fot. fot. wurzelwerk-agentur/unsplash
Pierwszy raz zostałem imigrantem w 1992 roku. W czerwcowy poranek, zaopatrzony w zaświadczenie o stypendium studenckim, które, chociaż nie pokrywało kosztów zwykłego utrzymania w Paryżu, to jednak wystarczyło, żebym mógł uzyskać wpis na uczelnię (potwierdzenie preinskrypcji z dumą trzymałem w foliowej koszulce), stanąłem we francuskim konsulacie w Warszawie. Pani w okienku zapytała uprzejmie, o co chodzi, podała odpowiedni formularz, poprosiła, żebym go wypełnił na miejscu, oddał jej wraz z paszportem i zaświadczeniami, a wizę studencką dostanę na drugi dzień. Po kilku minutach ponownie stałem przed okienkiem, pani wzięła dokumenty, lecz kiedy rzuciła okiem na moje zdjęcie w paszporcie, na którym widniałem – a jakże! – w koloratce, wyraźnie zrzedła jej mina. – Pan jest księdzem? – zapytała. Trudno było zaprzeczać. – No to, niestety, procedura nie będzie taka prosta – oświadczyła. – Musi pan wypełnić cztery formularze, dołączyć zaświadczenie z Sekretariatu Episkopatu Polski, wszystkie te dokumenty wraz z kserokopią paszportu przynieść do nas, po czym my wyślemy je do Paryża, gdzie w Mini
Zostało Ci jeszcze 79% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2020, nr 11, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść