Gdy zacnych ludzi stać na złe rzeczy

Gdy zacnych ludzi stać na złe rzeczy

Wychowałem się na polskich serialach: Czterej pancerni i pies i Stawka większa niż życie. Zawarty jest w nich bardzo prosty przekaz. Nasi są dobrzy, a tamci są źli. Jako mały chłopiec nie wiedziałem i nie rozumiałem, że ci „nasi” przyszli z Armią Czerwoną, że w jednym z miasteczek na tzw. ziemiach odzyskanych, po pijanemu zabili brata mojego dziadka.

Do podziału na naszych i tamtych dołączone było przekonanie, że „oni” to są Niemcy – długo więc nosiłem w sobie negatywne skojarzenie z językiem niemieckim. Jednocześnie jednak przez lata byłem przekonany, że ów podział na dobrych i złych należy już do przeszłości, bo wojna jest rzeczywistością bezpowrotnie minioną.

Wiele lat później pojechałem do Lipska, na kurs języka niemieckiego. W tamtejszym klasztorze gościł mnie i opiekował się mną ojciec Gordian, który jako jedyny dominikanin przetrwał w NRD przez cały okres istnienia tego państwa. Pewnego dnia podczas kolacji powiedział, że był w czasie wojny pod Stalingradem. Służył tam co prawda jako sanitariusz, ale na mnie ta informacja spadła jak grom z jasnego nieba – był przecież z tymi złymi. To był moment, gdy zamknięta, wydawałoby się, historia siedziała ze mną przy stole. Kochany ojciec Gordian, który mnie uczył i wspierał, był z oprawcami. Od tamtego dnia noszę w sobie pytanie, jak to jest, że dobrych ludzi stać na złe rzeczy, że dobry naród zdolny jest do zbrodni.

Czytam obecnie książkę Martina Pollacka Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu. Autor opowiada historię swego ojca, byłego esesmana. Próbuje zrozumieć, dlaczego ojciec poszedł taką drogą. W opowieści Pollacka najbardziej uderzyły mnie słowa jego babci, matki owego esesmana, która swego syna nazywała zacnym człowiekiem. I choć w Austrii po wojnie NSDAP było partią zdelegalizowaną, babcia w przypływach szczerości opowiadała o dzielnych chłopcach z SS, których potem wieszano do góry nogami na rynku w Pradze. Dziwiło ją okrucieństwo Czechów. Babcia lubiła zabierać wnuka na lody. Z dumą w głosie mówiła wtedy znajomym, że Martin to wykapany Gerhard, jej syn. Jak to się zatem dzieje, że zacnych ludzi stać na złe rzeczy? Jak to zarazem możliwe, że można mieć tak zamknięte oczy, iż nie widzi się prawdy, nie dopuszcza do siebie historii? Babcia Pollacka postrzegała gestapowca jako zacnego człowieka, którego prześladowano.

Duchowa droga Jezusa polega na tym, by zdziwienie, które towarzyszy odkrywaniu podobnych historii, kierować we własną stronę. Przestać dzielić świat na naszych dobrych i tamtych złych i pytać, jak to możliwe, że mnie, dobrego człowieka, stać na złe rzeczy. Jak to możliwe, że ja – krytycznie patrzący na rzeczywistość – często nie widzę prawdy. Wielki post to czas takich pytań. Żeby nie odwoływać się do Niemiec hitlerowskich, do czasów wojny, podam przykład, który dotyczy wielu z nas.

Niedawno podczas spowiedzi ktoś przyznał się do ściągania na sprawdzianie. Pod wpływem tego wyznania uświadomiłem sobie, że też ściągałem, i w szkole podstawowej, i w liceum, ale nigdy się z tego nie spowiadałem. A może od takich drobiazgów zaczynają się wszystkie systemy zniewolenia i zła? Polegają one bowiem na tym, że człowiek uczy się przesuwać granicę uczciwości i lekceważy rzeczywistość. Akceptuje zło, a na przesuwanie granic przymyka oko. Wchodzi w niejasne sytuacje, byle tylko nie przegrać.

Przymykanie oka na ściąganie podczas sprawdzianu, powtarzane po wielokroć, sprawia, że coraz trudniej jest widzieć świat jasno i wyraźnie. Jakby oko było nieustannie zamknięte ociężałą powieką. Do powstania takiego nawyku przyczynia się lekceważenie duchowego aspektu rzeczywistości, bagatelizowanie tego, że wszystko, co robię, ma swoje konsekwencje dla duszy. Pomnażane dobro przyczynia się do jej umocnienia, powtarzane zło – nawet najmniejsze – bardzo ją osłabia. To dlatego Jezus mówi, że nie ma pożytku człowiek, gdy zyskuje cały świat, a na swojej duszy ponosi szkodę. Tę myśl da się przenieść w codzienność za pomocą zdania, że nie warto wygrywać za wszelką cenę. Niestety, ściąganie podczas sprawdzianu stanowi wewnętrzny przekaz, że warto wygrać pozytywną ocenę za chwilowe zawieszenie prawdy. I powoli przeradza się w znacznie poważniejsze sprawy. Po pewnym czasie łapówka, brak reakcji na cudzą krzywdę, kupienie meczu, zdrada małżeńska też nie są problemem. Stąd niedaleka jest droga do stwierdzenia, że prawo – choć ogólnie dobre – może niekiedy bywać zawieszane. Bylebyśmy zawsze wygrywali – jako jednostki, jako drużyna, jako partia, jako naród, jako Kościół…

Drogą wygrywania własnej duszy jest zmaganie, by widzieć siebie w prawdzie. Problem polega jednak na tym, że słowa Jezusa „prawda was wyzwoli”, często docierają do nas tak, jakby prawda miała nas zabić. Nie jest to obawa nieuzasadniona. Kiedy do Jezusa przyprowadzono kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, tłum za pomocą prawdy pragnął ją zamordować. I wtedy Mistrz z Nazaretu stanął w jej obronie. Gdy nie znalazł się nikt bez grzechu, by móc rzucić w nią kamieniem, i po kolei wszyscy odeszli, a Mistrz i kobieta zostali sami, powiedział do niej „idź i nie grzesz więcej”. Nie ma w tych słowach cienia lekceważenia grzechu, cienia sugestii, że nic się nie stało. Przeciwnie, stało się bardzo dużo, bo życie tej kobiety zostało przetrącone. Ale Jezus, jej Pocieszyciel i Obrońca przed ludźmi, pragnącymi uczynić z prawdy o jej grzechu szafot, sprawia, że kiełkuje w jej sercu wiara, iż dla Boga największym zwycięstwem duszy jest przyznanie się wobec Niego do własnego grzechu. I jeżeli jest w sercu taka wiara, to prawda mnie wyzwala, choćbym nawet w oczach ludzi był największym przegranym.

Życzmy sobie nawzajem takiej wiary.

Gdy zacnych ludzi stać na złe rzeczy
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...