Globalizacja solidarności

Gigantycznym wyrzutem dla ludzi i społeczeństw zasobnych, sytych, żyjących w dostatku, hołdujących konsumpcji i użyciu musi być fakt, że w tej samej rodzinie ludzkiej nie brak takich jednostek, takich grup społecznych, które głodują (DM 11).

„Panie, daj mi odwagę, bym zmienił to, co mogę zmienić, siłę, bym przetrwał to, czego nie mogę zmienić, i mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego”. Ta z pozoru banalna modlitwa przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Afryce i jej rozwoju. Można przejść przez ten kontynent z Południa na Północ i zobaczyć tylko ruiny ideologii politycznych, społecznych oraz różnych koncepcji rozwojowych. Nie pozostało z nich nic poza karykaturą. Oprócz Ewangelii. W tej Afryce od lat Kościół prowadzi działalność misyjną, a także pomaga w rozwoju, co jest nieodłącznie związane z głoszeniem Ewangelii. Czy wobec stwierdzeń, że Afryka zamiast rozwijać się, od lat się „zwija”, warto zaprzątać sobie głowę pomocą? Dlaczego w Ameryce Łacińskiej i w Azji może być inaczej, tylko w Afryce jest tak tragicznie? — pytają afropesymiści i afrooptymiści i dają różne odpowiedzi. Może dlatego, że Afryka nie jest ani Azją, ani Ameryką Łacińską, ani Europą. I to nie jest tylko oczywiste stwierdzenie. Kontynent ten ma swoją specyfikę, duszę, której strzeże zazdrośnie, by nie utracić swojej tożsamości.

Układ Północ — Południe

Mówiąc o problemach kontynentu afrykańskiego, wielu zwraca uwagę na jego kolonialne i neokolonialne dziedzictwo. Niektórzy niesłusznie upatrują w nim przyczyn „zwijania się” Afryki. Inni słusznie wskazują na przyczyny wewnętrzne: niestabilność państw, prywatę nowych elit rządzących autorytarnie, które są niezakorzenione w środowisku, faworyzują ród czy plemię, są brutalne, skorumpowane, stosują przemoc, tworzą namiastkę demokracji itp. Niektórzy mówią, że Afrykanie nie są z natury zdolni do dyscypliny, ciężkiej pracy na sposób europejski, a w podtekście, że są mniej zdolni czy że ciąży na nich legendarne przekleństwo Chama. Nie jest to prawdą.

Dogłębne ukazanie problemów czy radości Afryki na kilku stronach jest niemożliwe. To kontynent złożony i bogaty. Refleksję o sprawach najbardziej ogólnych wesprę kilkoma obrazkami ze środkowoafrykańskiej sawanny, którą znam nie tylko z lektury, ale i z doświadczenia.

Układ Północ — Południe to nie tylko przykład nowych rozwiązań teoretycznych, ale rzeczywistość gospodarcza, społeczna i kulturowa najbliższych kilkudziesięciu lat. Do niedawna funkcjonowało pojęcie „Trzeci Świat”, dzisiaj mówi się „kraje Południa” lub skrótowo „Południe”. Ciągle jednak chodzi o wstydliwą listę krajów ubogich. Przeciwstawia się im z reguły „Północ”, czyli kraje bogate. Terminy te nie są precyzyjne i dość różnie definiowane. Przede wszystkim wątpliwość budzi sygnalizowane w nazwie rozmieszczenie geograficzne, które nie zawsze pokrywa się z rzeczywistością. Jednak w świadomości i literaturze ten właśnie układ Północ — Południe — jako struktura świata i globalny problem jest już przyjęty i zakorzeniony.

Wielu autorów podkreśla, że jest to układ trwały i dominujący, jego implikacje zaś są wielorakie i trudne do interpretacji, np. na podstawie teorii modernizacji, stadiów rozwoju, zderzenia cywilizacji czy wreszcie globalizacji. Jednak wydaje się oczywiste, że ten układ wyraża widoczne rozwarstwienie świata, nieproporcjonalność w podziale dóbr Ziemi, niemożliwe do spłacenia zadłużenie, rewolucje i konflikty zbrojne. Przez to też może on powodować zagrożenia, konflikty, zwiększać niestabilność. Jest bez wątpienia jedną z najważniejszych trudności globalnych.

