Historia niezgody

Historia niezgody

W samym centrum Gdańska, na jednym placu znajdowały się kiedyś: słowiańska osada, romański kościół, cmentarzysko i dominikański klasztor.

Wszystkie zagadki placu Dominikańskiego w Gdańsku mógłby rozwikłać już chyba tylko bohater książek Zbigniewa Nienackiego. Pan Samochodzik nieraz odkrywał historyczne tajemnice, być może potrafiłby odtworzyć również historię dominikanów w Gdańsku oraz przybliżyć początki i rozwój tego miasta. Być może umiałby też zapobiec konfliktom, które od kilku lat towarzyszą badaniom archeologicznym prowadzonym na terenie placu. Postacie rzeczywiste poradzić sobie nie potrafią.

Plac Dominikański to, jak wskazują badania, jedno z najstarszych miejsc w Gdańsku. Przez wieki tereny te należały do zakonu ojców dominikanów, którzy zaproszeni przez księcia Świętopełka, osiedlili się w tym miejscu już w XIII wieku. Pozostali tu aż do 1833 roku, gdy decyzję o kasacji klasztoru podjął król pruski Fryderyk Wilhelm III. Dominikanie do Gdańska powrócili dopiero po 100 latach, po zakończeniu II wojny światowej. Dziś plac nie należy jednak w całości do nich. Oprócz klasztoru i kościoła św. Mikołaja stoją tam bowiem także stragany gdańskich kupców (zrzeszonych w spółce Kupcy Dominikańscy) i należąca do kupców zabytkowa hala targowa. Po przełomie roku 1989 gdańscy zakonnicy podjęli starania o odzyskanie praw majątkowych do całego placu. Bezskutecznie.

Po latach sporów między handlowcami i zakonnikami w 1999 roku w sprawę zaangażowały się władze miasta, które zdecydowały, że w rękach spółki kupieckiej pozostanie część placu, na której stoją stragany i hala. Zakonnicy natomiast otrzymali możliwość zakupu (po bardzo atrakcyjnej cenie, z 98% upustem) innej działki w centrum miasta. Niezależni obserwatorzy uznają decyzję za niezbyt trafną. Na nowej działce dominikanie mogą wprawdzie wybudować większy od obecnego klasztor, jednak teren ten w żaden sposób nie jest związany z ich historią. — Zrzekliśmy się praw do placu Dominikańskiego w sensie administracyjnym, ale na pewno nie moralnym — mówi o. Krzysztof Popławski OP.

Wykopaliska cenne i kosztowne

I może rzeczywiście zaczęto by budowę nowego klasztoru, gdyby nie fakt, że na placu Dominikańskim zabytkiem jest nie tylko kościół św. Mikołaja, ale również hala targowa. Wybudowany w XIX wieku obiekt wymagał remontu. Kupcy przygotowali niezbędne dokumenty i dostali zgodę na rozpoczęcie prac — pod warunkiem przeprowadzenia niezbędnych badań archeologicznych.

Szybko pod halą targową odkryto archeologiczną sensację. Badacze natrafili na pozostałości po romańskim kościele — najstarszym sakralnym obiekcie w Gdańsku. Odkryto także cmentarzysko (ponad 600 grobów) oraz fragmenty pierwotnego klasztoru. I zaczął się problem. Stanowisko kupców było proste: zbadać, zasypać i jak najszybciej dokończyć remont hali. Dla nich hala to przede wszystkim źródło dochodów i miejsce pracy. Dominikanie domagali się natomiast ekspozycji znalezisk oraz dokładniejszych badań archeologicznych, które pozwoliłyby lepiej zrozumieć historię Gdańska i zakonu. Tak spór majątkowy o plac przerodził się w spór o wartości. — Przez kupców jesteśmy odbierani jako ci, którzy są przeciwko nim. Upominamy się bowiem o rzeczy, które dla nich nie są istotne. Oni chcą handlować, dla nich to kwestia utrzymania, dla nas wartości. Próby racjonalnej rozmowy są utrudnione — mówi o. Popławski.

Rozgoryczeniu kupców trudno się dziwić. Obowiązek finansowania prac archeologicznych w przypadku prowadzenia remontów w obiektach zabytkowych spoczywa na inwestorze. Gdańscy kupcy nie zakładali prowadzenia badań na tak szeroką skalę ani tym bardziej ekspozycji znalezisk, zwłaszcza że jej przygotowanie wiąże się z ograniczeniem powierzchni handlowej.

Sprawa wykopalisk pod halą jest pasjonująca nie tylko dla adeptów historii i archeologii, ale także dla prawników. Dominikanin o. Marek Grubka pokazuje grubą teczkę zgromadzonych przez lata dokumentów — urzędniczych decyzji, odwołań od nich, listów od przeora do kupców i kupców do prowincjała o. Macieja Zięby OP.

Polskie prawo niezbyt dokładnie określa, jakie badania powinny być wykonane przed rozpoczęciem inwestycji. Praktyka jest jednak taka, że jeżeli ktoś chce budować szybko, to przeprowadza się jedynie pobieżną eksplorację. Dopiero w sytuacji, gdy znalezione zostaną cenne eksponaty, miejscowy konserwator zabytków podejmuje decyzję: zachować czy zasypać. Bierze pod uwagę względy historyczne, architektoniczno–artystyczne, wreszcie techniczne (czy możliwa jest ekspozycja znalezisk). Co ważne, decyzję podejmuje samodzielnie. Dominikanie w Gdańsku bardzo krytycznie oceniają pracę konserwatora dra Marcina Gawlickiego. Uważają, że niektórymi decyzjami chciał doprowadzić do jak najszybszego zakończenia prac i umożliwienia remontu hali targowej. Tymczasem, jak mówią dominikanie, do obowiązków konserwatora zabytków należy zadbanie o poznanie całej prawdy o badanym miejscu.

Co kryje hala

Prawda jest tymczasem bardziej złożona, niż ktokolwiek przed rozpoczęciem badań mógł się spodziewać. Pod halą targową znaleziono bowiem: wczesnosłowiańską osadę, kilkaset grobów, fragmenty klasztoru wraz ze studnią i latryną, mnóstwo cennych drobiazgów i wreszcie pozostałości aż dwóch kościołów. Pierwszy to ten, który podarował dominikanom w 1227 roku książę Świętopełk, drugi zaś stanowi efekt rozbudowy pierwszej świątyni. Przed rozpoczęciem badań archeolodzy byli przekonani, że drugi z tych kościołów istniał na obszarze obecnej bazyliki św. Mikołaja. W jej podziemiach są ślady budowli z tamtego okresu. Teraz jednak okazuje się, że gotycką bazylikę zbudowano kilkadziesiąt metrów dalej niż romańskie kościoły. Dla gdańskich dominikanów najważniejszy jest jednak fakt odkopania pod halą targową fragmentów ich średniowiecznego klasztoru (który spalił się w 1813 roku) oraz olbrzymiego cmentarzyska. Groby znalezione zostały również w podziemiach obecnego kościoła św. Mikołaja. Jest więc prawie pewne, że rozciągające się między kościołem a halą stragany także stoją na cmentarzysku. Dominikanie domagają się przeprowadzenia w tym miejscu dodatkowych badań archeologicznych.

Nie chcą o tym słyszeć kupcy, którzy mają już dość wykopalisk. Skala odkryć pod halą sprawiła, że zmieniono pierwotne plany i w piwnicach znajdzie się miejsce na ekspozycję murów średniowiecznego kościoła. Opóźnia to jednak termin oddania hali do użytku i znacznie podnosi koszty remontu. W wystosowanym do wojewódzkiego konserwatora zabytków piśmie kupcy zgodzili się ostatecznie, że relikty w podziemiach powinny być zachowane, prosili jednak konserwatora o wzięcie pod uwagę ich interesów przy podejmowaniu ostatecznej decyzji o kształcie ekspozycji. — Konserwator zabytków czasami musi brać pod uwagę także możliwości inwestora. Gdy koszty będą zbyt wysokie, może się on wycofać z inwestycji, co groziłoby bezpieczeństwu samej hali — zauważa współpracujący z dominikanami architekt Jacek Gzowski. Zaznacza jednak, że jest zwolennikiem jak najszerszego wyeksponowania znalezisk. — Pozostałości odkrytego kościoła sięgają XIII wieku. Dotykamy korzeni państwa polskiego w Gdańsku. To nie jest tylko historia dominikanów. Te badania są ważne dla wszystkich — przekonuje Gzowski. — Nie wszyscy jesteśmy gdańszczaninami, ale interesujemy się sprawą, bo jest to nasze wspólne narodowe dobro — dodaje o. Popławski, tłumacząc, dlaczego zakonnicy chcą kontynuowania badań, a nawet poszerzenia ich zakresu o tereny całego placu targowego.

