Jak pani może mówić o dziecku

Jak pani może mówić o dziecku

Wydawało mi się zawsze, że kobieta w ciąży to jest ktoś wyjątkowy. Ktoś, kim trzeba się szczególnie zająć, zrozumieć go, wysłuchać. Ktoś, komu ustępuje się miejsca w tramwaju albo w kolejce. Kiedy trafiłam do szpitala, przekonałam się, że nie jestem nikim wyjątkowym. Jestem przypadkiem medycznym, wydarzeniem statystycznym, histeryczką.

Joanna dokładnie pamięta tamten dzień. Była zima, jechała pociągiem. Przyglądała się siedzącym w przedziale pasażerom i myślała sobie: jadę tu z wami, a wy nie wiecie, że ja nie jestem sama, że w moim brzuchu siedzi sobie od kilku tygodni maleńki człowiek. Była taka dumna i szczęśliwa – będzie mamą.

Tę podróż jeszcze długo potem wspominała i wyrzucała sobie: gdybym nie pojechała na delegację, gdybym odmówiła, gdybym się nie zdecydowała na pociąg, tylko na samochód, gdybym się cieplej ubrała, gdybym poszła na zwolnienie lekarskie, gdybym, gdybym, gdybym…

Ale tamtego dnia w pociągu była szczęśliwa, trzymała rękę na brzuchu – jeszcze takim zwyczajnym, płaskim, choć przecież był już w nim człowiek. Nikt z pasażerów o tym nie wiedział, tylko ona wiedziała i chciała, żeby ten brzuch już się zaokrąglił, żeby się zrobił śliczny, ciążowy brzuszek i żeby wszyscy widzieli, że ona jest już mamą. Bo tak się poczuła od pierwszej chwili, gdy na teście ciążowym zobaczyła dwa paseczki.

Wybiegła z łazienki, by je pokazać Tomkowi. I stali mocno przytuleni do siebie i nic nie mówili. Dopiero chwilę później zrobili sobie herbatę, usiedli przy stole, obliczali, kiedy narodzi się ich dziecko i zaczęli wymyślać imiona. Byli rodzicami. Mamą i tatą.

– Było nam wszystko jedno, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. To było nasze pierwsze dziecko, a planowaliśmy przynajmniej trójkę – mówi Joasia.

Na pierwsza wizytę do lekarza poszli razem. Gdy usłyszeli bicie serca swojego dziecka, oboje mieli łzy w oczach. – Jestem twardy facet, rzadko się wzruszam, nie płaczę. Ale wtedy przeszły mi dreszcze po plecach i oczy miałem wilgotne. Moje dziecko zaistniało dla mnie realnie, słyszałem je. Nie mogłem go jeszcze dotknąć, nie mogłem zobaczyć, ale wiedziałem, że ono jest. Kiedy dziś słyszę, że ktoś mówi o poczętym dziecku zarodek albo płód, to mam ochotę podejść i walnąć w szczękę. I choć z natury nie jestem cholerykiem, choć trudno wyprowadzić mnie z równowagi, to muszę przyznać, że od tamtego dnia wojujące feministki, które wykrzykują na ulicach i transparentach o prawie do „swojego brzucha”, wyzwalają we mnie najgorsze instynkty – wyznaje Tomek.

Od tamtej chwili zaczął mówić do Joasi w liczbie mnogiej: „Uważajcie na siebie”, „Idę dla was po bułeczki”, „Kocham was”, „Ubierzcie się ciepło”.

Joasia wspominała to, wracając pociągiem z delegacji, trzymała rękę na brzuchu i tak bardzo chciała, żeby maleństwo dało już o sobie znać, żeby się ruszało.

Tomek czekał na dworcu. Była trochę zmarznięta, więc w domu zrobiła sobie ciepłą kąpiel i wypiła gorącą herbatę. To był piątek. Położyli się w sypialni na łóżku, Tomek czytał gazetę, a ona poradnik dla kobiet w ciąży.

Przebudziła się w środku nocy. – Męczył mnie jakiś koszmarny sen. Nie mogłam zasnąć, więc zeszłam do kuchni i zrobiłam sobie herbatę. Pomyślałam wtedy: no tak, trzeba się przyzwyczajać do takiego nocnego wstawania. Gdy kładła się do łóżka, poczuła delikatny ból z prawej strony podbrzusza, ale zaraz pomyślała, że to na pewno przez to, że przez kilka godzin siedziała w tym pociągu.

Rano dopadły ją codzienne ciążowe nudności, wypiła szklankę zimnej wody (bo to pomagało przynajmniej na 20 minut). Na śniadanie nie miała ochoty. Ból z prawej strony brzucha był coraz silniejszy, gdy tylko poruszyła nogą, czuła, jakby ktoś naciskał ją czymś ciężkim.

– Włączyłam komputer, wpisałam: „ból podbrzusza ciąża”. Zaczęłam przeglądać kolejne artykuły, trafiłam na stronę o poronieniach. I wtedy się przeraziłam – wspomina Joasia.

Tomek: Starałem się ją uspokajać, choć sam też okropnie się zdenerwowałem. Nie miałem pojęcia, co robić. Nie chciałem panikować, namawiać, byśmy jechali do szpitala. Ale też bałem się zbagatelizować problem. Namówiłem Joasię, by zadzwoniła do swojego lekarza.

Nie obwiniaj siebie o to, co się stało.

Możesz myśleć, że gdyby nie takie lub inne zachowanie, wszystko potoczyłoby się inaczej. To nie jest prawda. Najczęściej przyczyny poronień samoistnych pozostają niewyjaśnione lub nie masz na nie wpływu. To nie jest Twoja wina 1.

Słoik na tkanki

Poronienie to ukończenie ciąży przed 22. tygodniem jej trwania. Po 22. tygodniu do 37. mówi się o porodzie przedwczesnym. Poród o czasie to taki, który zaczyna się po 37. tygodniu ciąży. – Są to terminy, które odnoszą się do dokumentacji medycznej. Z punktu widzenia przepisów prawnych wszystkie te wydarzenia określane są jako urodzenie dziecka – tłumaczy prof. Bogdan Chazan, ginekolog położnik, dyrektor Szpitala Ginekologiczno–Położniczego im. Świętej Rodziny w Warszawie, i przywołuje definicję, według której urodzenie to wydobycie dziecka (żywego lub martwego) z organizmu matki bez względu na wiek ciąży.

Statystyki medyczne wskazują, że w Polsce każdego roku dochodzi do ok. 40 tysięcy poronień rozpoznanych klinicznie ciąż. – Każde takie poronienie to dramat konkretnej kobiety, konkretnej rodziny. Nie możemy tego problemu przemilczać, nie możemy udawać, że go nie ma. Trzeba pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują, którzy jej szukają – mówi Monika Nagórko, współzałożycielka strony internetowej www.poronienie.pl.

Sama poroniła dwie ciąże. Za pierwszym razem – na szpitalnym korytarzu, w ósmym tygodniu ciąży. Kolejnej ciąży też nie donosiła – w 11. tygodniu, podczas rutynowej wizyty u lekarza okazało się, że serce dziecka nie bije. – Przyjęto mnie do szpitala, żebym urodziła – opowiada Monika. – Nikt ze mną nie rozmawiał, nikt mi nic nie tłumaczył. Położna wręczyła mi słoik „na tkanki” i strasznie się obruszyła, gdy powiedziałam, że to nie tkanki, tylko dziecko. „Jak pani może mówić o dziecku w 11. tygodniu ciąży!” – wyśmiała mnie.

Drugie poronienie skłoniło Monikę do różnych przemyśleń: Czy pamiętać o tym, czy starać się jak najszybciej zapomnieć, rozmawiać czy nie rozmawiać o problemie, powiedzieć kiedyś o tym starszemu synowi, czy nie mówić, ile ja mam właściwie dzieci – jedno czy trójkę?

Wieczorem włączyła komputer, zaczęła szukać informacji na temat poronień. Oprócz tych ściśle medycznych nie znalazła w zasadzie nic. Tego samego wieczoru na stronie internetowej naszbocian.pl założyła wątek o poronieniach i opisała swoją historię. – Byłam zaskoczona, jak wiele osób się odezwało i podzieliło swoimi równie bolesnymi doświadczeniami – przypomina sobie. I chyba właśnie wtedy pierwszy raz przyszło jej do głowy, by założyć stronę internetową poświęconą poronieniom, na której kobiety mogłyby wypłakać swój ból, podzielić się problemami, znaleźć wsparcie, fachowe porady, przepisy prawne. – Z wykształcenia jestem informatykiem, dlatego założenie takiej strony nie było dla mnie problemem – mówi Monika Nagórko. W grudniu 2004 roku strona www.poronienie.pl ruszyła. Półtora roku później Monika razem z innymi kobietami, które poznały się na forum, założyła Stowarzyszenie Rodziców po Poronieniu.

Nie jesteś jedyną osobą, którą strata boli.

Obok jest Twój partner. On lub ona też cierpi, choć może inaczej przeżywa stratę. Razem będzie Wam łatwiej, więc nie odwracajcie się od siebie.

To nie jest Leśna Góra

Joasia siedziała przed komputerem i myślała o wczorajszej podróży pociągiem. O 10 rano zaczęła delikatnie krwawić. Natychmiast zadzwoniła do swojego lekarza. – Było mi obojętne, że jest sobota, że on może jeszcze spać, być na spacerze albo na zakupach. Chciałam, żeby mi pomógł, żeby mi powiedział, co mam robić. Nie chciałam jechać do przypadkowego szpitala, w którym przypadkowy lekarz potraktuje mnie jak przypadkową, przewrażliwioną ciężarną, która zawraca ludziom głowę. Ale komórka doktora uparcie powtarzała, że abonent jest poza zasięgiem. Godzinę później Joasia była już w szpitalu.

Opowiada: – Zawsze mi się wydawało, że kobieta w ciąży to jest ktoś wyjątkowy. Ktoś, kim trzeba się szczególnie zająć, zrozumieć go, wysłuchać. Ktoś, komu ustępuje się miejsca w tramwaju albo w kolejce. Kiedy trafiłam do szpitala, przekonałam się, że nie jestem nikim wyjątkowym. Jestem przypadkiem medycznym, wydarzeniem statystycznym, histeryczką.

Najpierw była izba przyjęć – nowoczesna, ładnie urządzona, na ścianach kolorowe fotografie niemowlaków. Czyściutka toaleta, biały papier toaletowy, mydło w płynie, ręczniki. Miłe zaskoczenie. – Stałam w tej toalecie i myślałam sobie: Dlaczego ludzie tak narzekają na tę polską służbę zdrowia? Przecież jest OK – przypomina sobie. Gdy chwilę później recepcjonistka zaczęła wypełniać dokumenty, które były niezbędne, aby przyjął ją lekarz, Joasia coraz szerzej otwierała oczy: ona krwawiła, a pani w recepcji pytała ją o adres, numer pesel, zawód i wykształcenie. – Chciałam wrzeszczeć: cholera jasna, jakie to ma teraz znaczenie, czy ja mieszkam przy takiej czy śmakiej ulicy, przecież to wszystko mogę wam powiedzieć później, niech mnie ktoś wreszcie zbada!

Tomek: – Siedziałem koło Joasi i nagle przypomniałem sobie wszystkie opowieści znajomych o tym, jak po kilka godzin czekali na lekarza, jak byli z chorym dzieckiem odsyłani od szpitala do szpitala, jak komuś kazano zapłacić za wizytę, bo nie miał przy sobie książeczki zdrowia. Myślałem, że w tych opowieściach więcej jest przesady niż faktów. Teraz trzymałem moją żonę za rękę i miałem ochotę stąd uciec. Co chwilę dzwoniłem do lekarza Joasi, ale jego telefon uparcie milczał.

Długo jeszcze siedzieli na korytarzu i czekali na swoją kolejkę. Trzy godziny później leżała w łóżku na oddziale, bo, jak powiedział lekarz, „trzeba poobserwować, co się w tym brzuchu wyrabia”.

– Kiedy wieczorem przyszła pielęgniarka i wręczyła mi trzy małe tabletki, zapytałam ją o nazwę lekarstwa, które mi daje. „A co to za różnica, czy tabletka nazywa się tak czy tak. Nic to pani nie powie. Lekarz przepisał, to trzeba brać. I nie ma co histeryzować” – wydusiła z siebie.

Joasia: – Nigdy nie byłam w szpitalu, znałam go tylko z opowiadań i z serialu „Na dobre i na złe”, w którym mili lekarze i przemiłe pielęgniarki ze szpitala w Leśnej Górze z troską i oddaniem zajmują się każdym swoim pacjentem. Tego wieczoru zrozumiałam, że szpital, w którym się znalazłam, to na pewno nie Leśna Góra.

O pierwszej w nocy Joasia zaczęła mocno krwawić, przewieziono ją do sali zabiegowej. Gdy przyszedł lekarz, położna powiedziała tylko: „Już chyba jest po wszystkim”.

Nie pozwól, aby wmówiono Ci, że nic się nie stało.

Przecież COŚ się stało – odeszło Twoje dziecko. Nie ma znaczenia, jak było ono małe. Jeśli czujesz, że ta strata dotyczy kogoś bardzo Ci bliskiego, nie udawaj, że nic się nie stało.

Mała ciąża – duża strata

Profesor Bogdan Chazan niejeden raz towarzyszył pacjentkom, które straciły dziecko. – W takiej chwili kobieta chce, żeby przy niej być, posiedzieć, potrzymać ją za rękę. Gesty znaczą więcej niż słowa – tłumaczy. Dlatego tak wielką wagę przywiązuje do tego, by w szpitalu, którym kieruje, poronienia odbywały się w sposób godny. – Każdej matce dajemy czas na to, by pożegnała się ze swoim dzieckiem, bez względu na to, czy miało ono kilka milimetrów, czy było na tyle duże, by mogła je wziąć na ręce i przytulić. Nie można tu postępować schematycznie, według jednego scenariusza. Wolno nam coś podpowiedzieć, zasugerować, nie wolno do niczego zmuszać, bo każdy swój dramat przeżywa inaczej. Czasami instynkt macierzyński rozwija się powoli, więź z dzieckiem pojawia się dopiero po pewnym czasie: dla niektórych kobiet takim momentem będzie powiększający się brzuch, dzień, gdy poczują ruchy swojego dziecka albo zobaczą je na ekranie USG. Ale jest cała grupa kobiet, dla których utrata nawet bardzo wczesnej ciąży jest porównywalna ze stratą dziecka donoszonego. I personel medyczny musi to zrozumieć – tłumaczy profesor.

Monika Nagórko: – Podczas spotkań w szpitalach położne niejednokrotnie przekonywały nas, że kobiety tego tak nie przeżywają, że to my wywołujemy problem, wyolbrzymiamy go.

Profesor Chazan potwierdza: – Zdarza się jeszcze, że personel medyczny w sposób niewystarczający ocenia znaczenie straty wczesnej ciąży jako straty dziecka. To wynika z zaszłości, sposobu kształcenia w akademiach medycznych czy w szkołach dla położnych. Ale widzę, że to się powoli zmienia, że zarówno lekarze, jak i położne coraz lepiej rozumieją, że podczas poronienia kobieta traci swoje dziecko i że należy jej się odpowiednie traktowanie, pomoc w przeżyciu żałoby, wsparcie psychiczne.

W szpitalu kierowanym przez profesora blisko 70 proc. rodziców odbiera swoje poronione dzieci, by je pochować. Pozostałym dyrekcja szpitala co jakiś czas organizuje zbiorowy pogrzeb. Ostatni odbył się kilka tygodni temu na cmentarzu przy ul. Fosy.

Nie zakładaj, że już nic dobrego Cię nie spotka.

Odeszło Twoje dziecko, ale Ty zostajesz. Dookoła Ciebie są życzliwi ludzie, którym na Tobie zależy. Nie zamykaj się przed zwykłymi radościami. Twoje dziecko by tego nie chciało.

Pani się już zrzekła

Zgodnie z przepisami obowiązującymi w Polsce zmarłe dziecko można pochować na cmentarzu zawsze, nawet jeśli poronienie nastąpiło w pierwszych tygodniach ciąży. Szpital wydaje kartę zgonu oraz pisemne zgłoszenie urodzenia dziecka. Z tym dokumentem rodzice idą do Urzędu Stanu Cywilnego. USC wystawia akt urodzenia z adnotacją, że dziecko urodziło się martwe. Szpital nie ma prawa odmówić rodzicom wydania ciała, gdyż nie jest ono jego własnością.

Jeśli dziecko jest tak małe, że nie można ustalić, czy był to chłopiec, czy dziewczynka, lekarz, zgodnie z procedurą zaproponowaną przez Ministerstwo Zdrowia, powinien wpisać do dokumentu taką płeć, jakiej rodzice oczekiwali. – To nie jest fałszowanie dokumentów. To jedynie spełnienie mniej lub bardziej sensownego wymagania biurokratycznego – tłumaczy prof. Chazan. Rodzicom poronionego dziecka przysługuje zasiłek pogrzebowy, a kobietom połowa urlopu macierzyńskiego (8 tygodni) bez względu na tydzień ukończonej ciąży

Niektóre szpitale nie chcą wystawiać takich dokumentów. Jeśli rodzic jest mało przebojowy albo zwyczajnie nie ma siły walczyć ze szpitalną biurokracją, poddaje się. – Zdarza się, że w niektórych szpitalach położniczych pacjentka ze zdiagnozowanym poronieniem podczas przyjmowania na oddział dostaje do podpisania zrzeczenie się praw do pochówku dziecka. To okrutne. Kobiety najczęściej są zdenerwowane, nie mają czasu i siły czytać wszystkich dokumentów, które ktoś w izbie przyjęć podsuwa im do podpisania. A skoro podpiszą, nie mają potem prawa domagać się, by ktoś oddał im ciało dziecka. I być może do końca życia będą nosiły w sobie żal, że tak bezmyślnie coś podpisały, że przez swoją niewiedzę nie mogły pochować dziecka – mówi Monika Nagórko.

Zdaniem prof. Chazana pożegnanie się z dzieckiem, zobaczenie go – bez względu na to, jak ono wygląda – grób, na który można przyjść i „być” z dzieckiem, wszystko to niewątpliwie pomaga w przeżyciu żałoby, oczyszczeniu i gotowości do przyjęcia następnego dziecka. – I nigdy my, lekarze, nie powinniśmy stawać na drodze rodzicom, którzy godnie chcą pożegnać swoje dziecko – podkreśla profesor.

Joasia ma żal do lekarzy i położnych, że nikt jej o tym nie powiedział, nikt nie zaproponował, by zabrała swoje poronione dziecko. – Byłam w szoku, nie spodziewałam się takiego zakończenia ciąży. Nie miałam pojęcia o przepisach, o tym, że mogę moje dziecko pochować. To szpital powinien mnie o tym poinformować, zapytać, dać mi jakąś kartkę, ulotkę, wskazówkę. Dlaczego tego nie zrobili? Czy to dla nich taki problem?

Zresztą wtedy, w nocy, nie miałam siły o tym myśleć. Zadzwoniłam do Tomka, chciałam, żeby przyjechał, ale go nie wpuścili, „bo noc to nie jest czas na odwiedziny”. Leżałam na sali i wyłam jak pies. Kładłam rękę na brzuchu i wyobrażałam sobie, że to był tylko jakiś sen, że to się nie stało, że moje dziecko jest tam, w tym moim brzuchu, że lada chwila poczuję, jak się rusza, że latem się urodzi…

Tomek do samego rana siedział w samochodzie pod szpitalem i wysyłał SMSy do Joasi. – Strasznie chciałem przy niej być. Wiedziałem, że mnie teraz potrzebuje. Zawsze, gdy ma jakiś problem, wtula głowę w moje ramiona i prosi: „Nic nie mów, bądź i pomilcz ze mną”. Byłem pewien, że teraz zrobiłaby tak samo. Ja też chciałem się do niej przytulić. Bo to nie jest tak, że podczas poronienia tylko kobieta traci dziecko. Ja też je straciłem i było mi z tym bardzo źle.

