I wyprowadził ich na pustynię

I wyprowadził ich na pustynię

To nie jest kraj dla starych ludzi, scen. i reż. Etan i Joel Cohen, wyst. Tommy Lee Jones, Javie Barden, Barry Corbin

Czy dzieło braci Cohen jest filmem realistycznym? Oczywiście tak, ale przy bliższym oglądzie mogą się pojawić wątpliwości. Choć logika wydarzeń jest w miarę spójna z życiowym doświadczeniem, a bohaterowie są w swoich zachowaniach przewidywalni, to pewne sugestie skłaniają do postawienia tezy, że twórcom chodzi o przekazanie jakichś innych prawd ukrytych za fasadą dekoracji. Weźmy chociażby ogólny widok miejsc akcji. Wszystko rozgrywa się na pograniczu Teksasu i Meksyku. Puste okolice, nieliczne zabudowania, skalista pustynia aż po horyzont, bezludne ulice miast, mało uczęszczana granica między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, w przydrożnych motelach nieliczni, podejrzanej reputacji goście. Takie jest tło historii. Pozornie mało ważne, ale w swojej figurze czytelne. Skojarzenie bowiem jest takie: pustynia, czyli i wędrówka Izraela, i kuszenie Jezusa, i pierwsze kroki monastycyzmu, a więc samotność, zmaganie, wystawienie na próbę. Wszystko to na pustyni, gdzie, jak mówili dawni mnisi, mieszka Bóg, który domaga się osobistego kontaktu, bez podpórek, bez pomocnych dłoni, sam na sam. Może tak powinniśmy czytać owo tło.

Historie są dwie. Jedna to próba ucieczki przed bezwzględnym zabójcą ze skrzynką pieniędzy pod pachą, druga (w miarę rozwoju akcji okaże się ważniejsza) to ta sama historia widziana oczami szeryfa – weterana, który za kilka dni odejdzie na emeryturę. Dwie historie i dwie życiowe postawy, dające w sumie jakąś wizję świata powstałą z nałożenia ich na siebie. Młody Llewelyn korzysta z okazji. Myśli, że nikt go nie widzi i tym samym nikt go nie znajdzie. Zabiera bez wahania nieoczekiwanie znalezione pieniądze, ale myli się, ponieważ jest przekonany, że grając według bandyckich reguł, zdoła przeżyć. Przegrywa, choć dzieje się to przypadkowo i bez sensu. Śmierć przychodzi ze strony, której się nie spodziewał. Przegrywa także drugi bohater – szeryf Bell. Początkowo zastanawia się i waha, czy pomóc chłopakowi. Gdy w końcu podejmuje decyzję, na ratunek jest już za późno. Nie wiemy, może nie wierzył w szansę powodzenia akcji, a może zwlekał celowo, bo wydarzenia działy się za szybko i nie mógł ich zatrzymać. Jednak historia z szeryfem to także opowieść o porażce natury moralnej. Jego diagnoza na temat świata, w którym spirala absurdu jest nie do ogarnięcia myślami, jest zgodna z tym, co i my obserwujemy: o życiu i śmierci decyduje rzut monetą albo zdarzenie niewiarygodne w swym przebiegu, albo czyjś banalny kaprys, a co gorsze próba pomocy, na przykład podanie wody umierającemu nieświadomie uruchamia mechanizm przemocy. Świat dawnych ideałów i wartości bezpowrotnie przeminął. Nie ma już obrońców prawa, którzy nie nosili broni, a samym swoim pojawieniem się wzbudzali respekt. Bell się w tym nie odnajduje, czuje, że to schemat, w którym nie ma dla niego miejsca. Jednak to nie koniec. Całość tej sytuacji przeżywa on jako załamanie swego podejścia do życia. Mówi: „kiedyś myślałem, że jak będę stary, to Bóg się jakoś objawi w moim życiu. Niestety, nic takiego się nie stało”. Dlaczego? Tu opowieść się urywa. I pozornie nie daje odpowiedzi.

Znani z gry konwencjami i filmowymi stylami bracia Cohen tym razem się nie śmieją i nie ironizują, a gdyby nie postmodernistyczny język, jakim zgrabnie się posługują, należałoby nawet wprost powiedzieć, że bardzo staroświecki w swoim przesłaniu jest ten film. Jak więc ono brzmi? Otóż, obaj bohaterowie są po prostu naiwni. Tu jest źródło ich życiowych klęsk. „Jak to możliwe – pisał kilka lat temu Wojciech Kuczok w swojej powieści – że ludzie w swej naiwności nie widzą, że natłok okropności wywołuje jeszcze większy natłok okropności, że wojna toczy się bez ustanku w zatrutych duszach i że te zatrute dusze za cel życia mają rozprzestrzenianie wojny na wszystkich, za cel mają zatrucie wszystkich”. Nie wiem, czy Cohenowie czytali Gnój. Pewnie nie, ale ich diagnoza jest zbieżna ze słowami Kuczoka. „Zatrucie duszy” to zagrożenie, wobec którego staje każdy, i albo podejmie z nim walkę, albo ulegnie i stanie się roznosicielem zarazy. Nie można być naiwnym i mówić: „Mnie to nie dotyczy”. Młody Llewelyn jest naiwny, bo dialoguje ze złem, kalkuluje po cichu, że może jednak tym razem się uda. Naiwny jest też stary szeryf, bo myśli, że ludzie popełniają zło ze słabości natury, a tę jakoś można uzdrowić. Wypada dodać – owszem też, ale także dlatego, że są cyniczni, patologiczni i uważają zło za swoje dobro, co już nie mieści się w jego widzeniu świata. Zło może być banalne, ale może być też irracjonalną filozofią życia.

Brzmi to apokaliptycznie, ale zróbmy jeszcze jeden krok w przybliżaniu przesłania tego filmu – otóż wydaje się, że pragnienie szeryfa Bella o spokoju sumienia, nagrodzonego na końcu życia spotkaniem z Bogiem, trawi podskórnie także i nas. Tylko, jak słusznie zauważają bracia Cohen, do życia wiecznego idziemy przez teraźniejszość. Nie można jej przeskoczyć. Tu zaczynają się problemy, bo z teraźniejszością sobie nie radzimy. Zróbmy małą dygresję na bazie tego, co zostało już powiedziane o naiwności, i zastanówmy się, jakie jest lub może być nasze rozumienie tego „świata”. W końcu pytają o to twórcy filmu. Podczas prób odpowiedzi na tę kwestię nie unikniemy odniesień do Boga, także dlatego, że o Jego obecności przypomina zdanie szeryfa Bella. Pismo przedstawia problem „tego świata” na przykład w ujęciu separatystycznym, gdzie świat i Królestwo Boże istnieją obok siebie – „Królestwo moje nie jest z tego świata”. Albo w innym znaczeniu, opartym na zdaniu – „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał”, z którego wynika, że świat ma swoją wartość, jest areną zbawienia i odkupienia. Prawda chrześcijańska powie, że paradoksalnie oba te wykluczające się ujęcia są prawdziwe. Zależą od rozeznania i sytuacji. Oba są w praktyce trudne i wymagające. Nie sprowadzają się do prostych postaw o „złym świecie” albo „pięknym świecie”. Przez opowieść o szeryfie Bellu Cohenowie chcą nam powiedzieć, że nie da się uprościć życia. A wtedy, gdy próbujemy się nie narażać, gdy na przykład mówimy „cóż mnie to obchodzi”, „to nie moje sprawy”, „lepiej zaczekać i nie wtrącać się”, gdy skrupulatnie otaczamy linią demarkacyjną nasze obowiązki, to w gruncie rzeczy tylko mocniej zaciskamy rękę, żeby nic nie uronić z „naszego”, a tym samym, więcej przecieka nam między palcami.

Cena zaangażowania w „świat” streszcza się w zdaniu, które pada na początku filmu – „Narażamy swoje dusze na niebezpieczeństwo, mówiąc – zgoda, będę częścią tego świata”. Życie, mówią Cohenowie, domaga się konkretu, często zabarwionego trwogą. Próba ominięcia tego etapu kończy się smutną, na poły sentymentalną refleksją: dawniej to były czasy, a dziś? Co to ma wspólnego z pustynią, o której była mowa na początku tego tekstu? „Gdy ktoś odnajduje sposób przeciwstawienia się błahostkom, skażeniu głupotą, truciznom kompromisu i rezygnacji, obrzędom próżności, szantażom wygody – staje się człowiekiem pustyni”. Napisał to Alessandro Pronzato, który widział i dotknął. „Bóg nie robi różnicy między piaskiem a asfaltem, pustynia może być wszędzie”. I dodajmy jeszcze jeden, nieco przydługi cytat, tym razem z siostry Małgorzaty Borkowskiej, eksperta od duchowości pustyni. Pisze ona, że „mimo znanego frazesu o pogardzie świata, mimo pozorów nienawiści i negacji, chcąc zrozumieć Ojców, musimy pamiętać, że to tylko fasada, okrywająca istotę rzeczy (…) Afirmacja świata przez Ojców zderza się z silniejszą o wiele afirmacją Boga; może z zewnątrz wyglądać czasem w tej sytuacji jak nienawiść, ale nią nie jest (…) Ktoś kto świata nie ceni, ludzi nienawidzi, kto ma w sercu pogardę i negację, jeżeli nawet wybiera życie monastyczne, to tym wyborem mówi Bogu nie (…) negacją nie da się żyć”.

I wyprowadził ich na pustynię
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...