Ja się po prostu zakochałam

Ja się po prostu zakochałam

Nie wstydzę się tego, że gdy moim życiu wydarzy się coś radosnego, od razu biegnę do kaplicy. Zaśpiewam Mu coś z całego serca, zatańczę, prześlę całusa albo zerwę kwiaty, zaniosę do kaplicy i powiem: „Wiesz, zachwyciłeś mnie, ogromnie Ci dziękuję za to, co się stało”.

W ostatnich dziesięcioleciach wiele kobiet pragnie wyzwolenia i podejmuje różnorodne działania zmierzające do uznania ich praw. Jest to dążenie u swoich podstaw bardzo uzasadnione. Jednakże czy ciągłe szukanie nowych sposobów samorealizacji może przynieść kobiecie upragnioną wolność? Czy jest w stanie zaspokoić pragnienia wypływające z głębi jej serca?

Bóg obdarzył mnie powołaniem do życia zakonnego, w którym jestem szczęśliwa. Kobieta konsekrowana, podobnie jak każda inna, chce kochać i być kochaną (por. Vita consecrata 29–30). Nosi ona w sobie podwójne wezwanie: do bycia oblubienicą i do bycia matką.

Pełnia wolności i szczęścia kobiety tkwi w odkryciu jej tożsamości i związanego z nią powołania. Uzyskanie odpowiedzi na pytania: kim jestem jako kobieta i jakie zadania stawia przede mną Bóg, mój Stworzyciel, są ważne dla realizacji kobiecości zarówno w małżeństwie, jak i w życiu konsekrowanym. Jeżeli zakonnica zna na nie odpowiedź, pełniej realizuje swoje powołanie, lepiej rozumie siebie i wie, że jej kobiecość może zostać spełniona w życiu konsekrowanym. Być kobietą dla zakonnicy oznacza odkrycie tego, co Bóg zaplanował od samego początku dla każdej niewiasty. Jest ona powołana do budowania relacji, do tworzenia wokół siebie atmosfery miłości i ciepła, do większej wrażliwości na innych, dawania innym ludziom możliwości rozwoju. Powinna tak realizować swoje powołanie, aby uczyć ludzi życia w wolności.

Jestem oblubienicą

Oblubieniec jest tym, który miłuje. Oblubienica jest miłowana: jest tą, która doznaje miłości, ażeby wzajemnie miłować (Mulieris dignitatem 29).

Słowa Ojca Świętego ukazują motywację kobiety pragnącej oddać życie Jezusowi, który staje się Oblubieńcem. Nie jest ona w stanie pójść za Jezusem tylko dlatego, że chce dla Niego coś uczynić. To jest charakterystyczne dla powołania mężczyzny. Ona idzie za Chrystusem, ponieważ doświadcza Jego ogromnej miłości, całą sobą ją przyjmuje i odpowiada miłością na Miłość.

Nie wystarczy raz, u progu powołania do życia zakonnego, zachwycić się miłością Jezusa. Nieustannie rozwijająca się i pogłębiająca wymiana miłości dodaje sił w chwilach prób i udziela mocy do wytrwania pod Krzyżem oraz buduje coraz głębszą jedność między Oblubieńcem i oblubienicą. Najpełniej realizuje się ona przez życie ślubami: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, które upodabniają do Jezusa. Śluby nie niszczą kobiecości, ale ją ubogacają. Otwierają nowe przestrzenie przeciwstawiania się trzem pożądliwościom: zmysłowości, posiadaniu i władzy.

Księga Rodzaju (2,18–24) bliżej określa zadania kobiety jako oblubienicy. Ma przełamywać duchową samotność mężczyzny, pomagać mu i być pośredniczką miłości. Osoba konsekrowana rozwija swoją kobiecość, realizując te zadania — choć w inny sposób niż kobieta będąca mężatką — zarówno w stosunku do Jezusa, jak i do różnych mężczyzn. Z Jezusem Oblubieńcem oblubienica pragnie być w każdym momencie dnia, wprowadzać Go we wszystkie wydarzenia i relacje, trwać w Jego obecności pośród rozmaitych zajęć. Nigdy nie chce zostawiać Go samego. Pragnie Mu pomagać, aby Jego misja była kontynuowana, aby uobecniać w świecie Chrystusa przez osobiste świadectwo i podejmowane dzieła apostolskie.

