Ja nie umieram – wstępuję w życie

Ja nie umieram – wstępuję w życie

W chwili śmierci już nie kochamy, ale sami jesteśmy miłością. Oddanie samego siebie staje się nieodwołalne. Możemy mówić: „Wypełniło się”.

Jaki jest stosunek współczesnego człowieka do śmierci? Myślę, że postawę wobec niej można scharakteryzować w dwóch słowach: wypieranie i banalizowanie.

Z jednej strony próbuje się uczynić wszystko, by wyprzeć śmierć. Wszyscy ludzie umierają. „Z wyjątkiem mnie”, mówi nasze ego. I cieszymy się, że ego tak mówi, dopóki nie przyjdzie czas, kiedy będziemy musieli stwierdzić, że to nieprawda.

Z drugiej strony można mówić o banalizowaniu śmierci. W telewizji i filmach jest ona przedstawieniem, czymś, co daje rozrywkę. Jest przyprawą potrzebną do tego, by wiadomości stały się bardziej emocjonujące. Zamachy bombowe, zabójstwa, morderstwa na tle seksualnym to dziś rzecz powszednia.

Można by sądzić, że banalizowanie śmierci jest sprzeczne z owym wypieraniem, o którym wspomniałem. Jednak w rzeczywistości prowadzi w tym samym kierunku. Rzeczowo obiektywizując śmierć i niemal ekshibicjonistycznie ją eksponując, odziera się ją z powagi, z jej metafizycznego wymiaru. Banalizowanie śmierci jest sposobem wypierania istotnych pytań, które ona w nas budzi. Przestała być misterium, stała się wiadomością. To wielka różnica: przyglądać się śmierci na ekranie telewizora, a z miłością towarzyszyć osobie umierającej! Gdy pomagam komuś w jego ostatnim zmaganiu, kiedy trzymam go za rękę i odmawiam modlitwy za umierających, sam jestem w to zaangażowany. Gdy mówię: „Wyruszaj, duszo chrześcijańska, z tego świata w imię Boga, Ojca wszechmogącego, On bowiem cię stworzył”, to nie mogę nie czuć, że dokonuje się tutaj coś wielkiego, decydującego, coś, co ma wpływ na mój stosunek do życia, na mój sposób życia. Jest też niemożliwe, bym nie myślał wtedy o mojej własnej śmierci, bym nie zastanowił się, że i na mnie przyjdzie czas.

W szkole śmierci

Śmierć może nas wiele nauczyć. To szkoła, do której powinniśmy uczęszczać latami, która powinna być obowiązkowa. Jednak większość z nas wolałaby ją raczej ominąć.

Człowiek nie może pogodzić się z życiem, jeżeli nie zmierzy się ze śmiercią. Jeśli śmierć jest końcem wszystkiego, to życie jest okrutną farsą. Jeśli natomiast śmierć jest przejściem do bogatszego życia, w którym liczy się tylko miłość, to życie przed śmiercią jest jedną wielką okazją do tego, by ćwiczyć się w miłości.

Życie będzie miało sens albo nie będzie go miało w zależności od tego, jaki będzie nasz stosunek do śmierci.

Często żyjemy tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni. Nieustannie kusi nas, by postrzegać rzeczywistość tego świata jako ostateczną, podczas gdy nasza ojczyzna jest w niebie (Flp 3,20). Gdy wreszcie zaakceptujemy, że jesteśmy w drodze ku śmierci, i oswoimy się z tą myślą, zyskamy przystęp do nowej jakości życia. Każda chwila to skarb 1

Gorycz śmierci

Tytuł Ja nie umieram — wstępuję w życie może sprawiać wrażenie, że traktuję śmierć jako coś pozytywnego, wspaniałego. Nie, nie chcę kamuflować goryczy śmierci. Sam Jezus bał się śmierci, „począł drżeć oraz odczuwać trwogę” (Mk 14,33). Przy grobie Łazarza „wzruszył się w duchu, rozrzewnił” i „zapłakał” (J 11,33–34). Święty Paweł pisze do Tesaloniczan, by nie smucili się po śmierci bliskich zmarłych, „jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei” (1 Tes 4,13).

Lęk przed śmiercią jest czymś powszechnym. Choć jesteśmy przygotowani, aby oddać życie Bogu i wiemy, że po tamtej stronie jest ono o wiele jaśniejsze niż obecne, to czujemy drżenie, kiedy zbliża się śmierć. Przeżywamy ją jako coś nienaturalnego, jako napastnika i wroga.

