Całe życie zbieram historie, które potem opowiadam. A storyteller, jak mówią. Na koniec tego smutnego roku opowiem wam więc historię. Do pewnego księdza w dużej, wielkomiejskiej parafii w niedzielny poranek młode małżeństwo przyprowadziło znajomą, która nosiła się z myślą o aborcji. Poprosili, by zechciał z nią porozmawiać. Zgodził się zakłopotany, bo do mszy zostało niewiele czasu. Siedli w zacisznym pokoju. Kobieta wychowywała samotnie dwoje małych dzieci. Pracowała dorywczo, choć jej zdolności i wykształcenie umożliwiały znalezienie jakiejś niezłej pracy. Jednak życie ją przerastało, korzystała z pomocy swojej matki. Bycie na garnuszku upokarzało ją, ale nie umiała wziąć się w garść. Na wieść o trzeciej ciąży jej matka najpierw wygłosiła mowę o kompletnym braku odpowiedzialności, a potem oświadczyła kategorycznie, że jeśli urodzi, to ona wycofa się z wszelkiej pomocy. Ojciec jej trzeciego dziecka nie chciał słyszeć o jakichkolwiek rodzicielskich obowiązkach, tym bardziej że diagnoza prenatalna była jednoznaczna – zespół Downa. Abor
Zostało Ci jeszcze 80% artykułu