Są takie śląskie wyrazy, które lubię szczególnie. Część z powodu ich brzmienia, część dla sprzężeń etymologicznych. Mam też zbiór swoich ulubionych ze względu na skojarzenia z dzieciństwem. Tytułowy fyrlok zdecydowanie do nich należy, choć i za brzmienie należy mu się wysoka pozycja. Mątewka – a przyznaję, że dopiero pisząc ten tekst, odkryłem, jak to ustrojstwo nazywa się po polsku – przywołuje mi natychmiast zapach naleśników, które moja mama robiła w wersji pancake’owej (używając przy tym przemysłowych ilości sody oczyszczonej). Lakoniczne polecenie „fyrlej”, którym powierzała mi mieszanie ciasta za pomocą wyżej wymienionej mątewki, było jednym z nielicznych chętnie przeze mnie wykonywanych. Oczywiście głównie dlatego, że umożliwiało bezkarne wyżeranie surowego ciasta, zwalczane przez moją rodzicielkę równie gorliwie, co nieskutecznie. Wybaczcie ten przydługawy dziś wątek autobiograficzny. Wszystko przez to, że kilka dni temu fyrlok – wyparty skutecznie przez miksery – wpadł mi w ręce przy okazji przeglądu szuflad w kuchence s
Zostało Ci jeszcze 81% artykułu