Pośredniczka miłości

Mężczyzna i kobieta, według Biblii, stworzeni są na obraz Boga (Rdz 1,27). Mężczyzna jest obrazem Boga w swojej męskości. Wyobraża miłość Boga w jej sile, wierności i twórczym przekształcaniu rzeczywistości. Biblia nazywa ten aspekt miłości Boga słowem emeth, veritas, wierność i prawda. Kobieta również, w swojej kobiecości, jest obrazem miłości Boga. Przedstawia jednak raczej Jego dobroć i czułość. Jest ikoną miłującej troski Boga: hesed, misericordia.

Przez kobietę Bóg może ukazać mężczyznom swą miłość, troskliwość, dobroć, delikatność, miłosierdzie i służbę. Jej zażyła relacja z Jezusem może pomóc im kochać Boga, coraz bardziej odkrywać świat wartości, budować głębsze relacje z ludźmi, wyjść poza pracę, trud i chęć władzy. To nie znaczy, że mężczyzna nie może kochać Boga i dojść do zażyłości z Nim bez kobiety, ale ona jest mu w tym pomocna.

Mężczyzna bardzo kocha Boga przez to, co robi, jak działa. Pragnie bardziej Go zrozumieć. Trudno jest mu kochać Boga sercem. Uczy się tego od kobiety, poprzez jej modlitwę, rozmowę, ukazanie, kim Bóg jest dla niej. Jeżeli jest ona otwarta na Boga, to w małżeństwie i w życiu konsekrowanym będzie znakiem Jego miłości dla mężczyzn, z którymi się spotyka. Nie będzie ich przyprowadzała tylko do siebie, ale do Boga. Będzie się chciała podzielić tym Najcenniejszym Skarbem z mężczyzną, którego spotka na swojej drodze życia, czy to będzie kapłan, mąż czy chłopak.

Dla mnie — jako siostry zakonnej — pośrednictwo miłości polega na tym, że uczę się jak najlepiej wypełniać powołanie do miłości. Pragnę także, aby mnie kochano. Chcąc dawać miłość, trzeba ją najpierw przyjąć. Toteż otwieram się na miłość Boga, który okazuje mi ją przez różne wydarzenia mego życia. Niedawno miała miejsce taka sytuacja. Brakowało nam — w szkole wiary i ewangelizacji, którą prowadzę — pieniędzy na zakupienie niezbędnych rzeczy, potrzebnych w domu. Modliliśmy się o fundusze. Jeszcze tego samego dnia otrzymaliśmy ofiarę. Doświadczyłam w tym miłości Boga i Jego troski o nas. Takie fakty ośmielają mnie do mówienia ludziom: zaufajcie Bogu, On o nas pamięta, troszczy się o nasze potrzeby, nawet o sprawy finansowe.

Bóg okazuje mi swoją miłość także przez to, że stawia przede mną zadania, które mnie przerastają, których nie rozumiem. Czasami dla Jego imienia jestem prześladowana, czasami dla Jego imienia jestem przez kogoś odrzucana. To rodzi we mnie wytrwałość i kształtuje mnie, a ostatecznie sprawia radość. Dzięki temu mogę powiedzieć: „Ja Ciebie kocham i wiem, że Ty mnie kochasz. Ufasz mi, skoro ewangelia spełnia się w moim życiu. Wybrałam Ciebie i czuję się wybrana”. To jest tak, jak w małżeństwie. Im głębiej wchodzi się w miłość, tym większe trudności trzeba pokonywać.