Uprawa bawełny we wsi Lam

W tym szeroko pojętym Południu jest także obecna Afryka. Problemy wynikające z podziału Północ — Południe są obecne w każdej wsi na sawannie kameruńskiej. To, ile groszy będzie kosztował na światowych rynkach kilogram bawełny, nie jest obojętne dla Jean–Pierre Tizi z wioski Lam. Bawełna, którą uprawia za pomocą swojej motyki, jest dla niego jedynym źródłem dochodu. Musi wystarczyć na podatek, na zeszyty dla dzieci, które z trudem posłał do szkoły we wsi, a także na lekarstwa.

Kościół nie może pominąć w swoim nauczaniu globalnego rozwarstwienia świata — i nie pomija. Można odnieść do niego wciąż aktualne słowa soborowej konstytucji Gaudium et spes, która podkreśla, że ród ludzki

nigdy jeszcze nie obfitował w tak wielkie bogactwa, możliwości i potęgę gospodarczą, a jednak wciąż ogromna część mieszkańców świata cierpi głód i nędzę i niezliczona jest ilość analfabetów. Nigdy ludzie nie mieli tak wyczulonego jak dziś poczucia wolności, a tymczasem powstają nowe rodzaje niewoli społecznej i psychicznej. W chwili, gdy świat tak żywo odczuwa swoją jedność oraz wzajemną zależność jednostek w koniecznej solidarności, rozrywany jest on gwałtownie w przeciwne strony przez zwalczające się siły; trwają bowiem jeszcze ostre rozbieżności natury politycznej, społecznej, gospodarczej, „rasowej” i ideologicznej, istnieje niebezpieczeństwo wojny mogącej zniszczyć wszystko do gruntu (KDK 4).

Każda ilustracja tych dysproporcji niesie ze sobą wiele niedoskonałości i nieco odmiennych interpretacji. Najbardziej przemawiająca, medialna stwierdza, że 225 najbogatszych osób świata posiada dochody równe dochodom 2 miliardów ubogiej ludności 1 Dane o dysproporcji Północy i Południa potwierdza również raport ONZ przedstawiony 23 kwietnia 1992 roku w Waszyngtonie. Na 200 stronicach mówi on, że w ciągu ostatnich 30 lat odstęp ekonomiczny między krajami najbogatszymi i najuboższymi się podwoił. Na kraje uprzemysłowione, grupujące 23% ludności świata, przypada 85% dochodów. W ten sposób miliard mieszkańców półkuli północnej jest 150 razy bogatszy od miliarda ubogich mieszkańców półkuli południowej. Tenże raport podkreśla, że za powyższą sytuację w równym stopniu odpowiedzialne są kraje ubogie i uprzemysłowione. Krajom Północy zarzuca zwłaszcza niesłowność i nierzetelność w wypełnianiu zobowiązań finansowych na rzecz krajów ubogich.

Problem światowy

Jean–Pierre Tizi z Lam chodził do szkoły tylko dwa lata. Mówi trochę po francusku. Z powyższych cyfr nie zrozumiałby nic, ale wie, że są biedni i bardzo bogaci. Wystarczy pojechać na bazar albo do urzędu w niedalekim Guider, by się o tym przekonać. Można tam kupić wszystko. Proso, sól, cukier, radio na baterie i rower. Jednak kupienie roweru nie jest takie proste. Trzeba być choć trochę bogatym, jak kupcy, którzy sprowadzają plastikowe pantofle, sandały, wiadra i wiele innych rzeczy z sąsiedniej Nigerii. Kiedyś było inaczej, dziadek Jean–Pierre’a nie bywał w Guider. Nawet ojciec rzadko tam się pojawiał. Kiedyś wszystko w Guider było inaczej. Nie było żadnych pieniędzy, podatków, urzędników. Przyszła bawełna, a z nią podatki i pieniądze. Już nie można żyć inaczej, nikt na to nie pozwoli, a „pieniądze z bawełny nie żywią, ale toczą się szybko”.