Śmierć jest rzeczywiście radykalnym zerwaniem. To zawsze jest trudne, kiedy nam się przerywa ważną pracę czy słuchanie koncertu albo spotkanie z najlepszym przyjacielem. Przez śmierć następuje całkowite zerwanie. Z reguły przychodzi ona za wcześnie. Człowiek pisał książkę, umarł i praca całych lat okazała się daremna.

Śmierć jest również bolesnym pożegnaniem: opuszczamy przyjaciół, po raz ostatni rozglądamy się wkoło i żegnamy się, pozostawiamy nawet to, z czym byliśmy najbardziej związani — nasze własne ciało. Śmierć zrywa jedność ze światem i wszystkimi, których nauczyliśmy się kochać. Rozstanie to jest o wiele lżejsze dla tych, którzy odchodzą, niż dla tych, którzy pozostają. Odchodzący szybko odnajduje tych, których opuścił — w co wierzymy jako chrześcijanie — ale ci, którzy pozostają, nie doświadczają w ten sam sposób tego, że komunia nie została zerwana. Pozostają ze swoim smutkiem, podczas gdy ci, którzy odeszli, znajdują wolność, autentyzm, prawdę, miłość.

Każdy człowiek umiera samotnie. Nie można towarzyszyć drugiemu w śmierci. Umierający mówi jak Jezus do Piotra: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz” (J 13,36). Można umierającego trzymać za rękę i być z nim do ostatniej chwili, lecz idzie on swoją drogą zupełnie sam. Nie można umrzeć czyjąś śmiercią.

Kiedy staję w obliczu śmierci, widzę siebie takiego, jakim jestem, a nie takiego, za jakiego uznają mnie ludzie. Już mnie nie obchodzi, co mówią o mnie inni. Zwierciadło, które stanowi ich opinia, rozpada się na kawałki. Szaty opinii, które mnie przystrajają, zostają mi zabrane. W obliczu śmierci jestem nagi, jestem tylko tym, kim jestem. Uwalniam się z mojego otoczenia. To wyzwolenie może równocześnie stwarzać wielką samotność. Jestem tylko sobą.

Ta samotność może stopniowo się przemienić w zrozumienie, że jestem kimś zupełnie wyjątkowym i jako taki umiłowanym przez Boga.

Godzina największej miłości

Śmierć jest ostatnią i definitywną łaską. Jest szczytowym punktem życia.

Podobnie jak „godzina”, o której często Jezus wspomina na kartach Ewangelii według św. Jana („moja godzina” i „Jego godzina”), wskazuje na szczytowy punkt Jego pobytu na ziemi, na Jego mękę i śmierć, tak i godzina naszej śmierci jest punktem szczytowym naszego życia. Całe życie powinno być przygotowaniem tej „godziny”. Śmierć jest decydującym zadaniem życia. Jest przecież godziną największej miłości. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13).

Dopóki człowiek żyje, nie może okazać największej miłości. Może oczywiście umierać sobie samemu poprzez małe ofiary i wyrzeczenia, ale nie umrze całkowicie. Te małe ofiary są tylko sposobem oddawania swojego życia w miniaturze.

Czy o śmierci mistycznej — która pozwala umrzeć dawnemu człowiekowi i wprowadza nas do siódmego mieszkania, tego, w którym świętujemy gody z Chrystusem i w którym na zawsze jesteśmy z Nim zjednoczeni — nie można powiedzieć, że przynajmniej tutaj realizujemy największą miłość, tę, która oddaje swoje życie za Umiłowanego? Kiedy spojrzymy na Jezusa i na to, w jaki sposób On sam okazał największą miłość, trzeba przyznać, że nie wystarczy tylko śmierć mistyczna. Jezus był nierozerwalnie zjednoczony ze swoim Ojcem, bardziej niż jakikolwiek człowiek może być zjednoczony z Bogiem. Jednak tęsknił za tym, aby okazać największą miłość, oddając swoje życie za ludzkość.

Śmierć mistyczna jest zjawiskiem duchowym. Gdy Jezus mówi o oddaniu swojego życia za kogoś, kogo się kocha, włącza w to również ciało. Chodzi o pełne oddanie, nie tylko duchowe, ale i fizyczne. Wielu świętych, którzy przeszli przez śmierć mistyczną, tęskniło za tym, by umrzeć z miłości i w ten sposób okazać największą miłość.