Przyjmowanie miłości Jezusa, doświadczanie jej przemieniającej i wyzwalającej mocy rodzi pragnienie przyprowadzania do Niego braci: osamotnionych, zniewolonych, cierpiących… W ten sposób kobieta staje się pośredniczką miłości i pomaga Zbawicielowi budować Jego Królestwo na świecie. Czyni to również wtedy, kiedy ukazuje bliskość osobowego Boga, gdy przez świadectwo życia i piękno duchowe przekonuje ludzi, że są przez Boga kochani, i pomaga im stać się dziećmi wobec Ojca. Kobieta potrafi wsłuchiwać się w ludzi i prowadzić ich do odkrycia pełni człowieczeństwa i głębszego spotkania z Bogiem. Gdy przyjmuje Bożą miłość, wyraża się ona w jej spojrzeniu, geście, słowie, czynie. Patrząc na jej wewnętrzne ciepło, inni mogą zaświadczyć, że Bóg naprawdę ich kocha.

Wzrastanie w miłości

Być pośredniczką miłości to zadanie bardzo zobowiązujące, wymagające ciągłego nawracania się i wzrastania. Stąd konieczność przebywania z Bogiem na modlitwie, coraz bardziej świadomego uczestniczenia w sakramentach, słuchania Słowa Bożego i zamieniania go w czyn. W moim życiu dostrzegam, że wypełniają się obietnice zawarte w Piśmie świętym. Jedna z nich jest mi szczególnie bliska: „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5). Doświadczam, że Duch Święty, którego otrzymuję w czasie każdej Eucharystii, napełnia mnie miłością i uzdalnia do kochania innych. On „łamie mnie przez krzyż i rozdaje przez miłość apostolską”. Wzbudza we mnie pragnienie, aby stawać się chlebem dla braci, tak jak Jezus jest nim dla mnie. Pomaga mi też realizować miłość w konkretnych sytuacjach, zwłaszcza wtedy, kiedy dostrzegam, że przerasta mnie miłowanie drugiej osoby. Idę wtedy do kaplicy i modlę się gorąco: „Jezu, zmiłuj się nade mną i poślij mi swojego Ducha. Ja nie potrafię kochać tego człowieka, on mnie drażni, nie jestem w stanie z nim rozmawiać, pomóż mi”. Bóg zmiękcza moje twarde serce i często pokazuje dobro ukryte w tej osobie, daje łaskę, aby po kryjomu zrobić dla niej coś dobrego i w końcu nawiązać dialog miłości. Otrzymana miłość pobudza mnie do głoszenia prawdy, że to Bóg jest jej Dawcą i chce nią obdarzać wszystkich ludzi.

Została mi dana miłość, więc niosę ją innym. Nie mogę jednakże nikogo przymusić do jej przyjęcia. Miłość nierozerwalnie związana jest z wolnością. Najpełniej oddaje tę prawdę Eucharystia. To jest dla mnie szkoła obdarzania człowieka wolnością. Uczę się tego zwłaszcza w stosunku do ludzi mi bliskich, na przykład wobec moich współsióstr, mojej rodziny czy osób, którym towarzyszę duchowo. Czasami dostrzegam, że postępują niewłaściwie, że sami sobie szkodzą. Sytuacje te sprawiają mi ból. Chciałabym, żeby coś się zmieniło, ale oni nie przyjmują moich argumentów. Zostaje mi czekanie, modlenie się, a z drugiej strony ukazywanie życiem, że można inaczej.

Kiedyś wydawało mi się, że trzeba ludzi usilnie przekonywać do przyjęcia prawdy i mówić ją od razu, ponieważ przyśpieszy to ich wyzwolenie. Bóg mnie uspokoił i pokazał wartość czekania na odpowiedni moment. Przekonałam się, że niejednokrotnie mój pośpiech, zamiast otwierać serca ludzi na przyjęcie prawdy, zamykał je. Natomiast moja wcześniejsza, czasami trwająca kilka miesięcy, modlitwa i rozeznawanie tworzyły odpowiedni klimat do podjęcia nawet bardzo trudnych rozmów. One z kolei stawały się podstawą do podejmowania wolnych i dobrych decyzji. Te wydarzenia pomogły mi uznać prawdę, że nie znam się na Bogu i Jego działaniu w drugim człowieku. Im więcej słucham ludzi, tym bardziej czuję się onieśmielona odkrywaniem jakiejś części tajemnicy prowadzenia ich przez Boga.