Twardy i daleki od ludzkiej solidarności układ gospodarczy i polityczny potwierdza Jan Paweł II w programowej encyklice Redemptor hominis. Twierdzi w niej, że rozmiary tego zjawiska

każą myśleć o strukturach i mechanizmach związanych ze sferą finansów, pieniądza, produkcji i wymiany, które w oparciu o różne naciski polityczne rządzą w światowej ekonomii. Struktury te i mechanizmy okazują się jakby niezdolne do usunięcia niesprawiedliwych układów społecznych odziedziczonych po przeszłości i do stawienia czoła naglącym wyzwaniom i etycznym imperatywom współczesności. Utrzymując człowieka w wytworzonych przez siebie napięciach, trwoniąc w przyspieszonym tempie materialne i energetyczne zasoby, narażając naturalne środowisko geofizyczne, struktury te pozwalają tym samym na stałe powiększanie się obszarów nędzy i związanej z nią rozpaczy, frustracji i rozgoryczenia (RH 16).

Słowom papieża wtóruje smutna refleksja Federico Mayora, który przez 12 lat, do 1999 roku, kierował UNESCO:

Wolność, równość i braterstwo ustąpiły miejsca rynkowi. To znaczy handlarzom. To znaczy kilku handlarzom, ale egoistycznym i potężnym. Rozwiązania są podejmowane pod naciskiem wydarzeń, kiedy to właśnie wydarzenia powinny być wynikiem wizji skoncentrowanej na przyszłości. Stąd to ogromne rozczarowanie.

W encyklice Centesimus annus (1991) Jan Paweł II zwraca uwagę, że podstawowym wyzwaniem ludzkości u schyłku XX wieku był „problem światowy”, czyli rozwiązywanie problemów ludzkości w wymiarze globalnym. Wielokrotnie podkreśla konieczność współpracy międzynarodowej oraz interwencji koniecznych do rozwoju państw najuboższych i utrzymania pokoju w świecie. „Żaden człowiek nie może twierdzić, że nie jest odpowiedzialny za los swego brata” (por. Rdz 4,9; Łk 10,29–37; Mt 25,31–46) — mówi Ojciec Święty. Podejmuje on również temat globalizacji w świecie, podkreślając potrzebę globalizacji solidarności. Domaga się ona sprawiedliwości, która nie ogranicza się do jednego rodzaju pomocy i której nie zastąpi jałmużna.

Jean–Pierre Tizi wie, tak jak i jego ojciec i dziadek, że ziemia nie należy do nikogo. Tylko Mangelva, Bóg, może ją mieć na własność. On dał ją we władanie duchom miejsca. Gdy zakładano wioskę Lam, pozostawiono im święte drzewo na znak, że wszyscy są tylko dzierżawcami, a nie właścicielami ziemi. Są jednak tacy, którzy mówią, że mają ją na własność. Załatwili to w urzędzie w Guider. Jak jednak można Bożą ziemię mieć na własność?

Paternalizm, europocentryzm, neokolonializm

Zaczynając temat pomocy w rozwoju, dotykamy bardzo złożonego problemu, ponieważ koncepcja rozwoju zależy od koncepcji człowieka. Dla Kościoła będzie ona wiązała się z ewangelizacją. W niej ukazuje się i rozwija prawdziwe oblicze człowieka, który żyje nie samym chlebem, ale też chlebem. Kościół od wieków stara się dawać biednym także chleb. Również w Afryce. Popełnił wiele błędów, ale też u początków był właściwie jedynym, który mógł je popełnić. Inni troszczyli się tylko o zysk, nie o pomoc.

Błędy miały swoje źródło przede wszystkim w paternalistycznej postawie Kościołów Europy wobec miejscowych społeczności i związanym z nią europocentryzmie. „Paternalizm jest źle pojętym współczuciem, zmierzającym do upokorzenia, jeszcze większego uzależnienia korzystających z pomocy od tego, kto tej pomocy udziela” — mówi o negatywnym wydźwięku paternalizmu Louis Luzbetak 2 To zmieniło się szybko. Może jeszcze nie do końca, ale z pewnością skuteczniej i o wiele szybciej niż w dojrzewaniu myśli laickiej, która charakteryzuje się jednak o wiele krótszą pamięcią.

