Hip-hop receptą na katechezę?

Moi uczniowie zastanawiają się, czy da się wierzyć w Boga i żyć normalnie, po ludzku. Oczekują, żebym im pokazał, że w tym świecie warto wierzyć w Boga. To nie jest łatwe.

Jan Grzegorczyk, Paweł Kozacki OP: Czy gdyby to od Ciebie zależało, cofnąłbyś decyzję sprzed trzynastu lat i powrócił z katechezą do salek parafialnych?

Marek Kosacz OP: Kiedyś w czasie panelu powiedziałem, że trzynaście lat temu katecheza w Polsce została zamordowana. Jeden z uczestników mówił oburzony, że powrót katechezy do szkoły dokonał się na osobiste życzenie Ojca Świętego. Niezrażony tym powiedziałem, że gdyby to ode mnie zależało, nie zgodziłbym się na jej przeniesienie do szkoły.

Wiemy, że wróciłeś z katechezą do salek przykościelnych. Jak do tego doszło?

Trzy lata temu przyjechałem do klasztoru w Szczecinie. Moim zadaniem było uczenie w LO. Cieszę się z doświadczeń, które nagromadziłem. Na początku, aby poznać się z ludźmi, trochę ich oswoić i — co tu kryć — także kupić, wykorzystywałem swoje żelazne tematy. Takie, że w czasie zajęć ludzie dosłownie jedzą mi z ręki. Wcześniej sprawdzało się to przez parę lat, a tu — kompletna klapa. Dostałem taką klasę, której uczniowie mieli mnie gdzieś. Tematy i zajęcia padały jeden po drugim. Uznali, że rela będzie polegała na jedzeniu, przepisywaniu zadań na przedmioty, które się liczą. Przy okazji parę osób, tych bardziej religijnych, może sobie słuchać. Szlag mnie trafił.

Wyobraź sobie taką sytuację. Prowadzę zajęcia i w pewnej chwili słyszę grające radyjko. Dziewczyna w ostatniej ławce przepisuje sobie zadanie i słucha radia. Zatrzęsło mną. Z czymś takim spotkałem się pierwszy raz w życiu. — Co ty, dziecko, robisz? — zapytałem dorosłą dziewczynę. — Ja mam podzielną uwagę — stwierdziła bez zażenowania. — Mogę równocześnie przepisywać zadanie, słuchać muzyki i słuchać księdza.

Co się stało? Uczniowie przejęli przewodnictwo w klasie. To najgorsza rzecz, jaka się może zdarzyć. Pamiętaj, że zderzyło się to z moim przekonaniem, że naprawdę jestem dobry w tym fachu! Gdy uczniowie górują, mają cię jak na dłoni. Bawią się tobą. Poszedłem na wywiadówkę. Opowiadam, co dzieje się na zajęciach, że zastanawiam się, czy one mają sens. W pewnym momencie jedna z mam mówi, że jej syn jest na dole, może się go spytamy, jak to jest naprawdę. Z informacji, które mieli rodzice, wynikało, że jestem nerwowy, czepiam się, wybucham, po prostu jestem kiepski. Rodzice naturalnie wierzą swoim dzieciom. Chłopak przyszedł, mama pyta, a on, o dziwo, odpowiedział, że ja się staram, ale klasa mnie olewa. Wtedy rodzice zgodzili się, żebym wrócił z zajęciami do salki. Ulżyło mi. Myślałem, że odpadną ci, którzy się straszliwie męczyli i nudzili. Ale nie. Wielu z nich jednak przyszło. Kiedy usiedliśmy w kółeczku w salce klasztornej, sytuacja się radykalnie zmieniła. Zobaczyli, że tu jest krzyż i że nie można robić wiochy.

Główną przyczyną mojego powrotu do salki była więc bezradność, ale jego owocem były wartości niewyobrażalne. Zaczęło się od najprostszych spraw. Zobaczyliśmy, że nie trzeba podnosić głosu, że można rozmawiać jak ludzie. Uczniowie mogą sobie zrobić kawę, herbatę. Kupiłem kosz, 20 kubków, parę paczek herbaty i kawy. Czajnik. Wyobraź sobie takie katechezy — jesienna pora, jest wpół do piątej po południu, za oknem się ściemnia. Siedzimy w półmroku, tylko przy świecach, rozmawiamy. W szkole tego nigdy nie było. Być może są tacy, którzy posiadają dar potrzebny, aby w klasie wytworzyć taki klimat. Zazdroszczę. Ja tego nie potrafię. Moim zdaniem, w szkolnej klasie zawsze jest barykada z uczniowskich blatów i nauczycielskiego biurka.

