In vitro, czyli biskupi przegranej sprawy

In vitro, czyli biskupi przegranej sprawy

Wypowiedzi biskupów na temat zapłodnienia in vitro skomentowało wielu dziennikarzy i polityków. Gdy zastanawiałem się nad swoistą oryginalnością niektórych komentarzy, przypomniał mi się pewien gość, którego przed laty jako kleryk reporter zagadnąłem przed kościołem św. Andrzeja Boboli w Warszawie o to, czy księża mieszają się do polityki (robiłem radiowy sondaż do jakiejś audycji). Zagadnięty osobnik kazał żonie wejść do kościoła, a sam – nie koncentrując się zbytnio na treści mojego pytania – zrobił mądrą minę i rzekł: „Proszę Pana. Ja Panu powiem. Otóż jest taka sprawa, że dogmaty nie mogą za dużo kosztować. Do tego kościoła jezuitów nic nie mam. Tu jest w porządku. Ale na przykład u mojego szwagra na wsi to jest okropnie. Dogmaty za dużo kosztują! Weźmy na przykład dogmat chrztu, ślubu i pogrzebu. Bardzo drogie! To zniechęca ludzi!”.

Powróćmy do in vitro. Cała sprawa wybuchła, kiedy minister zdrowia ni z tego, ni z owego oświadczyła, że nowy rząd chce refundować zapłodnienie in vitro. Na to dictum odezwali się biskupi. Niektórych zaskoczyła ostrość ich wypowiedzi. Rzeczywiście, były one dość gwałtowne, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że w Polsce od lat dokonuje się zapłodnień in vitro, przy czym nikt na to nie zezwalał ani tego nie zabraniał. Okazuje się bowiem, że w Polsce nie istnieje żadna ustawa, która by regulowała dopuszczalność nowych biotechnologii. W zasadzie można u nas robić dużo więcej niż w liberalnych krajach Zachodu. Tyle że za prywatne pieniądze. Dotowanie przez państwo niektórych wątpliwych moralnie technik jest oczywiście problemem, ale drugorzędnym. Istotą sprawy pozostaje z etycznego punktu widzenia sama technika i jej dopuszczalność, mniejsza o to, za czyje pieniądze. Ergo, dyskusji potrzebuje cały kompleks zagadnień bioetycznych, a nie tylko dotowanie zapłodnienia in vitro.

O tej potrzebie niewiele jednak się mówi. Część komentatorów skupiła się natomiast na perorowaniu, że sprawa jest prosta, bo przecież żyjemy w państwie świeckim, a zatem głos Kościoła nie tylko nie musi, ale nie powinien być brany pod uwagę. W przeciwnym razie groziłoby nam państwo wyznaniowe. Antykościelni radykałowie postawili tezę, że w takich sprawach Kościół w ogóle powinien siedzieć cicho, bo każda jego wypowiedź to niedopuszczalne mieszanie się do polityki. Wobec tego rodzaju argumentów trzeba po raz kolejny przypomnieć dwie sprawy.

Po pierwsze, Kościół nie tylko może, ale powinien zabierać głos w sprawach, które są kwestiami nie czysto religijnymi, jak np. dogmat o Trójcy Świętej, ale dotyczą etyczno-filozoficznych problemów człowieczeństwa. I tak w sprawie zapłodnienia in vitro istnieje wiele argumentów naukowo-filozoficznych przemawiających przeciwko tej metodzie. Innymi słowy, jest czymś nieuczciwym zarzucanie Kościołowi, że odrzucając in vitro, narzuca komuś głoszoną przez siebie wiarę. Jest wielce zastanawiające, że ci, którzy odmawiają Kościołowi prawa do wypowiadania się na tematy bioetyczno-polityczne, jednocześnie bez mrugnięcia okiem przyjmują „dogmat” Unii Europejskiej, że kara śmierci jest całkowicie niemoralna i musi być zabroniona. Jeśli kapłani UE głoszą niemoralność kary śmierci nawet dla największych złoczyńców, to kapłani Kościoła tym bardziej mają prawo głosić niemoralność świadomego skazywania ludzkich embrionów na śmierć albo zamrażania ich bez żadnej sensownej perspektywy. Swoją drogą bardzo źle bym się czuł, gdybym wiedział, że poczęte z mojego nasienia istoty ludzkie gdzieś tam trwają w zamrożeniu w oczekiwaniu na nie wiadomo co. Chyba na Sąd Ostateczny…

Po drugie, skończmy z tym gadaniem, że Kościół powinien być apolityczny. Wiadomo, że wiele ustaw dotyczy kwestii etycznych i Kościół ma oczywiste prawo prezentowania w takich kwestiach swojego stanowiska. Ergo, Kościół ma prawo, a nawet obowiązek mieszać się do polityki, pod warunkiem że nie uprawia partyjniactwa (księża nie mogą należeć do partii politycznych). Jeśli do polityki mogą mieszać się różnego rodzaju mniejszości, domagając się specjalnych dla siebie praw, to o ileż bardziej Kościół może mówić publicznie o swoim rozumieniu dobra wspólnego i godności człowieka. Rząd nie jest niczym zmuszony, by stanowisko Kościoła przyjąć, ale Kościół nie byłby Kościołem gdyby – za przeproszeniem – udawał głupiego i robił dobrą minę do złej gry.

Najbardziej zdziwił mnie jednak pewien „mądrala” z tygodnika „Przekrój”, który stwierdził, że się dziwi biskupom, którzy tak bardzo poruszyli się w kwestii in vitro, a przecież wiadomo, że zapłodnienie in vitro jest dotowane we wszystkich cywilizowanych krajach, a zatem biskupi stoją na przegranych pozycjach. Rozumiem, że – zdaniem tegoż dziennikarza – biskupi powinni bardziej pomyśleć o swoim PR i nie pchać się w przegrane z góry sprawy. Dobra prasa i wizerunek medialny są wszak wartością najwyższą. Dogmaty nie powinny tyle kosztować! Jeśli „dogmat” w sprawie in vitro kosztuje spadek społecznego poparcia, to należałoby go odrzucić…

In vitro, czyli biskupi przegranej sprawy
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....