, aby tam dostrzec odrębne sprawy Boże. Wymiary rzeczywistości zawsze zatarte, granica cienka, przejść można lekko ku Chrystusowi, byle tylko w modlitwie przed tabernakulum nie silić się na nadmiar słów. Bóg ma więcej do powiedzenia niż my wszyscy. Trzeba słuchać i się nie przejmować.

Święty obrazek — każda twarz ludzka. Oblicze Jezusowe pod postacią gościa (przychodzi — porozmawia, pomilczy jak żołnierz — znika). Fotografia zostaje na dłużej, u(nie)śmiertelnia bowiem gest momentalny. Sfotografowany, czyli — jak chciał Tadeusz Kantor — na dobre uśmiercony.

W samotności, przed krzyżem, uzyskiwać na powrót równowagę wewnętrzną. Drzewo życia, wiecznie kwitnący, zielony krzyż kapiący sokiem wiosennym, jak zraniona winorośl albo brzoza. Zmartwychwstanie. Po zabójstwie ks. Popiełuszki Bronek Bozowski modlił się za zabójców, szczególnie za głównego oprawcę, Piotrowskiego. Sprawa jest poważna, oceniał, ks. Jerzy już przyjęty jako męczennik do Domu Ojca, jest święty. Na dusze tych trzech czyha szatan, a pogrąży ich nienawiść ludzka. Obyśmy w Kościele unikali najstraszniejszej zarazy — pogardy.

Z o. Marcinem Babrajem i ks. Janem, na ławce w ogródku

Inny wariant sacra conversazione. Tym razem już w przestrzeni naturalnej, na tle ziół i traw warszawskich, których poznaniu ks. Jan poświęcał osobne godziny, skwapliwie spisując gatunki występujące w okolicy klasztoru Wizytek. Widziało się dwa piętra roślinności: trawy, poszycie, boską przyziemność oraz — krzewy, a nawet, po lewej, piętro wyższe, pień modrzewia polskiego, drzewa, które dzięki gościnności Twardowskiego wchodzi skromnie do historii literatury, jak wcześniej lipa Kochanowskiego czy dęby tuhanowickie Mickiewicza. Spotykały się na tej ławce dwa (a czasem trzy) pokolenia kapłanów. Starsi przyjmowali „synków” po to, ażeby ich cierpliwie wysłuchać, bez oglądania się na swój czas i codzienne zadania księżowskie. Dodatkowy kurs seminaryjny.

Tak się składało, że Bronek nie wypuszczał z rąk książki. Był to albo zaczytany wolumen Biblii, opatrzony niezliczonymi adnotacjami i glosami, albo brewiarz, czyli najwierniejsza „żona” (jak podkreślał z uśmiechem), poprzekładany dziesiątkami karteluszków z przykładami (gotowiec do kazań), albo inna strawa codzienna w formie książki nabożnej, albo nawet własne notatki w kajecie — z rozmyślań, rozmów z ludźmi, szkice do homilii. Literaturę podręczną nosił w kieszeni, jako stos kartek z cytatami, zapisane wnioski na starych kopertach, których żal było wyrzucić: tyle pięknego, niezapisanego papieru, a obok przyklejone znaczki. I jeszcze pismo od przyjaciół, piórem, długopisem, czasem na maszynie. Rzeczy najistotniejsze mieściły się właśnie w „kodeksie”.

Przyczyną tego zwyczaju bibliofilskiego miał być pono wizerunek Matki Bożej Jasnogórskiej, stanowiącej pierwowzór ok. 65% obrazów maryjnych czczonych w Polsce. Ksiądz bowiem powinien naśladować Jezusa, choćby z lat wczesnodziecięcych. Z ikony częstochowskiej wynikało niezbicie, że już Dzieciątko porzuca błahe zabawki świata na rzecz istotnej — trzyma bowiem Książeczkę z ukrytą treścią. O czym miało się tam mówić?

Ze względu na swoją apostolską ruchliwość ks. Bozowski chętnie przywdziewał garnitur, w którym spodnie zawsze jednak różniły się nieco od marynarki, ponieważ noszenie kompletu przekraczało możliwości Bronka. Marynarki zresztą rozdawał częściej niż spodnie, a była to — pod tym względem — nadzwyczaj wygodna część garderoby: wystarczyło opróżnić kieszenie, odpiąć dwa guziki, ściągnąć materiał z grzbietu — i już można było obdarować któregoś „synka” albo nadarzającą się właśnie „córeczkę” (z przesłaniem dla męża, brata, czasem ojca). Przekazywanie spodni wyglądało inaczej. Tutaj należało sięgnąć do starej, skrzypiącej szafy, wyłowić spomiędzy ciasno upchanych, gęstych tkanin właściwą sztukę — trochę tak, jak w sklepie ze starzyzną. Jeśli portki się spodobały, trzeba było natychmiast przymierzać, przebrawszy się w ciasnej, ciemnawej łazience.

Cyrkulację odzieży, odbywającą się tym sposobem, ks. Bronisław uważał za zjawisko wysoce wspólnotowe, cementujące rodzinę, jak ją nazywał z warszawska, „bozowszczaków”. W licznej familii znali się zrazu wszyscy dzięki pośrednictwu kapłana. Pieniądze były zbyteczne, jak w pierwszych gminach chrześcijańskich, świadczono sobie przysługi ze względu na łaskę, którą familianci otrzymywali do Jezusa zmartwychwstałego. Tak więc para przetartych spodni wyrażała coś z postawy eucharystycznej (pamiętaj, żeby wszystkim wokół, zawsze, dziękować za towarzystwo i uczynność).

Istnieje taka przepowiednia — mawiał Bozowski — że ludzkość rozpęta straszną wojnę, wyginą całe narody, wyludnią się kontynenty, zapanuje głód i bezludzie, zniknie cywilizacja, ocaleją tylko nieliczni, którzy będą się tułać po jałowej ziemi, zmordowani, całkiem nieszczęśliwi, wydziedziczeni ze wszystkiego. I wówczas człowiek zrozumie, jak dalece jest istotą społeczną, czyli rodzinną — kiedy znajdzie ślad ludzkiej stopy, odciśnięty w lawie albo błocie, będzie przyklękał, „całował ze wzruszenia”, ze łzami.

Ksiądz Jan nie ulegał nigdy żadnym modom, najmniej odzieżowym. Szanował swoje sutanny jako szczególny dar Pana Jezusa. Nosząc ten strój wczesnośredniowieczny, wyznawał bowiem od razu i bez słów, że chce służyć Bogu i ludziom, że takie otrzymał powołanie. Toteż z rzadka nakładał koloratkę do marynarki, jak duchowni z Zachodu, którzy się prędko modernizowali, ale zwykle nie nadążali z jednym: aby w sobie pogłębić i „unowocześnić” stosunek do Pana Jezusa.

Ciekawe również i to, że sutanna zużywała się powoli, stopniowo rudziejąc, przecierając się na rękawach, wyświecając na łokciach. Dobrze było — dla duszy — obserwować powolne umieranie wiernych rzeczy, aby w ten sposób utwierdzać się w przekonaniu ewangelicznym („przemija postać świata”). Bozowski oszczędzał swoją rewerendę, chodząc po domu w innych łachach, ale na zewnątrz — mimo reform soborowych — zachowywał styl staroświecki.

Do tego zdjęcia ojciec Marcin będzie wracał po dwudziestu, trzydziestu latach. Z wdzięcznością, że — już jako człowiek młody — został przez Pana Boga obdarowany takim spotkaniem. Dwu franciszkańskich na swój sposób kapłanów: Bronek, który za młodu wstąpił do Trzeciego Zakonu i właściwie tam pozostał, niezależnie od swoich późniejszych losów; ks. Jan, zawsze oddany Biedaczynie, piszący wiersze ubogie, bose i nieśmiałe. Z kromką chleba wychodzący przed dom, aby rzucać okruszyny ptakom — korzystały z tego wróble znajome, synogarlice, sikorki, a z doskoku, z pewną nieufnością, porywały chleb kawki i gawrony. W słońcu zapalały się pióra stalowym refleksem, który w wolnej przyrodzie był sygnałem, jak błysk lustrzanki, dla wszystkich krukowatych pobratymców: tu leży karma! Wiadomo było, że porośnięte trawami podwórko jest stale obserwowane przez kilkadziesiąt par lśniących, bystrych oczu.