Oczywiście, nie zawsze wyjście z pomocą do drugiego człowieka jest przyjęte. Zdarza się, że ktoś nie życzy sobie żadnego ingerowania w jego życie, a nawet wrogo reaguje na wszelkie gesty miłości. Cóż wtedy pozostaje? Wstawiennictwo — modlitwa i ofiara. Wznoszę moje ręce i serce do Boga jak Mojżesz i z wiarą proszę za tego człowieka. Ofiarowuję w jego intencji różne trudy i cierpienia, które staram się przyjmować każdego dnia jako krzyż przemieniający mnie i dający życie braciom. Składanie swego życia w darze innym jest naturalną postawą każdej kobiety. Często właśnie w ten sposób najpełniej wyraża ona swoją miłość do poszczególnych osób. Potrafi z nadzieją, nawet długi czas, modlić się i czekać na powrót bliskiej osoby do Boga.

Moje gesty

Gdy pragnę stawać się pośredniczką miłości między Bogiem a ludźmi, muszę dbać o nieustanny wzrost mojej miłości do Oblubieńca. Staram się traktować Jezusa jak kogoś najbardziej ukochanego.

Nie wstydzę się tego, że gdy moim życiu wydarzy się coś radosnego, od razu biegnę do kaplicy. Zaśpiewam Mu coś z całego serca, zatańczę, prześlę całusa albo zerwę kwiaty, zaniosę do kaplicy i powiem: „Wiesz, zachwyciłeś mnie, ogromnie Ci dziękuję za to, co się stało”. On jest dla mnie żywą Osobą i aby okazać Mu miłość, zachowuję się w taki sposób, jak kobieta zakochana w mężczyźnie. Opowiadam Mu też o przykrych wydarzeniach mojego życia, o moich słabościach, trudnościach, o tym, z czym nie potrafię sobie poradzić. Zadaję Mu pytania i słucham Go. W każdej sytuacji, w każdym miejscu zwracam się do Niego. My, kobiety, potrzebujemy gestów, które wyrażają naszą miłość. Nie wystarczą słowa.

Moja miłość do Jezusa przejawia się też poprzez szukanie takiego czasu, żeby być tylko dla Niego. I to nie dlatego, że reguła nakazuje mi pół godziny adoracji, codzienny różaniec, Eucharystię. Szukam takich chwil, kiedy mogę dodatkowo być z Nim, nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że tego pragnę, że tęsknię za Nim. Nie wyobrażam sobie, żeby w małżeństwie kobieta kochała mężczyznę i nie okazywała mu tego poprzez czułość, troskę, pytanie, co się w jego życiu wydarzyło, pomoc w różnych sytuacjach. Tak wyraża się jej miłość do niego. Również w życiu konsekrowanym powinny być — zaznaczam, to jest moje przeżywanie konsekracji i kobiecości — gesty miłości oblubienicy do Oblubieńca.

Niedawno postawiono mi pytanie: czy nie jestem zazdrosna o Boga z powodu wielu innych oblubienic? Myślę, że to tajemnica Boga, iż jest tyle kobiet, które wybrał do tego, żeby były konsekrowane. Każda przeżywa śluby jako jedyne i niepowtarzalne doświadczenie. Nie ma we mnie zazdrości, ponieważ Jezus, będąc moim Oblubieńcem, jest równocześnie Bogiem i traktuje mnie, jak również każdą osobę, indywidualnie. Miłość między mną a Bogiem jest dla mnie czymś jedynym i wyłącznym. Gdy rozmawiam z siostrami z innych zgromadzeń, to dostrzegam niepowtarzalność każdej relacji.

Ja po prostu zakochałam się w Jezusie. Dla mnie była to jedyna motywacja, żeby podjąć życie konsekrowane. W którymś momencie Bóg mnie tak sobą zachwycił, że nie mogłam nie pójść za Nim. Nie zmusił mnie do tego. Okazał mi swoją miłość, na którą nie sposób odpowiedzieć niemiłością. Jeżeli ktoś przeżywa w pełni swoją konsekrację, to zawsze jest to miłość jedyna i wyłączna.

Ciało i seksualność

Kobieta konsekrowana nie wyrzeka się swojego ciała, które przecież funkcjonuje tak, jak ciało każdej kobiety. W życiu małżeńskim wyrazem miłości do drugiego człowieka jest to, że mąż oddaje swoje ciało żonie, a żona mężowi. W życiu konsekrowanym moje ciało należy do Boga. On ma do niego całkowite prawo. Czystość, którą ślubowałam, w której żyję, jest wyrazem mojej miłości. W ten sposób Mu komunikuję, że pragnę, by przyjął moje ciało. Ono nie jest dla żadnego mężczyzny, jest tylko dla Boga.

Czystość wybrana dla Królestwa powoduje rozwój kobiecości, szczególnie w jej wymiarze macierzyńskim. Jeżeli jest ona przeżywana jako wyraz miłości, to pomaga w zwalczaniu pokus, których osoba konsekrowana nie jest pozbawiona. Walka o czystość pozwala ciągle mówić Bogu: kocham Ciebie i daję siebie Tobie. Tak jak w małżeństwie. Żona musi ciągle od nowa wybierać męża i mówić mu: chcę, żeby moje ciało było tylko dla ciebie. Ten moment jest bardzo ważny dla kobiety. Nie można stłumić seksualności ani powiedzieć, że ona nie istnieje. Celem życia jest Bóg — konkretna Osoba, której oddałam swoje życie. Moja seksualność może być złożona w darze tylko Jemu.

Jestem matką

Wymiar oblubieńczy kobiecości jest ściśle związany z wymiarem macierzyńskim. Nie można w pełni zrealizować macierzyństwa, jeśli najpierw nie jest się oblubienicą. Kobieta konsekrowana, całym sercem zaangażowana w budowanie relacji oblubieńczej z Jezusem, staje się matką duchową. Swoje macierzyństwo wypełnia zgodnie z charyzmatem wspólnoty, do której przynależy. Jej konsekracja służy budowaniu Królestwa Bożego w świecie. Przez modlitwę, ofiarę, świadectwo rodzi życie i wiarę w ludzkich sercach. Macierzyństwo wyraża się przez oddawanie życia za braci, poświęcanie im czasu i wysłuchiwanie ich problemów. To oznacza zanurzanie się w ich życie, troszczenie się o pogłębianie ich relacji z Jezusem, trwanie przy nich i podtrzymywanie w trudnych chwilach. To także stwarzanie im warunków do doświadczania wolności i miłości. Kobieta konsekrowana jest matką dla wielu, kochając każdego, jakby był jedyny.

W każdej kobiecie dobrze przeżywającej rolę żony rodzi się pragnienie, by przekazać życie, by miłość, która jest między dwojgiem ludzi, zaistniała w nowym człowieku. Podobnie jest w życiu konsekrowanym. Po pewnym czasie budzi się coraz silniejsze pragnienie bycia dla innych. Osoby, które Bóg stawia na mojej drodze, pozwalają ukonkretnić miłość między mną a Jezusem. Tak jak w małżeństwie miłość dwojga ludzi wyraża się w dziecku, tak miłość między mną a Jezusem objawia się przez miłowanie osoby, którą spotykam w swoim życiu. Chcę, żeby w niej narodziło się nowe życie, by żyła Bogiem, radziła sobie, umiała dojrzale rozwiązywać swoje problemy. Krótko mówiąc, by była chrześcijaninem, który „chodzi po ziemi, a głowę ma w niebie”.

Nie wyobrażam sobie, że można być Jego oblubienicą i nie iść do braci. Trochę wygląda to tak, jak w małżeństwie. Matka spełnia bardzo ważną rolę na początku życia dziecka. Gdy jest ono starsze, oddaje młodego człowieka ojcu, żeby wprowadził go w świat, nauczył odpowiedzialności, przekształcania rzeczywistości. Chciałabym, aby ludzie odkrywali przeze mnie miłość Boga, żebym potrafiła ich podprowadzić do Niego, tak by On sam mógł coś dla nich uczynić. To oznacza dla mnie bycie matką. Nie jestem matką fizyczną, ponieważ nie rodzę dzieci. Mogę być matką duchową, to znaczy mogę rodzić ludzi do żywej relacji z Bogiem, pomóc im stawać się nowymi ludźmi i odkrywać w życiu głębsze wartości oraz wstawiać się za nimi poprzez swoją ofiarę.

Dziewczyna, którą wspierałam przez kilka lat, miała trudności — nie potrafiła nawiązać relacji z mamą. W tym domu nie było ojca. Zosia przeżywała wielkie trudności z określeniem swojej tożsamości. Była osobą bardzo niedojrzałą emocjonalnie. W pewnym momencie po kolejnej kłótni z mamą została wyrzucona z domu. Przyszła do mnie. Zupełnie nie wiedziałam, co zrobić. Zosia była bez pracy, bez mieszkania, nie miała niczego i mówiła, że odbierze sobie życie. Została przez kilka dni w naszym domu. Cierpiałam razem z nią, ponieważ rozumiałam, iż pozostanie w domu rodzinnym jest ponad jej siły. Jednocześnie wiedziałam, że konflikty spowodowane są nieumiejętnością nawiązania dialogu z mamą i trzeba jej w tym pomóc. Rozmawiałyśmy o tym niejeden raz. Często byłam już bardzo zmęczona, jednakże wiedziałam, że muszę przy niej być, słuchać nieraz dziesięć razy tego samego, okazywać jej dobroć, cierpliwość — kochać ją. Ona tego potrzebowała.

Nie widziałam wyjścia z sytuacji. Zaczęłam uczyć ją w domu różnych podstawowych rzeczy. Nie umiała nawet posługiwać się widelcem i nożem. Gdy mieliśmy gości, przynosiła nam wstyd. Akceptowaliśmy to, wiedząc, że to jest jedyna droga, by ją czegoś nauczyć i okazać jej miłość. Po pewnym czasie odezwała się jej mama. Dużo z nią rozmawiałam, słuchałam, co ma do powiedzenia. Rozumiałam tę kobietę. Postanowiłyśmy zrobić wspólne spotkanie, na którym one miały ze sobą porozmawiać. Dla mnie to było umieranie, ponieważ wiedziałam, jak cierpi dziewczyna, znałam też sytuację jej matki. Obie cierpiały, nie mogąc się ze sobą porozumieć. Dzięki Bogu pojednały się i dziewczyna wróciła do domu. Ja mogłam doświadczyć trudu stawania się matką i wesprzeć je modlitwą.

Do Boga, nie do siebie

Rozwijając w sobie macierzyństwo duchowe, trzeba pamiętać, żeby ludzi nie prowadzić do siebie, ale do Boga. Bardzo często modlę się z nimi, chcę, żeby słuchali Boga na modlitwie, by sami podejmowali decyzje. Staram się im pokazywać alternatywy i konsekwencje ich wyborów. Słucham i pomagam im dojść do samodzielnego rozwiązania ich problemów. Być matką to pozwolić dzieciom rozwijać się i wspierać ich poszukiwania, a nie tylko podawać gotowe recepty.