Przychodzą sportowcy (uczniowie z klasy sportowej — pływacy) i mówią: „Ksiądz, idziemy na relę, ale weź kawę, bo mamy zaraz ciężki trening”. Religia przestała być zapchajdziurą, godziną na przetrwanie, przepisywanie zajęć. Przekonałem się o tym w ostatni dzień przed feriami. Jest piątek, ostatnia lekcja. Nastawiłem się na to, że ludzie nie przyjdą, a jeśli tak, to pozwolę im pójść do domu. Wszyscy przyszli, nie chcieli, żeby ich zwolnić. Wpadłem trochę w panikę, chyba nie za dobrze byłem przygotowany do zajęć, nawet notatek ze sobą nie wziąłem. Nagle zobaczyłem, jak dziewczyna z chłopakiem, zakochani na całego, przytulają się i całują w kącie. Pomyślałem — już wiem! Zrobię im katechezę o całowaniu. Akurat ten scenariusz znam już na pamięć. No i zaczęło się… „Widziałem czułości, porozmawiajmy dzisiaj o całowaniu. Czy wiecie może, kiedy po raz pierwszy można było zobaczyć pocałunek na ekranie kina? Po co jest całowanie? Czy Pan Jezus się całował?”.

Jak Twoje przenosiny do salki przyjęła dyrekcja?

Cieszę się, że przede wszystkim zgodę wyrazili rodzice. Pani dyrektor nie miała nic przeciwko, za co jestem jej wdzięczny. Zresztą przed tym faktem wszystko dokładnie jej opowiedziałem. Dzięki temu w szkole są wolne sale do wykorzystania. To ważne, ponieważ w jednym budynku znajduje się podstawówka, gimnazjum i liceum.

A co z kurią? Co na to inni nauczyciele, księża, współbracia?

Nie wiem, co na to kuria, a ściślej wydział katechetyczny. Mam wrażenie, że interesują się ludźmi dopiero wtedy, gdy są kłopoty. Zaznaczam, że to tylko moje wrażenie. Szkoda mi trochę, że nieczęsto spotykam się z nauczycielami, ale wiem, że dopytują się o religię, zwłaszcza wychowawcy, więc mają informację od uczniów z pierwszej ręki. Moi bracia zaakceptowali grupki uczniów zadeptujące korytarze, kilku z nich spróbowało powtórzyć mój pomysł, ale z różnym skutkiem.

Czy nie jest tak, że aby prowadzić katechezę w szkole, trzeba być artystą albo człowiekiem bardzo silnym?

Wiesz, spotkałem kiedyś na warsztatach takiego misia, księżula ubranego w doskonałą czerń, w koloratce jak golf. Takiego tylko pacnąć i niech spada na drzewo. Uczył w jakiejś męskiej szkole. W czasie zajęć nabrałem do niego szacunku. Był piekielnie inteligentny. Gdy ktoś mu podskoczył, to robił z gościa balona. Nie pozwalał z siebie drwić. I tym właśnie zyskał szacunek. W ogóle nie podnosił głosu, ale jak ktoś spróbował poszaleć, nadziewał się na szpikulec.

Jak Tobie szło na początku?

Pamiętam swoją pierwszą katechezę w rzeszowskim „Odlewniku”. Wchodzi trzecia klasa zawodowa… Patrzą na mnie. Słyszę głośne: „O k…, znowu rela, nieeeee…”. Są właśnie po zajęciach na basenie. Głodni jak wilki. Jeden wyjmuje z torby wszystko, zbiera zamówienia, idzie do sklepiku po jedzenie, wraca i zaczynają jeść. Kroją bułki, smarują topionym serkiem, a ja młody, zielony, nie wiem, co robić. W końcu jeden z nich mówi do mnie: „To niech ksiądz coś opowiada, a my będziemy jedli…”. No i tak właśnie było…

Sztuka katechezy jest podobna do innych sztuk. Moim zdaniem, składa się z 5% talentu i 95% ciężkiej pracy i zdobywania doświadczenia. Podobnie i siły, i wytrwałości nabiera się z czasem. Ale nie każdy się do tego nadaje.

Co jest potrzebne księdzu, który zaczyna uczyć w szkole religii, aby przetrwał, a ludzie mieli z tego jakiś pożytek? Na studiach tego się nie dowie, w seminarium też nie.

Moim zdaniem, niezbędne jest wsparcie grona pedagogicznego. Bez tego człowiek polegnie. Poza tym warto mieć dobrych znajomych, którzy podzielą się pomysłami, będą podporą w trudnych chwilach. Dobrze jest kupić wcześniej trochę książek, choćby tych ze świetnymi pomysłami wydanych przez sekcję katechetyczną KLANZY, czyli Polskiego Stowarzyszenia Pedagogów i Animatorów. Trzeba mieć także pomysł, jak uporać się ze zmęczeniem, bólem głowy, nerwami i bolącym gardłem. Po 10 latach pracy można się tego nauczyć.

