Indie i nowa ewangelizacja Europy

Indie i nowa ewangelizacja Europy

Kilkanaście miesięcy temu spotkałem znajomego, z którym zaczęliśmy rozmawiać o miejscu Polski w Europie. Zaabsorbowało nas zwłaszcza pytanie, czy rola Polaków w Unii Europejskiej ma polegać tylko na czerpaniu korzyści materialnych, czy też mogą oni – lub właściwiej: czy też możemy my – zaoferować coś żyjącym w dostatku społeczeństwom zachodnioeuropejskim i wzbogacić je duchowo.

W tym kontekście przywołałem zdanie Jana Pawła II, który apelował, by „Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa”, zarówno wobec spustoszonego przez wojujący ateizm Wschodu, jak i dotkniętego konsumpcjonizmem i hedonizmem Zachodu. Zacytowałem też opinię protestanckiego duchownego, brata Rogera z Taizé, który powiedział: „z Polski, tak, z Polski przyjdzie wiosna Kościoła”. Przypomniałem na dodatek postawione zupełnie serio pytanie jednego z najbardziej wpływowych myślicieli amerykańskich, ks. Richarda Johna Neuhausa: „Czy Polacy widzą siebie w roli inspiratorów nowej ewangelizacji Europy?”.

Takie postawienie sprawy – czego się nawet nie spodziewałem – rozsierdziło mego znajomego, człowieka, który wiele po Europie podróżował, a nawet reprezentował państwo polskie na dyplomatycznych placówkach. – Jak możemy ewangelizować Europejczyków, jeśli nie znamy nawet języków obcych? – pytał. – Żeby przekonać Niemców, Skandynawów czy Anglosasów, trzeba występować wobec nich z pozycji autorytetu. A jaki autorytet mają ludzie, którzy się nie myją, którzy nie potrafią pracować, wśród których kwitnie alkoholizm, złodziejstwo, korupcja? To kwestia wiarygodności. Niech najpierw Polacy pokażą, że potrafią zbudować państwo w miarę uczciwe i sprawiedliwe, w którym liczy się pracowitość, a nie podejrzane układy, a dopiero potem wezmą się za pouczanie innych, jak należy żyć.

Znajomy mój tak się rozkręcił, że przez blisko pół godziny wytykał wszystkie nasze narodowe grzechy, wady, błędy i zaniedbania. Na końcu stwierdził, że na miejscu przeciętnego Duńczyka czy Szwajcara nigdy nie zaufałby duchowości kraju tak opóźnionego w rozwoju, jak Polska.

Spotkałem go ponownie przed kilku miesiącami. Podekscytowany opowiadał o swej podróży do Indii, gdzie przez kilka tygodni przebywał w hinduskiej aśramie. Terminował u miejscowego guru, który – jak twierdził – tchnął w niego nowego ducha i przywrócił mu utraconą harmonię ciała, umysłu i emocji. O niczym innym właściwie nie dało się z nim rozmawiać – wciąż wracał myślami do swego pobytu w Indiach.

Wkrótce potem wpadł mi w ręce numer „Polityki” z tekstem Krzysztofa Mroziewicza, byłego ambasadora III RP w Indiach. Tak opisuje on „zasmolone, zatłuszczone, czarne niemal pomieszczenia” zwane w tym kraju restauracjami: „Nikt ich nie sprząta, nikt nie odmalowuje, a jeśli zetrze stół, to tylko po to, aby rozmazać kolejną warstwę brudu”. A tak szpitale: „Po korytarzach włóczą się psy. Operacje przeprowadza się za szarą płachtą, która pełni funkcję parawanu. Na okrętkę zszywa się skalpy zdarte w wypadkach drogowych, a rany rąk wypełnione tłuczonym szkłem i asfaltem pakuje się w gips. Wszędzie cuchnie zaropiałymi szmatami, a na zewnątrz moczem”. Mroziewicz odmalowuje także pracę miejscowej ginekolog, która najpierw dłonią diagnozuje kobiece choroby, a następnie tą samą dłonią, bez umycia jej, miesza na kolację ryż z soczewicą.

Były ambasador opisuje także, że „w całych Indiach mocz oddaje się pod ścianą. Najczęściej zewnętrzną. Ściany wewnętrzne ozdobione są natomiast czerwonymi strugami plwocin po betelu”. Na temat kobiecej higieny stwierdza, „że się nie nosi majtek. A jak się już nosi, to się ich nie zmienia. A jak się je zmienia, to się ich nie pierze”. Najświętsza dla hinduistów ze wszystkich rytualnych kąpieli – ta w rzece Ganges – to zanurzenie się w „zielonej mazi”, w której pływa pełno rozkładających się zwłok osób trędowatych.

I tak długo jeszcze można ciągnąć te, przyprawiające o mdłości, opisy Indii. Mój znajomy, całkowicie pochłonięty hinduską duchowością, jakby tego w ogóle nie zauważył. Wspominał, że w aśramie przebywało razem z nim kilkuset pielgrzymów z Ameryki i Europy. Jak się zdołałem zorientować, zapóźnienie cywilizacyjne Indii jakoś nie podważało w ich oczach wiarygodności guru. Duchowość bowiem rządzi się swoimi prawami, które nie pokrywają się z prawami rozwoju społecznego i ekonomicznego.

Co dla nas – Polaków – wcale nie jest złą wiadomością.

Indie i nowa ewangelizacja Europy
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...