Gdzie diabeł nie może…

Gdzie diabeł nie może…

tam Trybunał pośle! O walce ideologów Trybunału w Strasburgu z krzyżem we włoskich (europejskich) szkołach napisano już wiele. Ponieważ jednak wyrok Trybunału w sprawie krzyża nie jest wpadką przy pracy, ale elementem kroczącej przez Europę kolejnej lewackiej, antychrześcijańskiej rewolucji, warto do sprawy powrócić.

Z chrześcijaństwem, w tym ze znakiem krzyża, walczyły wszystkie totalitaryzmy XX wieku. Kościół bowiem był jedną z przeszkód na drodze realizacji chorych wizji szaleńców, takich jak Hitler czy Stalin. Dziś szaleńców marzących o „nowym społeczeństwie” też nie brakuje, ale – dziękować Bogu – nie są oni dyktatorami, którzy mogliby wprowadzać swe postępowe pomysły za pomocą brutalnej siły. Z drugiej jednak strony obecna walka z chrześcijaństwem i jego symbolami jest bardziej podstępna i wyrafinowana. No cóż! Zły duch też się uczy i doskonali sposób swego działania.

Wielu z nas pamięta wydarzenia w Miętnem koło Garwolina na przełomie lat 1983/1984, kiedy to uczniowie stanęli w obronie zawieszonych wcześniej, na fali „Solidarności”, krzyży w klasach. Któż mógłby wówczas przypuszczać, że 25 lat później Trybunał niby wolnej, jednoczącej się Europy będzie – tak jak ubecy i komunistyczni aparatczycy – przeciwko krzyżom w szkołach? Tyle, że 25 lat temu było oczywiste, iż obrona krzyży jest obroną wolności. Dziś nakaz Trybunału w Strasburgu, by zdjąć krzyże ze szkolnych ścian, tłumaczony jest troską o prawa człowieka. Krzyż zaś przedstawiany jest jako coś zagrażającego wolności. Ot! diabelska sztuczka!

Na tę sztuczkę wielu daje się nabierać. Jeden z czytelników „Gazety Wyborczej” stwierdza: „Jeśli nie jesteśmy w stanie zapewnić wszystkim wieszania setek symboli religijnych i symboli wartości osób niewierzących – postulat zdjęcia krzyży i nieumieszczania niczyjej symboliki w imię zapewnienia rozwoju każdego światopoglądu i religii, czyli właśnie równego traktowania innych, jest sprawiedliwy i daje poczucie wolności…”. W opinii tej przebija rewolucyjna idea „równego traktowania”. Wiemy, że owładnięci tą ideą komuniści nie wahali się skracać o głowę, aby… było równo. Czytelnik „Wyborczej” zapewne nie chce nikogo zabijać ani więzić, niemniej jednak w kwestii symboli religijnych rozumie zasadę równości analogicznie jak ci, którzy walczyli z własnością prywatną i „kułakami”. Jeśli więc w szkole byłoby 500 uczniów wyznania katolickiego, 10 ateistów, jeden muzułmanin, jeden buddysta oraz jeden wyznawca Światowida (miłośnicy dawnych religii pogańskich też się zdarzają), to żeby było równo, należałoby jakiś symbol każdej z tych grup wywiesić w klasie albo nic nie wywieszać.

Tego rodzaju postawienie sprawy jest absurdalne, gdyż – konsekwentnie stosowane – uniemożliwiłoby jakiekolwiek symboliczne zagospodarowanie przestrzeni publicznej, które odzwierciedlałoby historię i tożsamość danej społeczności. Trzeba by ją wyczyścić nie tylko z religijnych punktów odniesienia, ale i z jakichkolwiek innych, bo zawsze znalazłby się ktoś niezadowolony, kto czegoś tam nie toleruje. Są na przykład tacy, których drażnią uroczyste obchody wybuchu Powstania Warszawskiego… Złośliwy dyktat różnych mniejszości w Europie mógłby – za pomocą zideologizowanych sądów – doprowadzić do tego, że Wielkanoc i Boże Narodzenie będą dniami roboczymi, a na dni wolne zostaną zupełnie sztucznie wyznaczone dni, które nazwie się świętem wiosny i świętem zimy. Jakiemuś ateiście oszołomowi może przyjść do głowy, że niedziela jako dzień wolny od pracy jest niedopuszczalnym ukłonem w stronę chrześcijan, i w związku z tym będzie się domagał zupełnie innego, neutralnego (laickiego) systemu dni wolnych.

Sprawiedliwie nie zawsze oznacza po równo. Szacunek dla mniejszości nie polega na dawaniu tym mniejszościom (a niekiedy jednostkom) prawa do tyranizowania większości. Jeśli mieszkałbym w kraju muzułmańskim, to nie domagałbym się usunięcia z miejsc publicznych symboli islamskich. Chciałbym mieć natomiast możliwość swobodnego wyznawania mojej katolickiej wiary. Jeśli mieszkałbym wśród buddystów, to nie skarżyłbym ich do sądów, że stawiają mi przed oczy jakieś buddyjskie znaki. Państwo nie powinno być wyznaniowe, ale nie powinno być też laickie. Państwo powinno być normalne, czyli takie, które szanuje konkretną historię i tożsamość, w tym także tożsamość religijną, danego narodu. Ateista walczący z większością, która chce mieć krzyż na ścianie, nie jest bojownikiem o wolność, ale nietolerancyjnym fundamentalistą. Kiedyś w internetowej dyskusji o krzyżu wiszącym w polskim Sejmie mój oponent napisał: „To ścierwo trzeba zdjąć ze ściany!”. Takim ludziom należałoby zaproponować jakąś terapię, a nie wspierać ich sądowymi wyrokami.

Niedoszły polityk, niejaki Krzysztof Kononowicz, stwierdził, że pragnie, „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. Wygląda na to, że Trybunał w Strasburgu i czytelnik „Wyborczej” w kwestii religijnych odniesień w przestrzeni publicznej też pragną, żeby nie było niczego. W ten sposób nie zbuduje się jednak normalnego państwa. Zbuduje się natomiast coś, co nazwałbym laickim „oświeconym” zamordyzmem.

Gdzie diabeł nie może…
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....