Jakie problemy rodziła katecheza 10 lat temu, a jakie dzisiaj?

10 lat temu fajnie dyskutowało się o problemach moralnych. Każdy taki temat był hitem. Ogień szedł po klasie. Aborcja, seks przedmałżeński, zdrady, problemy z rodzicami, miłość, czy wolno kraść, czarne karty historii Kościoła. W ogóle sprawy pod hasłem „czy wolno?” oraz „dlaczego?”. To już się znudziło. Teraz już nie pytają, czy wolno, czy nie, tylko czy jest sens wierzyć, czy nie. Teraz można porozmawiać o wierze, a dopiero potem o moralności. Wierzyć w Boga? A może zrezygnować? Przestawienie akcentów. Dziś sprawy moralne są konsekwencją wiary.

Jestem współautorem książki ze scenariuszami katechez o dekalogu. Chciałem zawrzeć w niej myśl, że sposób, w jaki żyję, zależy od tego, jak wierzę, bo moi uczniowie dzisiaj się zastanawiają, czy da się wierzyć w Boga i żyć normalnie, po ludzku. Oczekują, żebym im pokazał, że w tym popie… świecie warto wierzyć w Boga. To nie jest łatwe. Trudno także przekonać uczniów, że istnieje coś obiektywnego: prawda, dobro, piękno. Życie ich nauczyło, że dobro jest doraźne, a prawda? Cóż to jest prawda…? Starych, żelaznych tematów związanych z moralnością dzisiaj mają z reguły już dosyć. Na zajęciach często widzę moją uczennicę z dość dużym dekoltem, całą w „malinkach”. Co jej mam tłumaczyć o seksie przedmałżeńskim? Ona przecież przez weekend tym radośnie żyje! Pakowanie się katechezy w rozwiązywanie moralnych problemów życiowych to już dzisiaj strata czasu. Maturzyści sami poprosili mnie o taki mały kurs przedmałżeński, abym pokazał im piękno chrześcijańskiej wizji małżeństwa, rodziny, miłości. Z nimi rozmawiam właśnie o rodzinie, o miłości, to jest dużo ciekawsze. Ha! Z drugiej strony dużo ciekawsze od seksownych tematów są zajęcia o tym, jak ze sobą rozmawiać. Uczymy się razem rozumieć drugiego człowieka, czasem przekonywać go do swoich poglądów. Bardzo chwyta temat, jak żyć normalnie z drugim człowiekiem? Jak przebaczyć? Co zrobić, żeby nie wrzeszczeć na siebie?

Opisz Twoją młodzież.

Często mają nieciekawą sytuację w domu. Szczecińskie środowisko bardzo temu sprzyja. Na przykład dziewczyna z pierwszej licealnej mówi: „Proszę księdza, ja już wszystko w życiu widziałam”. I mówi to tak, że mi skóra cierpnie. Wierzę jej. Nie potrzebuję więcej argumentów. Inna mieszka z matką i ze starszą siostrą, a siostra ma dwójkę dzieci — każde z innym mężczyzną. Chyba połowa moich uczniów nie ma w domu taty. Muszę postępować delikatnie. Pewnego razu siedzimy i gadamy o ojcostwie i nagle coś mi nie gra. A chłopakowi, który siedział tuż koło mnie, ramię w ramię, po twarzy leciały łzy, wszyscy to widzieli, tylko nie ja. Jak rozmawialiśmy o krzyku w domu, to zaraz zrobiła się cisza, bo to był ich temat. Tacy właśnie są.

Myślę, że spora część moich uczniów nie ma marzeń, dlatego uczę ich marzyć. Jest konflikt między życiem a marzeniami. Gdybym opierał się na samym opisie życia, musiałbym się poddać. Oni widzą na przykład, że małżeństwo to męczarnia. „Nie warto wychodzić za mąż, lepiej żyć na kartę rowerową, wtedy się mniej płaci”. Jakie mają argumenty? Połowa moich uczniów pochodzi z rozbitych rodzin.

Kiedyś pracowali w grupach. W pewnym momencie dziewczyny z jednej grupy mnie wołają, bo czegoś nie rozumiały. Nachylam się i mówię: „To jest tak, jakby mama ci coś kazała zrobić”. A jedna z nich: „Nie mam mamy”. Zatkało mnie. „To kto się tobą opiekuje?” „Babcia”. Muszę mieć szacunek do sytuacji.