Zużywają się przedmioty, umierają ludzie, rozpraszają książki. Tamte godziny — dzień był słoneczny, jędrny, wiosenny — pozostają nienaruszone w innym, zaledwie przeczuwanym wymiarze. Jak twierdził Bronek, pewne dobra nieuchwytne, a dla człowieka najważniejsze, zostają przez Pana Boga złożone w „banku an(g)ielskim” i stamtąd powracają do nas w potrzebie, jako krzepiące przypomnienie. Pociecha, światło przy drodze, gdy staje się ciemno w sercu, na duszy i przed oczyma. Dobra te, niewidoczne, pozostają całkiem trwałe, niezniszczalne.

Pod ramię z klerykiem

Zdjęcie z początku lat 70. Po lewej ks. Jan Twardowski, w środku kleryk NN, po prawej ks. Bronisław Bozowski.

Młodzież seminaryjna, najlepsi wychowankowie. Byli wdzięczni za uwagę „Wujkowi” Bozowskiemu, który żartował ze wszystkich awansów czy ceremoniału i — wedle swego zdania — nie nadawał się sam na prałata czy kanonika. Niektórzy mówili zatem dobrotliwie o „infułacie”. Bronek infułat. Niemal biskup, a zarazem pasterz rozproszonej owczarni. Nieobliczalny infułat. Potrafił na środku ruchliwego chodnika, na placu Wszystkich Świętych, w środku Krakowa, w samo południe zatrzymać swego „synka”, zdjąć półbut, wydobyć ze skarpetki grube banknoty, ażeby zasilić rozmnażającą się po Bożemu rodzinę. Stawiam jeden warunek — rzekł, sznurując but. — Kiedy twoja żona urodzi dziecko, na drugie imię masz dać synowi swemu Bronisław. — A jak będzie córka? — To wtedy Bronisława. I tak się stało. Podopieczny Bozowskiego, Maciej Bronisław (ur. 1981), żyje w dobrym zdrowiu, już młodzieniec, nieświadomy historii swego „ojca chrzestnego”.

Pamiętał, że ksiądz może być niekiedy także i ubogi, tzn. najbliżej Pana Jezusa. Dlatego nie warto się bogacić, obrastać w piórka, gromadzić szmalu. Wszystko się dewaluuje wcześniej czy później. Pozostaje jednak wewnętrzna, duchowa młodość, czyli nadzieja, posiana wprost przez Ducha Bożego. Kiedy przychodzili klerycy, Bronek wspominał swoich prefektów i wychowawców, szczególnie o. Pawła Dembińskiego: za życia przyjaciela, po śmierci — opiekuna i pośrednika. Od niego się uczył podejścia łagodnego, pełnego życzliwości i uśmiechu. Tak krótko rozmawia się przecież z młodymi. Dorastają, podejmują poważne zadania, z biegiem lat zapominają o dawnych spotkaniach.

Pomiędzy kapłanami

Rzadko odprawiał Mszę w tak pięknym ornacie. Nie był z powodu swojego kapłaństwa napuszony, szanował zawsze zakonnice jako poślubione Panu Jezusowi. I widzimy tutaj brewiarz, „ściągi” do kazań, a w tle — zapewne krata wizytek, w której było okienko do podawania Ciała Pana Jezusa. Gdzie to tylko możliwe, chciał dawać wiernym także i Krew Pańską, co było kłopotliwe, ale wyraźniej uprzytamniało, że chodzi o pełnię uczestnictwa w Chrystusowej uczcie. Wpatrzenie się w miłość Bożą, uśmiechnięte spojrzenie jasnoniebieskich oczu. „Ksiądz działa na mnie kojąco” — mawiali rozmówcy Bozowskiego, ku zaskoczeniu kapłana, który czuł się nieraz wewnętrznie rozdygotany. Właśnie we Mszy świętej chciał ofiarować wszystkie bieżące sprawy, łącznie z cierpieniem człowieka, po którego jechała właśnie karetka pogotowia. Dziwne, że Chrystus może ponieść wszystkie troski dnia, a nawet sprawy tak ogólne, jak klęska głodu na świecie (Indie, Sudan), okupacja Tybetu przez komunistów Mao Tse–tunga i zagrożenia dla klasztorów buddyjskich, wycinanie lasów równikowych w Afryce i Amazonii. Skoro Bóg prowadzi, nie trzeba tyle pamiętać, wszystko przebaczyć, milczeć i szukać jedynie wskazówek co do kierunku.