Dzisiaj jeszcze ludzki egoizm czy też niewłaściwie pojęta koncepcja rozwoju człowieka i całej ludzkości niesie z sobą, zarówno na arenie lokalnej, jak i międzynarodowej, wiele nieskutecznych, a nawet szkodliwych koncepcji rozwoju, które osiągają skutek odwrotny do zamierzonego i przyczyniają się do ubóstwa i niedorozwoju całych państw i regionów świata. Tutaj można usytuować neokolonializm gospodarczy i polityczny, którego istota — jak pisał ghański działacz antykolonialny Nkrumah około 1965 roku — „polega na tym, że polityka państwa, które jest w teorii niepodległe i dysponuje wszystkimi atrybutami suwerenności, jest kierowana z zewnątrz”.

Na światowym rynku gospodarczym kraje słabo rozwinięte są właściwie skazane na pomoc krajów bogatszych. To nie ideologia, to fakt. Współczesnym narzędziem wyzysku stało się także zadłużenie międzynarodowe, poprzez które kraje bogate otrzymują od krajów zadłużonych w ramach obsługi długu zagranicznego czterokrotnie większą sumę niż ta, którą przeznaczają dla nich jako oficjalną pomoc w rozwoju.

Dostają chleb i karabin

Neokolonializm gospodarczy i polityczny przejawia się także w wielu konfliktach zbrojnych, zwłaszcza afrykańskich.

Wojny w Afryce są wojnami interesów, w których po jednej stronie są obok siebie właściciele środków przekazu, przedsiębiorcy, finansjera, inwestorzy, rządy zachodnie i „nasi” dyktatorzy, a po drugiej — bezbronne ludy

— tak opisuje sytuację swego kontynentu gwinejski dziennikarz Donato Ndongo–Bidyogo. Kiedy w krajach afrykańskich toczą się krwawe wojny, z bogatych krajów Północy przychodzi pomoc dwojakiego rodzaju: chleb i karabin. Niejednokrotnie z tego samego źródła.

Ryszard Kapuściński pisał w Hebanie:

Pomoc międzynarodowa jest niewyczerpalnym źródłem zysków dla warlordów. Z każdego transportu biorą tyle worków zboża i tyle litrów oleju, ile im potrzeba. Rządzi tu bowiem prawo, które brzmi: kto ma broń — je pierwszy. Dopiero to, co zostanie, mogą wziąć głodni. Problem dla organizacji międzynarodowych: jeżeli nie dać rabusiom, w ogóle nie przepuszczą transportów z pomocą i głodujący umrą.

To wszystko odnieść można do pomocy sprzeniewierzonej. Nie trzeba jednak wspominać tylko o bezkarnych rozbojach. Zdarza się również, że rządy krajów dotkniętych klęską głodu prowadzą politykę, w której głód jest używany jako argument w wojnie cywilnej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w latach dziewięćdziesiątych władze kenijskie zawyżyły dane dotyczące AIDS, aby uzyskać większą pomoc humanitarną, która następnie jest rozdzielana między uprzywilejowane, wąskie grupy. W ramach tejże pomocy zagraniczne organizacje i firmy farmaceutyczne mają możliwość prowadzenia eksperymentów z różnymi lekarstwami i szczepionkami.

Często pewna ideologia rozwoju bierze górę nad realiami kulturowymi, gospodarczymi, religijnymi czy politycznymi lokalnych społeczności i przez to chybia celu. Niejednokrotnie nowe pokolenie technokratów w krajach rozwijających się także nie bierze pod uwagę tych realiów i wpatruje się w koncepcje i sposoby rozwiązań opierające się na modelu zaczerpniętym z Północy. Bez uwzględnienia analizy warunków naturalnych i kulturowych bardzo często pomoc gospodarcza powoduje jeszcze większe zubożenie, przemieszczenia ludności na dużą skalę, problemy związane z nieprzystosowaniem do nowych warunków, sposobu i stylu życia, nowych autorytetów i władzy itp.