Opowiadają mi o bezsensowności życia swoich rodziców. Ostatnio w pierwszej klasie rozmawiamy luźno o miłości. Koło mnie siedzi chłopak i mówi: „Oglądałem wczoraj film, przyszła ciocia i zaczęła opowiadać, że uwiódł ją jakiś facet, a ona się nie oparła. Jej mąż jest marynarzem i stale nie ma go w domu”. Chłopak mówi to w klasie, gdzie się prawie nie znają. W młodzieży jest więcej obojętności. Kiedyś ludzie byli za albo przeciw. A dziś: „Zastanowię się, czy będę chodził na relę”, „Zastanowię się, czy wierzyć w Boga”.

Janusz Skotarczak w dyskusji w „Znaku”, w której brałeś udział, wyliczając pomysły na katechezę i cechy, którymi powinien się odznaczać katecheta, nakreślił w efekcie sylwetkę Jamesa Bonda albo przynajmniej żołnierza GROM–u. Katecheta powinien grać na gitarze, powinien orientować się doskonale w kulturze masowej, być sportowcem, krajoznawcą. Wszystko to pomoże zaimponować młodzieży.

Bogata osobowość przydaje się każdemu. Najważniejsze, aby nie przegapić szansy na przeżycie przygody z uczniami. Przygody, która wytworzy więź.

Pewnego dnia siedzę z chłopakami z ekipy sportowców i rozmawiamy o aniołach stróżach. Pytam, dlaczego jak jesteśmy mali, to klepiemy „Aniele Boży, stróżu mój…”, a jak człowiek ma 18 lat, to spławiamy aniołów. Wyobraźcie sobie całe osiedle porzuconych aniołów. A „Olczak” mówi: „Kurka, to byłby dobry tytuł”. A oni mają taki squad (czyli zespół) Kontrargument. „To co, robimy piosenkę?”. Podzieliliśmy się rolami. Jeden miał rolę anioła stróża, drugi podopiecznego nastolatka, trzeci kolegi, ja Boga. Czwarty miał zrobić pointę. I po miesiącu każdy przyniósł swoje szesnaście linijek na 50 sekund. Potem dostąpiłem zaszczytu nagrania. Pojechaliśmy do domu jednego z chłopaków, mama przyniosła placek, zrobiła herbatę. Zamknęliśmy się w pokoju. Jeden wcześniej z sampli zrobił muzykę i wymyślił refren. Odpalają kompa i lecimy. Ja mówię: „Kurka, ale klimat”. I powstała piosenka „Osiedle porzuconych aniołów”. Teraz kursuje w Internecie, mamy ją na kompakcie wydanym niedawno w magazynie „Ruah”. Wiesz, jak to się dla nich liczy? Wiadomo, że czasem padasz na pysk. Ale dla tych chłopaków jestem w stanie to zrobić. A bierze się to stąd, że od trzech lat się znamy i rozmawiamy na religii. Nie muszę sprawdzać obecności. Są zazwyczaj wszyscy.

Grupa Kontrargument to hiphopowcy, tak?

Tak jest. Dwadzieścia lat temu tak samo, jak oni, się kiwałem, słuchając Perfectu, Maanamu czy TSA. Dla nich stare hity są bezbarwne. W wielkim poście miałem rekolekcje i wpadł mi do głowy szalony pomysł, aby w treść konferencji wpleść rapowanie. A dlaczego nie miałbym zaśpiewać tego, co ma być dla tych ludzi najważniejsze? Po co mam truć, przecież gimnazjaliści mogą zaśpiewać ze mną o pięciu warunkach dobrej spowiedzi. Miałem stracha i obawy… Czy czasem już nie przesadzam? Modliłem się o światło Ducha Świętego. Podjąłem ryzyko. I udało się! Razem z gimnazjalistami w Choszcznie rapowaliśmy w kościele. Przyjechała także ekipa Kontrargumentu i dali koncert dla dwóch grup.

Prawdą jest, że hip–hop jest muzyką tego pokolenia, ale nie jest tak, że wszyscy bez wyjątku przeżywają świat w rytmie hip–hopu. Jeśli się o tym zapomni, to część młodzieży się zniechęci do religii, bo powie, że jej hip–hop nie interesuje.

Oczywiście, dlatego dla innych mam inne propozycje — taniec integracyjny (tak, tak, czasami tańczymy na religii!), dyskusję, wymianę płyt z muzyką, rozmowę o książkach czy na dowolny temat, w którym choć trochę się będę orientował. Dzisiaj trudnością w nauczaniu jest spadek ogólnego wykształcenia. Młodzi ludzie nie rozumieją, co to jest kultura, mają bardzo mało odniesień kulturowych. Nie rozumieją słów. Kiedyś powiedziało się sumienie i starczyło. Dzisiaj nie wiadomo, co to znaczy. Chociaż znam też wielu ludzi z ambicjami europejskimi, wyjeżdżają z domu, żeby ciężko pracować i mieć na naukę.

