Harówka, zabawa czy żenada?

Harówka, zabawa czy żenada?

„Mieliśmy dyktaturę ciemniaków, teraz mamy dyktaturę kacyków redakcyjnych” – tę frapującą opinię sformułował ks. prof. Marek Starowieyski (Wiadomości KAI, 13 kwietnia 2008). „Redaktor może zrobić wszystko – rozwija swą myśl wybitny patrolog – skrócić, zmienić tytuł, zadiustować (czytaj: wszystko pozmieniać). (…) A to znajduje się we wszystkich chyba pismach katolickich, poczynając od ponoć ambitnych »Tygodnika« i »W drodze«”. Księże Profesorze! „W drodze” to na pewno miesięcznik ambitny, choć niekoniecznie świadczą o tym moje felietony, ale głową ręczę, że w jego redakcji nie działa żaden wszechmocny kacyk.

Cały wywiad z ks. Starowieyskim jest smakowity. Dostaje się prawie wszystkim, a najbardziej „laikatowi medialnemu”. Ks. Profesor stwierdza: „O ile kler się laicyzuje, to laikat, przynajmniej ten medialny, z kolei się klerykalizuje: przejmuje wszystkie najgorsze cechy kleru, za które nas słusznie krytykuje: jest apodyktyczny, wypowiada się autorytatywnie (o gruszce i pietruszce), jest nietolerancyjny, dialog jest niemożliwy, stosuje cenzurę, używa swoistego nic nieznaczącego żargonu (zacofany, niesoborowy, ksenofobiczny, kompleks twierdzy oblężonej)”. Są to niewątpliwie przerysowane spostrzeżenia, ale do kilku przypadków pasują znakomicie. Oczywiście z całkowitym wykluczeniem „laikatu medialnego” w „W drodze”.

Mający perspektywę dwu tysięcy lat profesor patrolog kontynuuje: „Dodajmy do tego, czego nigdy nie zdołałem zrozumieć, brak poczucia i rozeznania przez laikat duszpasterstwa, które nie jest zabawą w Kościele i w Kościół, ale ciężką harówką, sztuką sztuk, jak ją nazwał św. Grzegorz Wielki”. Zgoda! Duszpasterstwo jest ciężkim wyzwaniem i wielu księży funkcjonuje na granicy albo już poza granicą pracoholizmu, ale – z drugiej strony – nie brakuje duchownych, którzy wiedzą, co i jak robić, aby się nie przepracować. Co do sztuki, to trudno polemizować ze św. Grzegorzem. Można by jednak zauważyć, że niekiedy współczesne duszpasterstwo przypomina bardziej tzw. instalacje niż to, co święty teolog miał zapewne na myśli, mówiąc o sztuce.

Poza tym duszpasterstwo bywa czasem zabawą. Bawiąc, uczyć! – tę zasadę wykorzystali duszpasterze akademiccy z KULu, którzy urządzili „Targi zakonne”. Chodziło m.in. o promocję powołania zakonnego. Była modlitwa, świadectwa, sztuka i refleksja, ale także takie imprezy, jak pokaz mody zakonnej czy też konkurs pieczenia ciasta zakonnego. Siostry na wybiegu prezentujące z wdziękiem swoje habity przyciągnęły mnóstwo mediów. Pewien gość z TVN miał rzec, że tyle kamer filmujących kościelne wydarzenie ostatni raz widział podczas eksmitowania betanek. Niektórym nie spodobała się idea pokazu mody zakonnej jako sprowadzająca zakonne powołanie do banału, by nie powiedzieć wygłupu. Ja bym się nie czepiał. Czasem trzeba wejść cudzymi drzwiami, aby wyjść swoimi. Medialna zabawa umożliwia dotarcie z bardziej poważnymi kwestiami. Choć nie jest to łatwe. Ostatnimi punktami programu targów były msza, a po niej dyskusja na temat: „Życie zakonne: awangarda czy antykwariat?”. Tutaj żadnych kamer już nie było.

Zabawnie było też w Londynie. Oto przyjechałem do współbraci, którzy w wynajętym od anglikanów kościele rozwijają duszpasterstwo Polaków. Na niedzielę zaplanowaliśmy uroczystą mszę z biskupem pomocniczym diecezji londyńskiej oraz prowincjałem brytyjskich jezuitów. Po mszy parafialne barbecue, czyli przyjęcie w ogrodzie: rożen, grzaniec, ciasta itp. Tyle że z soboty na niedzielę napadało sporo śniegu, co jak na Londyn, i to w kwietniu, było absolutnie nadzwyczajne. Organizatorzy pikniku zwątpili w powodzenie przedsięwzięcia. Jednak podczas mszy wyjrzało słońce, śnieg stopniał i wszystko wspaniale się udało. Biskup wygłosił kazanie, które było tłumaczone na polski, a potem zapragnął jeszcze porozmawiać z dziećmi. Okazało się, że polskie dzieciaki rozumiały doskonale biskupa i chętnie odpowiadały po angielsku na jego pytania. To była wielce znacząca sytuacja: z jednej strony wypełniający należący do anglikanów kościół katolicy z Polski, z drugiej strony biskup reprezentujący lokalny Kościół katolicki, a pośrodku małe dzieci, które swobodnie przechodziły z polskiego na angielski.

Lublin, „polski” Londyn – to jedno z wielu miejsc, do których zawiodły mnie moje prowincjalskie obowiązki. I mogę potwierdzić to, co zauważył ks. prof. Starowieyski, a mianowicie, że „widok Polski katolickiej z okien dziennikarskiej Warszawki i Krakówka jest bardzo daleki od rzeczywistości polskiego Kościoła”. Ta odległość jest wprost kosmiczna w wypadku telewizyjnych show redaktora Tomasza Lisa. Ów publicysta, próbując się pochylić nad problemami Kościoła, uznał niedawno, że najlepszym reprezentantem tej instytucji będzie ekscentryczny ks. Henryk Jankowski ubrany w biały frak. Do tego dorzucił eksksiędza oraz Lecha Wałęsę, któremu wszystko kojarzyło się z Rydzykiem. Wyszło z tego, że praca Kościoła nie jest ani harówką, ani zabawą, ale po prostu jedną wielką żenadą. A redaktor Lis zainkasował wielką kasę (m.in. z abonamentu) za wtłaczanie nam tego wrażenia do głów.

Harówka, zabawa czy żenada?
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....