Wierzymy w to, że budując w Afryce fabryki, drogi, szkoły, uniwersytety, ministerstwa, studnie głębinowe w wioskach, zaopatrzone w pompy słoneczne, dając kilka traktorów do pracy w polu, służymy rozwojowi. Planowanie i zaaranżowanie tego wszystkiego zabiera sporo czasu i wymaga nakładów finansowych. To wszystko jest jednak tylko pozorem rozwoju. Po pewnym czasie zauważamy, że fabryki produkują, wykorzystując tylko 30% swych możliwości, traktory ugrzęzły w polu, państwo nie ma pieniędzy na utrzymanie dróg, a budynki stoją zaniedbane. To, co uznawaliśmy za rozwój, nie przyniosło pożądanych owoców i nie tego oczekiwała miejscowa społeczność. Prawdziwy rozwój dokonuje się w ludzkich umysłach, wśród ludzi, którzy zaczynają się sami organizować — pisał socjolog Jean– –Marc Ela, myśląc o północnokameruńskiej sawannie, a wtórował mu misjonarz Walbert Bühlman OFMCap, mówiąc, że „bez tej samopomocy najlepsze nawet projekty będą tylko złudną fasadą modernizacji bez rozwoju, który rozpadnie się wraz z odejściem swych mecenasów i protektorów”. Jest to dzisiaj faktem i gorzką prawdą, zwłaszcza w Afryce.

Miasto nie jest afrykańskie

W latach sześćdziesiątych dwie książki wzbudziły żywe i odmienne reakcje, zarówno afrooptymistów, jak i afropesymistów. W 1960 roku Peter Ritner opublikował Death of Africa. Była to pesymistyczna wizja przyszłości Afrykanów odciętych od tradycji, umierających z głodu na zubożałej ziemi w spotworniałych miastach pozbawionych przemysłu. Dwa lata później René Dumont wydał L’Afrique noire est mal partie, w której pisze, że nie jest słuszne angażowanie się młodych państw afrykańskich w rozwój przemysłu kosztem zaniedbania rolnictwa, gdyż nie pozwoli im to wyjść ze stanu niedorozwoju i zapowiada głód. Prawdziwa Afryka to wieś. Upraszczając: na terenach rozległej sawanny środkowoafrykańskiej człowiek tak naprawdę żyje na wsi, we wspólnocie rodowej. Mówiąc językiem personalizmu, człowiek jest pojmowany zawsze jako człowiek–w–społeczności. Nie istnieje bez wspólnoty, bez bycia z nią i dla niej. Stąd też myślenie i życie afrykańskie nacechowane jest przez relacje osobowe. Dominują one także w życiu ekonomicznym, gdyż człowiek nie przeżyje w pojedynkę. Gwarantowały one jednostkom i grupie dość dużą mobilność konieczną w ciągu wieków do przetrwania i zachowania tożsamości. To była rzeczywistość obca nie tylko wszelkiej globalizacji, ale wyjściu poza świat bliskich relacji. Nawet wyjściu do miasta, w którym przecież są w większości Afrykanie. To nie są relacje wieś — miasto, ale relacje rozbijające cały świat.

Miasto nie jest afrykańskie, tak samo jak państwo, administracja, pieniądz, podatki, bawełna, szkoła itp. To świat innego pojmowania czasu, przestrzeni, sensu życia. Miasto — organizacja życia na sposób Zachodu, wieś — strażniczka miejscowej tradycji w każdym wymiarze, chociaż od dawna już utraciła swoje dziewictwo. Pustoszejąca wieś zaczyna przeżywać kryzys z powodu odejścia jednostek często najbardziej dynamicznych. Zmniejsza się liczba mieszkańców, zachwiane zostały struktury rodzinne i rodowe. W mieście wielu migrantów spotyka rozczarowanie. Koszty życia są o wiele wyższe niż na wsi. Powszechne jest bezrobocie i żebractwo. Bandytyzm, kradzieże, zabójstwa są niemal na porządku dziennym. Szerzy się prostytucja.