Kupcy chcą tymczasem na swoim placu wybudować pawilony, które zastąpiłyby obecne, mało eleganckie stragany. — To będą lekkie konstrukcje, nie będziemy stawiać głębokich fundamentów — zapewnia prezes spółki Jarosława Strugała. Głębokość fundamentów ma w tym wypadku znaczenie, nomen omen, fundamentalne. Gdyby wymagały one wykopów większych niż 60 centymetrów, badania archeologiczne, w myśl obowiązujących przepisów, musiałyby zostać tam przeprowadzone. Dla kupców byłaby to ekonomiczna klęska. — Musielibyśmy zaciągnąć kredyty, aby opłacić archeologów — mówią. W rozmowie z dziennikarzami przekonują, że bardziej należy dbać o aktualnie żyjących gdańszczan niż o tych, którzy umarli przed wiekami.

Dla gdańskich zakonników sprawa wygląda jednak inaczej. Pod targowiskiem mogą być przecież pochowani ich bracia zakonni. — Czy na cmentarzu należy prowadzić działalność handlową? Mamy obowiązek zaopiekować się tymi grobami. Tam leżą nie tylko nasi bracia, ale również gdańszczanie, przedstawiciele najważniejszych dla tego miasta rodów — mówi najbardziej zaangażowany w sprawę o. Marek Grubka, który wielokrotnie podkreśla, że sprawa ma dla niego przede wszystkim wymiar moralny.

Przeprowadzenie dodatkowych badań zaleciła także specjalna komisja z Ministerstwa Kultury, która odwiedziła niedawno Gdańsk (o jej przyjazd zabiegali dominikanie). Zdaniem konserwatora dra Marcina Gawlickiego, przeprowadzenie takich wykopalisk jest jednak mało realne. Kupcy nie chcą kopać głębokich fundamentów, więc tym samym nie zagrażają ukrytym pod ziemią zabytkom. Gdyby zmusić ich do przeprowadzenia badań (ze względu na wagę odkryć pod halą teoretycznie jest to możliwe), koszty wykopalisk musiałby pokryć budżet państwa, a na czas prowadzenia prac kupcom należałoby znaleźć inne miejsce, na którym mogliby handlować. Gawlicki w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: — Wykopaliska pozwalają nam poznać przeszłość, ale zarazem bezpowrotnie ją niszczą. To oczywista prawda, którą znają studenci archeologii. Jeżeli zatem właściciel im nie zagraża, nie mam prawa mu nakazać badań. To jest z kolei oczywista zasada konserwatorska — mówi.

Rozwiązaniem patowej sytuacji byłaby być może zamiana działek między kupcami a zakonem. Taki pomysł zgłosili kilka miesięcy temu miejscy radni, poparła go komisja Ministerstwa Kultury. Dominikanie na wymianę chętnie by przystali, nie chcą jej jednak kupcy. Zmiana lokalizacji targowiska mogłaby przyczynić się do wyraźnego zmniejszenia ich przychodów. Kupcy tłumaczą, że hala targowa i okoliczny plac to miejsce, do którego gdańszczanie są przyzwyczajeni, gdzie wielu z nich dokonuje codziennych zakupów. Przeprowadzka przysporzyłaby im wprawdzie nowych klientów, ale tylko kilkunastu — byliby to zakonnicy, którzy dziś, jak mówią, ze względów moralnych unikają kupowania warzyw na placu.

Historia niezgody
Tomasz Jastrzębowski

urodzony w 1976 r. – absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, dziennikarz, twórca i redaktor naczelny magazynu sportowego Olimpik.pl, współpracuje z miesięcznikiem „W drodze”....