Czy wszystko w katechezie zależy od tego, jaki katecheta z jaką klasą się spotka?

Nie wszystko. Trzeba mieć także zewnętrzne zasilanie. Wiem, że są ludzie, którzy modlą się za mnie i za moich uczniów. Trzeba mieć kogoś, kto zapłaci swoim czasem, cierpieniem, modlitwą za mój sukces. Ja mam talent i doświadczenie, ale to nie wystarcza, muszę mieć zasilanie.

Mówiłeś, że pozytywnym owocem powrotu katechezy do szkół jest pojawienie się wielkiej rzeszy metodyków i katechetów świeckich. Ilu wśród nich jest ludzi z powołaniem, a ilu takich, którzy się z powołaniem minęli bądź szukają jakiejkolwiek pracy?

Nie liczyłem nigdy katechetów z powołaniem lub bez. Znam wielu ludzi z pasją. Dzisiaj chodzi o to, żeby wizjonerom, których jest garstka, nie podcinać skrzydeł. Znam kilka osób, które by zrobiły rewolucję, ale muszą pamiętać, że mają nad sobą kurię, a tam siedzą twardogłowi.

Katecheza jest opanowana przez kobiety. Byłem kiedyś na KUL–u. W czasie przerwy rozmawiam z kolegą na balkonie. Patrzymy na salę wypełnioną słuchaczami. Kolega mówi: „Zobacz, to klęska polskiej katechezy. Same katechetki, siostry zakonne, kilkunastu księży…”. Oczywiście, jest lepiej niż parę lat temu. Nie jest już tak, że uczą kucharki albo powinowate proboszcza. Są zasady określone przez ministerstwo, wymogi formalne. Trzeba mieć studia albo specjalne kursy. Jednak sfeminizowanie tego zawodu jest straszne.

Czy każdy katecheta musi się pogodzić z prawdą, że raz na wozie, raz pod wozem? W jednej klasie wyjdzie mu super, a w drugiej ten sam temat i klapa.

Na to warto się przygotować. Teraz jestem w luksusowej sytuacji. Polubiłem się z ludźmi. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz podnosiłem głos na lekcji. Nie pamiętam, kiedy miałem nieudaną religię. Może to było dwa lata czy rok temu. Przychodzę i wiem, że lekcja będzie udana. Trzeba czasami wziąć poprawkę, gdy klasa jest po sprawdzianie albo siódmej lekcji. Kilka lat temu systematycznie wracałem ze szkoły skopany. Teraz cieszę się, że przez te wszystkie lata się nie poddałem.

Powiedz trochę o swoich słabościach. Czy walnąłeś kiedyś jak łysy o beton i przegrałeś lekcję?

Wiele razy zrobiłem coś głupiego. Mam niewyparzony język i w emocjach potrafię powiedzieć coś, co uważam za dobre i śmieszne, a jest wręcz przeciwnie.

Wiele lat temu dałem plamę i to zdrową. Bardzo się tego wstydzę. To było na początku mego katechizowania. Uczyłem w rzeszowskim „Odlewniku”. Sprawy dyscyplinarne załatwialiśmy pajączkiem. Brało się gościa za ręce i nogi i rozciągało w powietrzu. Gdy wisiał tyłkiem do dołu, to się go kopało, albo sterczał do góry — to się go prało pasem. Klasa się na to godziła. Wręcz ich to bawiło, a ja, głupi, temu uległem. Plama polegała na tym, że w drugim roku mojego uczenia dali mi klasę tzw. uzawodowioną, do której przydzielono młodzież, żeby skończyła podstawówkę, ucząc się na ślusarza. Najbardziej nieszczęśliwi ludzie. Kiedy pani pedagog odwiedziła chłopaków w ich domach, załamała się psychicznie. W tej klasie pewnego dnia kompletnie mi rozum odjęło. Postanowiłem, że komuś zrobimy pajączka. Oni mieli w domu ogrom agresji, a jeszcze z mojej strony jej doświadczyli. Wylosowany do pajączka facet wyskoczył z klasy jak z procy i poleciał — słusznie — poskarżyć się wychowawczyni. Do dziś się tego wstydzę.

Tomasz Węcławski powiedział, że każdy kapłan powinien przynajmniej raz stanąć przed klasą, jest to sprawdzian jego kapłaństwa.

Jestem zdania, że nie każdy ksiądz nadaje się do szkoły. Nie każdy jest w stanie stanąć przed klasą, sprawdzi się za to doskonale w innym miejscu, w którym nie dałby sobie rady urodzony katecheta.

Jak prowadzić katechezę dla wszystkich?

Najważniejsze, żebyś umiał porozmawiać z uczniami, bo oni marzą, żeby porozmawiać z dorosłym człowiekiem. Temat jest nieraz tylko pretekstem do nawiązania więzi. Ostatnio robiłem im zdjęcia, bo mieli wesołe skarpetki — skarpetki pięciopalczaste, na dodatek w kwiatki, paski i wesołe wzorki. Chodzi o to, żeby oni się tu czuli jak w domu, żeby Kościół im się skojarzył: tu były fajne lekcje. O wszystkim innym mogę zapomnieć, ale niech pozostanie wrażenie, że kiedyś w życiu było fajnie. Posłuchaj takiej historii. Rok temu idę po rynku w Krakowie i podlatuje do mnie dryblas: „Ty mnie uczyłeś religii”. Rzeczywiście. Chłopak był niewierzący, ocierający się o ruch krisznaitów. „Wiesz, nawróciłem się. Jezus jest moim Panem!”. „Co ci się stało?”. „Kocham Jezusa”. To było tak, jakby podszedł do mnie Jerzy Urban i powiedział, że chce zostać ministrantem. Potem szedłem i śmiałem się na ulicy. „Panie Boże, chyba Cię pogięło normalnie, żeby takiego kolesia przygarnąć”. To był najbardziej obojętny kolo. A teraz jeździ z misją na Ukrainę i opowiada dzieciom o Bogu. Takich chwil mam wiele w życiu. Odchodzę z jakiegoś miejsca, a po roku ktoś przysyła list, że było fajnie. Godziny przesiedziane na gadu–gadu. Przypadkowe spotkania w sklepie, na ulicy. Wspólne wyjścia do pubu, to jest owoc katechezy.

Pewien katecheta opowiadał mi o tym, jak się wyłożył na Twoich konspektach. Czy masz sygnały, na ile Twoja wiedza katechetyczna pomaga innym?

Nuty to nuty, ale nie każdy gra na skrzypcach. Mam stronę w Internecie (www.lutownica.dominikanie.pl). Dziennie jest tam około 100–200 wjazdów. Tematy są do powszechnego użytku, ale zastrzegłem: „Nie kopiuj głupio. Zrób to po swojemu”. Żałuję, że ci, którzy korzystają z moich konspektów, nie dzielą się ze mną tym, jak je twórczo przetwarzają. Zapraszałem do tego. Rok temu rzuciliśmy w gronie ludzi KLANZY pomysł „GS–ów”, czyli mocnego ruchu Grup Samokształceniowych. Samotność katechety to jest dramat. Ja mam czas na doczytanie, komputer, stałe łącze, ksero pod ręką. Ale jak ktoś przychodzi i ma chore dziecko i pijanego męża, to skąd ma mieć czas na przygotowanie się do lekcji. Przez lata korzystałem z cudzych tekstów. Teraz czas na spłacenie zaciągniętego długu. Dlatego chcę pomagać innym.

Jesteś zwolennikiem wysokich zarobków dla katechetów.

Zdecydowanie tak. Katecheta powinien utrzymać rodzinę, poza tym kupić sobie komputer, książki. Tymczasem często bierze nadgodziny, by utrzymać rodzinę. Ja ciężko pracowałem na komputer i rower czy aparat. Mam satysfakcję, że zarabiam. Szkolna pensja idzie na konto klasztoru, a co sobie kupiłem, przyszło z dodatkowych dochodów. Chociaż ten kij ma dwa końce. Pamiętam, jak w Jarosławiu uczyliśmy za darmo. Jeden koleś w czasie dyskusji zapytał, ile mi płacą, że tak do nich mówię. Powiedziałem wtedy: „Pracuję za darmo!”. Opadła mu szczena, a klasa nie chciała w to uwierzyć. I wtedy byłem wygrany.

Ilu jest katechetów, którzy nie potrafią zapanować nad żywiołem agresywnego pokolenia?

Wielu. Uczniowie mają dziś tylko prawa, kiedyś mieli też obowiązki. Pewnego razu na warsztatach KLANZY dotyczących porządku na katechezie odgrywaliśmy role: zadymiarza, lizusa, zastępcy zadymiarza, milczka, była też nauczycielka, która miała poprowadzić lekcję w takiej grupie. Ja grałem zadymiarza. Zawiązywałem buta na biurku, bekałem, rzucałem pisakami. Czułem potem do siebie obrzydzenie za takie zachowanie, chociaż była to tylko zagrana scenka. Potem mi ludzie powiedzieli, żebym tak się nie przejmował, bo w rzeczywistości bywa dużo gorzej.