Patrząc w twarz kapłana–sąsiada, przez moment myślał o Zawieyskim. Wspaniały, znany tylko we fragmentach dziennik. We Mszy świętej spiętrza się dobroć, nie istnieją żadne trudności z Bożego punktu widzenia, ziszczają się słowa anielskie: „U Boga nie ma nic niemożliwego”. Dlaczego w naszym katolicyzmie tyle nadmiernej powagi, a nawet zgryzoty? W wyrazie ust, jakbyśmy nie zostali odkupieni za najwyższą cenę.

Poprzez podobieństwa rysów twarzy, poprzez portrety współczesnych, docierać można stopniowo do zmarłych. Typy ludzkie są zbliżone do siebie. Mimo że jesteśmy osobami, istnieje coś takiego, jak typologia fizjonomiczna, przynajmniej można ją stosować na użytek własny. Kochać wszystkich, ponieważ istnieją, co jest najlepszym dowodem Bożego Miłosierdzia.

Na ambonie

Zdjęcie z lat 80., w zabytkowym kościele sióstr wizytek, gdy sam kaznodzieja stawał się powoli „antykiem”, „zabytkiem”, odczuwając — z każdym miesiącem coraz dotkliwiej — dolegliwości wieku podeszłego. Tylko z ambony widziało się, ilu ludzi Chrystus każdego dnia pociąga ku sobie. Zamontowano już mikrofon, więc nie trzeba było wysilać głosu. Bronek wiedział, że następne pokolenie księży już nie będzie chciało drapać się na ambonę, skoro wszystko można powiedzieć łatwiej i tak samo niemal skutecznie — od ołtarza. Jednak stąd nie zobaczy się już całej rozległości modlącego się Kościoła.

Chodziło tutaj przede wszystkim o świadectwo osobiste. Na ambonie trudniej ukryć twarz, maskować nieszczerość. Kapłan musi być rzeczywistym świadkiem Pana Jezusa. U wizytek stało się przecież na dziobie łodzi Piotrowej, może nawet w tym miejscu, w którym zwykł był siadywać Jezus, pływając po jeziorze Genezaret. Łódź nie była jednak własnością Pana, nie wiadomo z Ewangelii, czy miał cokolwiek na własność.

Maszt w łodzi jest najważniejszy, jak w namiocie. Stąd widać jeszcze szerszy horyzont. To samo w życiu duchowym chrześcijanina. Gdy mocno ustawiony jest Chrystus, wszystkie inne wartości układają się „same”, koncentrycznie. Wdrapujesz się na szczyt, do bocianiego gniazda, aby stamtąd ogarniać wzrokiem rozległy widok. On zawsze świeci, to najpewniejsza w nocy latarnia morska, a o świcie nierzadko jeszcze rozbłyskuje gwiazda zaranna, Matka Najświętsza.

Kazanie swoje głosił Bronek spod opadającego żagla. W białym ornacie albo po prostu tylko w albie, jeśli był proszony o kazanie, przepasany sznurem jak na zdjęciu (wyglądało to cokolwiek po franciszkańsku i doskonale odzwierciedlało duchowość tercjarską). Prezentował się wykwintnie, nawet arystokratycznie („czyż nie jestem zbankrutowanym hrabią?”), jak kapitan wielkiego statku wiozącego wiernych przez ocean życia.

Sam siwowłosy już, lubił barwę białą i jej znaczenie liturgiczne. W widmie tym ukryte były wszystkie kolory tęczy, wystarczało patrzeć wyżej, w okna kościoła, skąd spuszczały się do wnętrza promienie słoneczne, rozszczepione w starym, sfalowanym szkle, załamane na szlifach i rżnięciach. W bieli przychodziło zmartwychwstanie, „pełnia czasów”, kolor niedzieli, wszystkich świąt Jezusowych, spośród których starszy kapłan wyróżniał Objawienie Pańskie, Górę Oliwną, górę Tabor, zakłopotanie apostołów wobec chwały Chrystusa i „durne odzywki” Piotra, pomieszanie Jakuba i Jana.