Trzeba wychowywać sumienia

Christian Aurenche, były lekarz wolontariusz w północnym Kamerunie, obecnie ksiądz misjonarz, napisał wiele trafnych uwag o rozwoju tego regionu. Pracował we wsi Tokombéré. Głosił słowo Boże, ale i praktykował dawny zawód lekarza. Chciał miejscową ludność otoczyć opieką zdrowotną, nauczyć higieny, rolnictwa, chciał ją nauczyć pisać i czytać. Jednak nacisk kładł głównie na naukę współpracy, wyzwalanie inicjatywy, samoorganizację oraz jak największy udział samofinansowania i własnej pracy. Wielokrotnie mówił on o swoich trudnościach we współpracy z organizacjami zajmującymi się pomocą w rozwoju, gdyż te koncentrowały się na wycinkowych projektach i statystykach, bez uwzględnienia miejscowej kultury, mentalności, wartości i potrzeb ludzi w tym konkretnym regionie. Misje katolickie w sawannie kameruńskiej pozostają z dala od dawnych koncepcji oddzielających nowo nawróconych od wpływu świata. Przeciwnie, otwierają się w pełni na świat, idee demokracji, nieuchronną globalizację gospodarczą, wymianę i dialog między kulturami oraz między religiami. Mają jednak świadomość, że rozwoju nie można zaczynać odgórnie, planować na podstawie założeń ideologii i dopiero później wtłaczać w jej ramy człowieka, nie licząc się z jego wszystkimi wymiarami.

W encyklice Redemptoris missio Jan Paweł II podkreśla, że należy popierać rozwój, wychowując sumienia, gdyż

misją Kościoła nie jest działanie bezpośrednio na płaszczyźnie ekonomicznej, technicznej czy politycznej albo dawanie materialnego wkładu w rozwój, ale polega zasadniczo na tym, by ukazywać narodom nie jak „więcej mieć”, ale jak „bardziej być”, rozbudzając Ewangelią sumienia. Prawdziwy rozwój ludzki musi zapuszczać korzenie w coraz głębszej ewangelizacji (RMis 58).

I chociaż podkreśla przy tym praktyczne działania, odwiecznie związane z działalnością misyjną Kościoła, to zarazem jednak powraca do tego, co stanowi wielką oryginalność jego myśli, i mówi:

na rozwój danego narodu nie wpływa w pierwszym rzędzie ani pieniądz, ani pomoc materialna, ani też struktury techniczne, ale formowanie sumień, dojrzewanie mentalności i obyczajów. Protagonistą rozwoju jest człowiek, a nie pieniądz czy technika (RMis 58).

Papież jest przekonany, że sprawiedliwości trzeba szukać ostatecznie poprzez ewangelizację, poprzez formowanie sumień. Stąd też kontrowersyjne hasło, cytowane w encyklice: „By walczyć z głodem, zmień życie” (RMis 59). Świat jest nie tylko światem wartości materialnych, ale i duchowych, dlatego wrzucając datek na rozwój „biednej Afryki”, zmieniaj swoje życie wewnętrzne, a z czasem zamienisz i to zewnętrzne. I będziesz wiedział jak, ile i gdzie dawać. Dasz wtedy więcej, niż się spodziewasz, a otrzymasz jeszcze więcej. Solidarność zakłada dawanie i branie zarazem, a świat jest źródłem obfitości, danej człowiekowi — wszystkim ludziom — przez Boga.

1 E. Lafont, N. Bouttier, Le Jubilé en actes, Paryż 2000, s. 82.
2 Kościół a kultury, Warszawa 1998, s. 79.

Globalizacja solidarności
Jarosław Różański OMI

urodzony w 1961 r. w Biłgoraju – misjonarz oblat Maryi Niepokalanej, absolwent filologii polskiej, dr misjologii, adiunkt przy Katedrze Historii Misji na UKSW. Aktualnie mieszka w Poznaniu....