Dopiero kiedy umieramy, mamy okazję oddać nasze życie Umiłowanemu w pełni, nie tylko intencjonalnie, ale i naszym ciałem. Przejawia się tu realizm chrześcijaństwa — dopóki w śmierci nie uczestniczy ciało, czegoś jej brakuje. Jednak gdy nastaje chwila śmierci, nastaje czas na największą miłość. „Wszystkie skarby duszy — pisze św. Jan od Krzyża w Żywym płomieniu miłości — gromadzą się tutaj w jedno, a strumień miłości duszy wpływa do morza” 2 (…).

Wielu ludzi ma poczucie, że odchodzą, zanim spełnili swoje zadanie. Jednak chrześcijanin żyjący wiarą zawsze może wypowiedzieć ostatnie słowo, które kończy i koronuje życie. Może, umierając, oddać swoje życie Umiłowanemu. Może, jak Teresa z Lisieux, umierać z tymi słowami na ustach: „Kocham Go! (…). Mój Boże, kocham Cię!” 3

Żyć miłością — to wielu chrześcijan potrafi sobie wyobrazić, ale bardzo niewielu jest takich, którzy świadomie chcą umierać z miłości. W wierszu Teresy Vivre d’amour (Żyć miłością) ostatnie dwie strofy (14 i 15) mówią o śmierci z miłości. Może być ona aktem miłości, w którym dobrowolnie oddajemy swoje życie na powrót Bogu. Każdy chrześcijanin powinien tak umierać, by móc powtarzać za Jezusem: „Nikt mi go [życia] nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję” (J 10,18).

Może dojść nawet do tego, że to miłość przyprawi człowieka o śmierć, że będzie bezpośrednią przyczyną śmierci. Święty Jan od Krzyża mówi o tym wyczerpująco. Teresa, będąc już poważnie chora, pisze do swej ulubionej nowicjuszki, s. Marii od Trójcy Świętej, która martwi się, że nie będzie już mogła odwiedzać swojej mistrzyni w infirmerii:

Chciałabyś wiedzieć, czy się cieszę, że idę do Raju? Cieszyłabym się bardzo, gdybym tam szła, ale… nie liczę na chorobę, to zbyt powolna przewodniczka. Liczę jedynie na miłość; proś Pana Jezusa, by wszystkie modlitwy zanoszone w mojej intencji wyjednały mi wzmożenie tego ognia, który ma mnie strawić 4

Zmarła w ekstazie miłości.

Ból śmierci nową szansą dla miłości

Życie rodzi się dzięki pełnemu darowi, który jest swego rodzaju śmiercią. Bóg pozwala człowiekowi uczestniczyć w stworzeniu przez samooddanie. Wzajemny dar małżonków ma swój prawzór i początek we wzajemnym samooddaniu się Ojca i Syna. Gdy mężczyzna całkowicie oddaje się kobiecie, a kobieta mężczyźnie, może powstać nowe życie. Również małżonkowie otrzymują nowe życie: przepełnia ich miłość wzajemna i miłość do dziecka.

Bóg stwarza człowieka na swój własny obraz, jako mężczyznę i kobietę. Sam jest relacją, dlatego stwarza człowieka również jako relację. W całą jego osobę wpisuje skłonność do samooddawania tak, aby stanowiła jego naturę. Kiedy człowiek przeczy swej naturze, odmawia oddania siebie w śmierci, to umiera tą drugą śmiercią, o której mówi Apokalipsa, tą, która nie wiedzie do nowego życia, lecz do ostatecznej śmierci.

W raju łatwo było „umierać”, łatwo przejść ze stanu rajskiego w niebiański. Nie wymagało to żadnego specjalnego wysiłku, nie trzeba było pokonać samego siebie. Natomiast w nowym porządku ustanowionym przez Chrystusa, ból śmierci będący karą za grzech nie został zniesiony, ale zintegrowany. I właśnie ten ból daje teraz człowiekowi możliwość, by w swej miłości osiągnął szczyty. Dawanie swego życia nie jest żadnym wielkim znakiem, jeżeli nie wymaga wysiłku, kiedy przychodzi samo z siebie. Jednak dać swoje życie tak, jak dał je Jezus, w bólu i lęku, to największy dowód miłości.

Jezus nie zechciał uwolnić śmierci z wszystkiego, co trudne, a co często jej towarzyszy. Mógł to uczynić i wielu zapewne uważa, że byłoby to wielkie dobrodziejstwo z Jego strony. Jednak chciał nam dać możliwość zakończenia naszego życia dziełem największej miłości, miłości, która przekracza wszystko, do czego byliśmy zdolni w trakcie naszego życia. Chciał, aby nasza śmierć choć trochę upodobniła się do Jego śmierci, by miała w sobie coś z ukrzyżowania.

Jest taka miłość, którą osiąga się tylko przez cierpienie. Jezus, zgodnie z Listem do Hebrajczyków, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał (5,8). Nowicjusz nigdy nie nauczy się posłuszeństwa, jeżeli mistrz nowicjatu będzie ulegać wszystkim jego zachciankom. Trudności wymagają większego wysiłku, silniejszej woli. Wtedy wzrasta głębsza miłość.

Nie sądźmy — pisze Teresa do Celiny — żebyśmy mogły miłować bez cierpienia, bez wielkiego cierpienia. Nasza biedna natura istnieje i niemałą tu gra rolę! To nasze bogactwo, sposób zarobkowania! Tak jest cenna, że Jezus zstąpił umyślnie po to na ziemię, by przybrać naturę ludzką 5

Uważa, że Jezus stał się człowiekiem, by móc cierpieć, a my powinniśmy być szczęśliwi, że mamy „naszą słabą naturę”, bo ona daje nam okazję do wielu ofiar, a tym samym do większej miłości.

Umierać z miłości

Czytając, jak św. Jan od Krzyża opisuje duszę umierającą z miłości, możemy ten opis zupełnie źle zrozumieć.

Śmierć takich dusz jest więc bardzo łagodna i słodsza jeszcze, niż było ich życie duchowe w ciągu dni ziemskich, gdyż umierają pod wpływem wzniosłych uderzeń i błogich spotkań miłości. Są więc jak łabędzie, które najczulej śpiewają, gdy umierają 6

Dobrze wiedzieć, jak Teresa rozumie śmierć z miłości:

Pan nasz umarł na krzyżu w udręczeniu, a przecież była to najpiękniejsza śmierć z miłości (…). Umierać z miłości to nie znaczy umierać w porywie zachwytu 7

Jezus przemienił naszą śmierć. Z kary za grzech stała się, jak śmierć samego Jezusa, najwyższym aktem miłości: oddaniem życia za świat z miłości do Ojca. Śmierć nadal wygląda jak kara za grzech; umieramy w bólu i musimy opuścić nasze ciało, które ulegnie rozkładowi. Jednak Ojciec widzi w naszej śmierci śmierć swego Syna, włączoną i wpisaną w całkowite zawierzenie, które On okazywał Ojcu.

Jezus pozwala, byśmy umierali Jego śmiercią, to szczególny zaszczyt. Charakter kary, nadal właściwy naszej śmierci, umożliwia nam upodobnienie się do Niego w jeszcze większym stopniu, ponieważ Jego śmierć rzeczywiście była męką kary za grzech. W ten sposób darem dla nas jest śmierć, która nosi w sobie cierpienie, bo wtedy jesteśmy jak On i razem z Nim możemy zbawiać świat.

Nasza śmierć jest ukoronowaniem życia, jego wypełnieniem. Wszystko w naszym życiu ma ten cel, wszystko zmierza do dnia, w którym będziemy mogli całkowicie siebie dać. Teresa z Lisieux wyśpiewuje tę tęsknotę: Mourir d’amour, voilŕ mon espérance (Umrzeć z miłości, to moja nadzieja) 8 Umieranie nie jest już karą ani nieuniknionym bolesnym końcem życia, ale najcenniejszym skarbem, kiedy urzeczywistniamy wszelkie nasze możliwości miłowania. Jeżeli definicja Małej Teresy, że miłość polega na tym, by dawać wszystko i samą siebie (aimer c’est tout donner et se donner soi–męme9 jest prawidłowa, to w śmierci miłość zyskuje swoją ostateczną i największą szansę: wtedy można rzeczywiście dać wszystko i samego siebie.

W książce Leben aus dem Tod Hans Urs von Balthasar stawia pytanie: „Czy Syn Boży stał się człowiekiem, by pracować, czy aby umrzeć?” 10. Pisze, że wielu Ojców Kościoła, np. Tertulian, Grzegorz z Nyssy czy Leon Wielki bez wahania odpowiadają, że narodził się po to, by umrzeć.

Dopóki żył, spotykały Go niepowodzenia. Nie mógł przekonać przywódców ludu, że jest mesjaszem. Nie mógł doprowadzić ich do zrozumienia, co to znaczy być mesjaszem, że to jest coś zupełnie innego, a w każdym razie coś więcej niż organizowanie chleba dla głodnych czy uzdrawianie chorych. Dopiero gdy umarł, udało Mu się to w pełni. Dlaczego? Dlatego, że stał się człowiekiem i przyszedł do nas, aby żyć w całkowitym posłuszeństwie i zawierzeniu Ojcu. To, czego odmówił pierwszy człowiek, nie chcąc słuchać Boga, to w sposób nadzwyczajny chciał spełnić Jezus, aby pokazać nam, jak się powinno i jak można żyć jako człowiek oraz aby przywrócić to, co przez grzech zostało skrzywione. Posłuszeństwo i zawierzenie osiągnęło szczyt i pełnię swego działania, kiedy Jezus umarł na krzyżu. Dopiero gdy na nim zawisł, nagi i opuszczony przez wszystkich, jak się zdawało również przez Ojca, wtedy wyraźnie okazał, czym jest zawierzenie i jak daleko może być posunięte. Wtedy powiedział: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). To tam pociąga wszystkich do siebie (J 12,32).

Tym wielkim magnesem jest nie jako cudotwórca, ale jako ukrzyżowany.

Śmierć jest największym osiągnięciem życiowym. Nie można nic lepszego w życiu uczynić, jak dobrowolnie oddać swoje życie, kiedy nadejdzie godzina. Nie ma lepszego sposobu uradowania ojca: „Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję” (J 10,17).

W śmierci dochodzimy do najwyższej miłości i taką okazujemy, dlatego nic w tym dziwnego, że śmierć można traktować jak ucztę weselną. Jezus tak samo to widzi. O północy, przy przejściu z ziemskiego do niebiańskiego dnia, rozległo się wołanie: „Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” (Mt 25,6). Nareszcie Oblubieniec i oblubienica mogą być razem i z niepodzielną radością czcić swoją miłość.

Może w chwili śmierci będziemy za słabi, zbyt zmęczeni, za bardzo uśpieni, by przypomnieć sobie o tym, że zbliża się dla nas uczta weselna. Obyśmy mieli choć przyjaciela, krewnego, kapłana, który mógłby nam o tym przypomnieć, kogoś, kto wyszeptałby nam do ucha: „Oblubieniec jest tutaj, wyjdź Mu na spotkanie!”. Może sami będziemy mieć taką okazję, by umierającemu bratu czy umierającej siostrze przypomnieć, że Oblubieniec jest tutaj. Większej chyba przysługi nie możemy wyświadczyć umierającemu człowiekowi, jak uświadomić mu, że nadszedł już czas na ucztę weselną.

tłum. Justyna Iwaszkiewicz

1 Por.: List św. Teresy od Dzieciątka Jezus do Celiny z 26 kwietnia 1889 roku, w: Pisma, tłum. zbiorowe pod red. o. O. Filka OCD, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1971, t. 1, s. 480 (wszystkie pozostałe odwołania do dzieł św. Teresy od Dzieciątka Jezus odnoszą się do tego samego wydania, chyba że zaznaczono inaczej).
2 Św. Jan od Krzyża, Żywy płomień miłości, I, 30, w: Dzieła, tłum. o. B. Smyrak OCD, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1986.
3 Żółty zeszyt. Ostatnie rozmowy św. Teresy od Dzieciątka Jezus zebrane przez Matkę Agnieszkę od Jezusa, tłum. E. Szwarcenberg Czerny i J. Dobraczyński, PAX, Warszawa 1997, nota z dnia 30 września, s. 210. 4 Z listu do s. Marii z 6 czerwca 1897 roku. 5 Z listu do Celiny z 26 kwietnia 1889 roku.
6 Żywy płomień miłości, I, 30.
7 Żółty zeszyt, 4 lipca, s. 53.
8 Żyć miłością, strofa 15.
9 Dlaczego kocham Cię, Maryjo?, strofa 22.
10 Hans Urs von Balthasar, Leben aus dem Tod, Johannes Verlag, Einsiedeln, Neuasugabe 1997, s. 32.

Ja nie umieram – wstępuję w życie
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...