Kazania Bronka Bozowskiego trwały długo, nierzadko i pół godziny lub trzy kwadranse, ponieważ coraz to nowe argumenty i exemplum wydobywał z brewiarza albo kieszeni rewerendy. Wyciągał liczne, pomięte nierzadko karteluszki, obustronnie zapisane koperty, stanowiące olbrzymi, choć nieco bezładny „aparat naukowy”, w najwyższym stopniu skuteczny, czyli pastoralny. Omawiał z ambony kazusy z właściwą sobie lotnością, czym przekonywał skuteczniej niż czystą spekulacją, wszelkie nauki bowiem czerpał z życia, uważając je, samo w sobie, za właściwy sprawdzian wiary. W żywiole codziennym dostrzegał refleksy Najwyższej Mądrości, sytuacje już przewidziane przez Jezusa, przedstawione w Ewangelii. Dobrze żyć oznaczało tylko jedno: torować drogę do działania miłosierdziu Bożemu.

Pogrzeb ks. Bozowskiego

Mroźny, lutowy dzień. Orszak wychodzi z macierzystego kościoła — jeszcze płoną światła w żyrandolach sióstr wizytek, jeszcze słyszy się Fryckowe organy, choć z każdym krokiem słabiej. Narasta szum Warszawy, ruch w śródmieściu, co Bozowski lubił najbardziej i uważał za naturalne środowisko dla siebie samego, apostoła ulicy.

Objawiało się coś bardzo krzepiącego w tym, że nawet w trumnie raz jeszcze trzeba było z umieralni zejść na poziom codziennej, szarej, przedkapitalistycznej ulicy. Dogorywał komunizm, czuło się tę śmierć polityczną w powietrzu, zmierzch bezbożnej ideologii, lecz wcześniej odszedł Bronek, jak to sobie zawczasu przygotował i przepowiedział, sporządzając na piśmie kolejne redakcje testamentu.

Wśród księży nie mogło brakować ks. Jana, który szedł ciepło ubrany, w birecie, ale z duszą łagodnie rozpromienioną, ponieważ wiedział, jak rzadko kiedy przy pogrzebach, że zmarły przyjaciel trafił wprost w objęcia Pana Jezusa. Co więcej, już zaczynał działać w sposób niewidzialny, czyli najskuteczniejszy. Z tamtej strony możliwa bowiem stała się równoczesność i osobliwa polilokacja, czego Bronek zaznał po trosze jeszcze za życia: jednoczesne bycie w wielu miejscach, zdarzające się przy modlitwie wówczas, gdy przeglądał stosy listów oraz intencji leżących na klęczniku, przysyłanych z całej Polski, z Europy, nawet i z najdalszych kontynentów.

Z obowiązku drogi na cmentarz Powązkowski Bronek zwalniał wszystkich uczestników pogrzebu, proponując im w zamian pójcie na szklankę herbaty i parę pączków (opłaconych zawczasu przez zmarłego).

Procesja z trumną, czyli droga chrześcijańskiej radości. Tak właśnie myślał o tym ks. Jan, odprowadzając najpierw dziesiątki, potem setki, a w końcu już i tysiące ludzi. Tu nie chodzi o rutynę, znieczulenie czy zobojętnienie, ale o coś zupełnie innego: uświadomienie sobie jasno, pod wpływem łaski, że trumnie towarzyszy radość aniołów prowadzących duszę do raju, obecność przodków, chwała zmartwychwstania, przejście do stanu bezczasowej, najpewniejszej — bo Chrystusowej — szczęśliwości. Dlatego nie było potrzeby wylewania łez. Wiatr przeciskał się pomiędzy domami, wyskakiwał z ukrycia i wówczas ks. Jan — idąc za trumną przyjaciela i najbliższego sąsiada — czuł łzę mimowolną, spływającą wolno po policzku, a w pewnym momencie wysuszoną, otartą lekkim, chłodnym powiewem.

„Dzisiejszy świat zwariował. Rozchwiane są wszystkie wartości. Ludzie się gubią. Kościół to Kościół Świętych grzeszników, tych, którzy nie są, lecz chcą być świętymi: upadają, ale wkładają jakiś wysiłek w to, by powstawać. Uczyć sensu życia — to wielkie powołanie. Powiadam: nie pytaj Pana Boga — dlaczego? Takie pytanie jest bluźniercze. Wytłumacz się; Boże, przede mną” 2

Dom Boży, czyli nie tylko kościół, ale przede wszystkim niebo. Tam mieli się spotkać wszyscy, bez żadnej obawy rozłąki. Miał tam ustać wszelki niedostatek, nasycić się miało wszelkie nienasycenie, dopełniały się perspektywy kosmiczne i mikroskopowe — we wszystkim, wreszcie, widniała Jedność i Mądrość.