Dużo zależy oczywiście od człowieka i od tego, jakiej on potrzebuje pomocy. Nie można kogoś na siłę usamodzielnić i zostawić samego w momencie, w którym nie jest w stanie podjąć tej samodzielności. Nie polega to jednak na uzależnianiu ludzi od siebie i byciu dla nich jedyną wyrocznią. Mam nauczyć ich szukania pomocy u Boga, oparcia się na słowie Bożym, na sakramentach. To ma być źródło, z którego czerpią. Mogę tylko zaświadczyć, jak ja żyję Bogiem i jak słucham Słowa.

Mam taką zasadę, że wolę rozwijać to, co pozytywne, niż niszczyć to, co negatywne. Szukam dobra w człowieku. Patrzę, jak on może je rozbudować. Gdy przydzielam komuś zadania, staram się dawać mu takie, by rozwinął to, w czym jest uzdolniony. Niektórzy mówią, że człowiek wzrasta wtedy w pysze. Mam przeciwne doświadczenie — gdy pozwoli się człowiekowi robić to, co lubi, co go rozwija, co kocha, w co może się cały zaangażować, to nagle jego słabości, z którymi nie mógł sobie poradzić, zaczynają się porządkować. Dzieje się tak dlatego, że angażuje się on w budowanie dobra. Dzięki temu bardziej wzrasta w odpowiedzialności, w dojrzałości.

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie należy walczyć ze złem w sobie, z grzechem, ze słabościami. Zauważyłam, że po przejściu pewnej drogi i pozytywnej pracy nad sobą, kiedy Bóg zaczyna próbować wiarę człowieka, stawiać większe wymagania i w odbiorze danej osoby jest nieobecny, wtedy taki człowiek nie wycofuje się. Trwa wiernie przy Bogu, bo wcześniej doświadczył Jego działania w swoim życiu.

Ważne jest, aby człowiek wchodził coraz dalej, głębiej w relację z Bogiem, z ludźmi, żeby nie uciekał przed trudnościami. Trzeba w nie wejść, nauczyć się je rozwiązywać. Rozumieć, że poza nimi istnieje coś ważniejszego. Kiedy człowiek przeżyje niepowodzenia, jest bogatszy o to doświadczenie. Umiejętne przyjęcie cierpienia pomoże mu bardziej zrozumieć innych ludzi, prawdziwiej kochać. Dlatego wydaje mi się, że dzisiaj bardzo potrzebne jest pozytywne nastawienie do wiary, do życia. Sama staram się tak postępować. Tak też prowadzę ludzi i zauważam, iż takie działanie przynosi obfite owoce. Ludzie uczą się budować zaufanie, wyzwalają się z lęków, są radośni i wielkodusznie podejmują zadania, których wcześniej by nie wykonali. Dzisiaj wokół nas jest tak mało dobra i radości. Potrzebni są ludzie dający radosne świadectwo, że nasz Pan jest z nami.

Wybór rad ewangelicznych nie prowadzi do zubożenia wartości autentycznej kobiecości. Można być siostrą zakonną, realizując się w pełni jako kobieta — oblubienica i matka. Integracja życia konsekrowanego z kobiecością wyzwala poczucie radości, wolności i gorliwe realizowanie swojego charyzmatu. Podkreśla to również Ojciec Święty w adhortacji Vita consecrata, pisząc:

Kobiety konsekrowane są w bardzo szczególny sposób powołane, aby poprzez swoje poświęcenie, przeżywane w pełni i z radością, być znakiem czułej dobroci Boga dla ludzkości oraz szczególnym świadectwem tajemnicy Kościoła, który jest dziewicą, oblubienicą i matką (57).

Ja się po prostu zakochałam
Ewa Kazimiera Fleran

urodzona w 1964 r. – absolwentka WSP w Słupsku oraz Prymasowskiego Instytutu Życia Wewnętrznego w Warszawie, odpowiadała za formację osób świeckich w Szkole Wiary i Nowej Ewangelizacji.Od 2001 roku przełożona Wspólnoty Si...