Wyobraź sobie taką sytuację w trzeciej klasie gimnazjum. Wyrzuciłem kiedyś ucznia z klasy, a za nim wstało ośmiu i wyszło. Reszta klasy patrzy. Co robić? Powiedziałem głośno: „Skoro panowie wyszli, to domyślam się, że zrezygnowali z zajęć”. Wykreśliłem ich. Gdy przyszli na następną lekcję, nie wyczytałem ich. „A dlaczego ksiądz nas nie wyczytał?”. „Zrezygnowaliście z zajęć”. Nie miałem do tego oficjalnie prawa, blefowałem. Chciałem ich sprawdzić. Uczeń ma prawo robić demolkę. Powiedziałem, że mogą wrócić po rozmowie z rodzicami. Na końcu gimnazjaliści powiedzieli mi, że mnie próbowali.

Kiedyś miałem inną sytuację. Część uczniów gdzieś wybyła — uczyłem w klasie, która wykończyła katechetkę — a reszta koniecznie chciała iść na boisko. A ja nie, bo mam supertemat. „Nie? To my księdzu pokażemy, co potrafimy”. I demolka, a ja nogi na stół, książeczka i „ja was pierniczę”. Spokojnie sobie czekam. Zbaranieli. „To ksiądz się nie denerwuje?”. I gdy się zorientowali, że to na mnie nie działa, zainteresowali się lekcją. Na końcu żałowali, że nie ma całej klasy, bo były fajne zajęcia.

Gdzie według innych nauczycieli religii powinna odbywać się katecheza?

95% katechetów jest za tym, żeby zostać w szkole.

A gdyby prowadzić jedną katechezę w szkole, a drugą w parafii?

Pojawiły się w gronie kurialistów takie nierealne pomysły. To jest niemożliwe. W grę wchodzi kasa. Nie wiadomo, czy proboszcz im zapłaci. Poza tym jestem za tym, aby katecheci popołudnia mieli dla siebie i rodziny.

Czy uważasz, że od czasu do czasu lekcje religii powinni poprowadzić biskupi lub kurialni specjaliści?

Kiedyś słyszałem, że jakiś biskup poszedł do zawodówki. Chciał z czymś wystartować, ale po kilku minutach podkoszulek miał zupełnie mokry. Biskup się nie nadaje, bo by tam zginął. W Sandomierzu spotkałem szefa wydziału katechetycznego, który równocześnie uczył w szkole i do niego mam wielki szacunek.

Jesteś zwolennikiem prowadzenia katechezy językiem młodzieży? Powiedz uczciwie — ile razy z tego powodu do uczniów trafiłeś, a ile razy osiadłeś na mieliźnie bądź wzbudziłeś zażenowanie? Czy dzisiaj nadal twierdzisz, że „Jezus jest zajebisty”? Czy to nie jest klasyczny błąd rodziców, którzy zamiast mówić do dzieci normalnie, ciećkają się, a te patrzą na nich jak na wariatów?

Za „Jezusa zajebistego” dostałem nawet pokutę od prowincjała. Inną wpadkę miałem dwa lata temu na rekolekcjach dla młodzieży w dużym mieście. Rekolekcje mówię trochę uczniowskim slangiem. I dopiero potem mi powiedziano, że w statucie tej szkoły jest napisane, że dbamy o piękno polskiego języka. A ja tam tekściłem zdrowo.

Pamiętam także swój pierwszy tydzień w dobrym LO w Tarnobrzegu. Eleganckie liceum, bardzo zdolni i mili uczniowie. Ostatnia lekcja w piątek. Witam się z klasą, która przychodzi po wuefie. Właśnie trochę opowiadam o sobie. Po 10 minutach wchodzi koleś i chlast drzwiami. Ja do niego: „Mistrzu, jest 10 minut po rozpoczęciu lekcji, przyjdź następnym razem”. Gościu jakby nigdy nic szuka sobie miejsca, zupełnie mnie ignorując. Wtedy się wkurzyłem i spokojnie powiedziałem: „Spier…!”. A do klasy: „Proszę państwa, w razie czego przeklinać też potrafię, proszę to wziąć pod uwagę”. Za chwilę wchodzi dwóch innych gości i mówi: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Czy moglibyśmy wziąć udział w zajęciach?”. „Proooooszę bardzo”.

Na następnej lekcji przyszedł ten koleś i do końca roku był moim ekspertem w sprawach damsko–męskich. Oczywiście nie jest to powód do chluby, że użyłem tego słowa. Skończyło się jednak wszystko szczęśliwie. Mówię o tym, bo niestety zjawisko jest dość częste, że niektórym katechetom w sytuacjach, gdy są sprowokowani, nerwy siadają i nie potrafią wylądować na czterech łapach jak ja wtedy.

Byli uczniowie, do których nie docierało słowo „proszę”, trzeba było powiedzieć: „zamknij pysk”. To jest też cecha tego zawodu, że trzeba użyć słowa, które ciebie samego upokarza. Wyrażenie „Jezus jest zajebisty” przydało mi się w momencie zachwytu. To stwierdzenie oczywiście niewielu podziela. Dzisiaj bym powiedział: „Zajebardzofajny”.

Ale to i tak był tylko punkt wyjścia do powiedzenia czegoś ważnego o Panu Jezusie. Trzeba powiedzieć, dlaczego Jezus jest „zajebardzofajny”.

Oczywiście, samo słowo nie wystarczy. Pamiętam, że wtedy sprawę pociągnąłem dalej. Używam słów ze slangu, żeby mnie rozumieli. Nie wszystkim jednak to odpowiada. Pokutę prowincjała musiałem odprawić, a znajomych katechetów przeprosić. A „zajebardzofajny” to lajtowa wersja wcześniej użytego słowa.

Co byś zreformował w katechezie?

Podpisuję się rękami i nogami pod pomysłem jednego z moich przyjaciół, który napisał, że materiały do katechezy uczyniłby radykalnie nowotestamentowe. Nauczyłby modlitwy i dążyłby do chrystocentryzmu katechezy. Czyli Ewangelia — dobra nowina o zbawieniu, a nie tłumaczenie ludziom, co jest cacy, a co be. Trzeba pokazać ludzi szczęśliwych dlatego, że wierzą w Boga. Marzy mi się pokazać, że Chrystus jest ważny i z tej więzi dopiero wynika przestrzeganie przykazań. W jaki sposób? Po prostu dać świadectwo samemu, a potem poszukać innych świadków.

Jakie są plusy i minusy katechezy w szkole i w salkach?

Możliwość zdobywania satysfakcji zawodowej w szkole, możliwość zdobywania kolejnych szczebli rozwoju zawodowego. Katechetka w salce jest jednak uzależniona od proboszcza, dostaje pieniądze albo nie, generalnie nie. W szkole rozwija się zawodowo, ma ubezpieczenie, prestiż. W salce katecheta — głównie świecki — jest zdany na fochy proboszcza, jest tam jego pracownikiem. W szkole można tworzyć nowe programy. W szkole ludzie muszą więcej pracować, bo ktoś może przyjść i posłuchać, co mówię. W salce część osób pewnie by uczyła na pół gwizdka — a więc nastąpiłoby obniżenie poziomu nauczania. W szkole nie można zwalniać dzieci do domu. Z kolei z odejściem katechezy z salek wiąże się odpływ ludzi z parafii. Można chodzić na religię, a nie chodzić do Kościoła.

Czyli nie jest tak jednoznaczne to, że szkoła zamordowała katechezę?

Zauważ, że mówię teraz o katechetach i szansie dla nich związanej ze szkołą, ale nie o samej katechezie. Praw katechetów będę zawsze bronił, nawet za cenę katechezy w szkole. Po powrocie do salek może być im tylko gorzej.

Jesteś wyjątkiem, wróciłeś z religią do salki. Co jednak mają robić ci, którzy są w szkole?

Warto znać statut szkoły i umieć stosować jego zapisy. Trzeba przypomnieć zasady uczestnictwa w zajęciach. Warto mieć po swojej stronie rodziców. Nie może być tak, że liczy się najbardziej, żeby jak najwięcej ludzi chodziło na zajęcia. Początkujący katecheci nie powinni się użerać z uczniami. To wypala na całe życie nieraz najbardziej utalentowanych. Jak ktoś robi demolkę, to trzeba mu odebrać prawo uczestnictwa w zajęciach. A namawia się katechetę, żeby mu dawał jeszcze szansę. „Przebieduj do końca roku”. Tymczasem płaci się swoimi nerwami. Trzeba więc przypomnieć wszystkim zasady. „Kupujesz je czy nie?” „Nie”. No to się żegnamy. Święty spokój i ludzie wcale nie ujmują się za nim, żeby chodził, bo zajęcia będą nieudane, a on się będzie nudził.

Ale jakie wnioski? Suma sumarum.

Moim marzeniem jest religia i w salce, i w szkole. Innym marzeniem jest powstanie różnych centrów katechetycznych, w których będzie można się podzielić swoją pasją, pomysłami, doświadczeniem z innymi. Chciałbym, aby katecheta cieszył się w naszym społeczeństwie, zwłaszcza wśród młodzieży, szacunkiem i prestiżem. Zupełnie jak hip–hopowiec…

Hip-hop receptą na katechezę?
Marek Kosacz OP

urodzony w 1966 r. – dominikanin, twórca portalu lutownica.dominikanie.pl dla katechetów, mieszka na Wiktorówkach.Aktywny na...

Hip-hop receptą na katechezę?
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Hip-hop receptą na katechezę?
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....