Tablica pamiątkowa

Minęło parę lat od śmierci Bronka Bozowskiego, lecz pamiętaliśmy wszyscy, że w trudnych sprawach życiowych on chce tak pomagać z nieba, jak wcześniej pomagał za życia.

Szliśmy z ks. Janem na ranną Mszę, przeważnie o godzinie 7.20, dopóki pozwalało kapłańskie zdrowie, coraz chwiejniejsze fizycznie (przy stałej woli służenia Jezusowi). Po Mszy okazja, aby obejść wokół kościół, bocznymi nawami, pod stacjami drogi krzyżowej, obok pomnika Kazimierza Brodzińskiego. Wyczuwało się tu dziwne pokrewieństwo z warszawskim kościołem św. Marcina, w którym modliły się franciszkanki służebnice Krzyża, ubogie, gościnne i wierne sprawom najtrudniejszym. Jakby jedna ręka budowała obie bryły, co na zdrowy rozum niemożliwe, bo u Marcina więcej gotyku, tu zaś linia właściwie późnobarokowa. Św. Marcin został zburzony podczas II wojny, a kościół Wizytek ocalał prawie nienaruszony. Mówiono natenczas o płaszczu Matki Bożej, o cudownej ochronie z nieba.

Klękałem przy tablicy, której współfundatorem był ks. Twardowski. Punkt adoracji osobliwy: w bocznej, lewej nawie kościoła, o tej porze pustawego, w powietrzu tylko zapach wosku, z lekka zwietrzałych kadzideł i pasty do podłóg, którą nacierano kamienną posadzkę. W pobliżu stał ciemny, wysoki konfesjonał; Bozowski nie miał zbyt dużej cierpliwości, aby w nim wysiadywać. Zabierał penitentów do siebie albo spowiadał w marszu. Osobliwy przypadek: spowiednik ścigający swych penitentów po ulicach, po świecie. Jak dobry ojciec wybiegający na spotkanie syna marnotrawnego, jeszcze w drodze, odpuszczający winy i wynagradzający skruszonemu dziecku.

Ksiądz Jan przyznawał: tak, wiersz przepisano niedokładnie, kamieniarz wykuł z błędem, niech już tak zostanie; przecież najważniejsza jest bezpośredniość Bozowskiego, z nieba wspomaga tysiąc razy skuteczniej ludzkie sprawy. Przed tablicą, okryty brązowym suknem, stał cokół masywny, jakby przygotowany na postawienie figury Bronka Bozowskiego. Tam rozmyślałem w ciszy i zapomnieniu od świata, jako nikt zupełny, jako pielgrzym do grobu sługi Bożego. Tymczasem materiał można było uchylić, a pod spodem nie cokół bynajmniej, nie filar albo kolumna, lecz tylko piec żeliwny, pięknie polewany, ale już nieużywany, piec koksowy, stałopalny, konstrukcja z lat bodaj pięćdziesiątych, teraz porzucone urządzenie ciepłownicze, mało ekologiczne i przy olbrzymiej kubaturze kościoła mało wydajne. Bronek mawiał o sobie samym: „w starym piecu diabeł pali”. I tak się z piecem zbratał po śmierci, jak z ludźmi za życia. Może na wieki?

1 Zdjęcia pomieszczono na niepaginowanej wklejce do książki ks. Jana Pałygi SAC, Proboszcz niezwykłej parafii. Rozmowy z księdzem Bronisławem Bozowskim, Pallottinum, Warszawa 1990, pomiędzy stronami 288 a 289. Reprodukowano — pod numerem 8 — zdjęcie ze Stefanem prymasem Wyszyńskim, widoczne także w Sacra conversazione, jak nazywam omawianą fotografię, w górnym rzędzie na ścianie, nad głową sługi Bożego, po lewej stronie. Dalej skrót Proboszcz…, strona z tego wydania.
2 Ja nie nawracam — jestem szczęśliwy. Rozmowa jezuickich kleryków z poetą, księdzem Janem Twardowskim, przysłuchiwał się i notował Dariusz Wiśniewski SJ, „Posłaniec Serca Jezusowego” 6/1992, s. 3.

Fotografie z pamięci
Andrzej Sulikowski

urodzony w 1950 r. – literaturoznawca, prozaik, krytyk literacki, poeta, wydawca.Autor książek oraz setek artykułów, recenzji i not. Badacz twórczości Tomasza...