Kiedy następnego dnia, pochlipując, pakowała swoje rzeczy do torby, położna na „pocieszenie” powiedziała jej: „Lepiej, że to stało się teraz, niż gdyby tak pani w tej ciąży jeszcze sobie pochodziła”. – Jak to lepiej? – mówi Joasia. – Czy dziecko, które ma 10 cm, kocha się inaczej i mniej się go pragnie niż takiego, które ma 30 centymetrów albo 40? Czy ktokolwiek odważyłby się powiedzieć rodzicom, którym umarło 5letnie dziecko: „Drodzy państwo, lepiej, że to się stało teraz, niż jakby miało 10 lat”? Ludzie, czy wy słyszycie, co wy mówicie, czy myślicie, co mówicie, czy czasami zastanawiacie się, co czuje człowiek? Nie unikajcie tematu, jakby go nie było, nie myślcie, że z nami „o tym” nie wolno rozmawiać. Wolno i trzeba. Ale nie serwujcie nam tanich pocieszeń i złotych rad. Słuchajcie, co MY mamy do powiedzenia, słuchajcie opowieści o NASZYCH dzieciach.

Nie przyspieszaj niczego.

Twoja żałoba powinna się sama dopełnić, wypalić. Każdy przeżywa stratę na swój sposób i tak długo, jak tego potrzebuje, żeby potem móc pogodzić się ze światem na dobre i mocno stanąć na nogach.

Po tamtej stronie

Strona internetowa www.poronienie.pl odnotowuje każdego dnia 60 tys. wejść. Niektóre kobiety korzystają z zamieszczonych tam numerów telefonów – dzwonią, pytają, proszą o poradę. Wpisują się na forum, wymieniają doświadczeniami, opisują swoje bolesne historie. Zamieszczają „zdjęcia” Aniołków w galerii, która jest szczególnym miejscem pamięci o ich dzieciach. Te, którym się „udało”, pocieszają te, które jeszcze „walczą”. Wzajemnie trzymają za siebie kciuki, wspólnie przeżywają kolejne „odejścia”. Świętują każde narodzenie. Świetnie się znają, choć niejednokrotnie nigdy się nie widziały i być może nigdy się nie spotkają. Ale mają poczucie, że coś je łączy: ich dzieci, które odeszły, nim one zdążyły je przytulić, pocałować, dotknąć.

Dziewczyny ze stowarzyszenia organizują w szpitalach spotkania i prelekcje, podczas których uświadamiają lekarzom i położnym, co czuje kobieta, która straciła dziecko, czego oczekuje od szpitala, od lekarza, od położnej. – Chcemy ich uwrażliwić na to wszystko, co dzieje się z psychiką kobiety podczas poronienia oraz po wyjściu ze szpitala. Mam nadzieję, że dzięki takim spotkaniom świadomość personelu medycznego i podejście do problemu poronień będzie się zmieniać – tłumaczy Monika Nagórko.

Wierzy w to, że obchodzony od kilku lat w Polsce 15 października Dzień Dziecka Utraconego przybliży problem nie tylko lekarzom i położnym, ale wielu innym ludziom, którzy często nieświadomie banalnymi pocieszeniami i wścibską ciekawością ranią rodziców poronionych dzieci.

Monika jest dziś mamą 6letniego Pawła, 3letniej Julki i rocznego Piotrusia. W maju spodziewa się kolejnego dziecka. Jest też mamą Ani i Kuby, po których zostały testy ciążowe, przypominające, że oni byli. Gdyby ktoś zapytał ją, ile ma dzieci, bez wahania odpowie, że szóstkę. Tyle że dwójkę „po tamtej stronie”.

Joasia jest w ósmym miesiącu ciąży. Kiedy ktoś ją pyta, czy to pierwszy dzidziuś, odpowiada zawsze: „Nie, drugi. Pierwszego straciłam w 14. tygodniu ciąży”. – Nie wstydzę się o tym mówić, przeciwnie. Uważam, że powinniśmy mówić to głośno i jak najczęściej. Nie możemy tego problemu pomijać, jakby go nie było. Bo był. To były nasze dzieci, na które czekaliśmy.

Nie oczekuj, że będziesz taka sama jak kiedyś.

Każde doświadczenie nas zmienia, a utrata kogoś bliskiego jest przeżyciem wyjątkowo silnym. Ale to, że Ty jesteś już inna, nie oznacza, że będzie gorzej. Będzie po prostu inaczej.
 

1 Cytaty pochodzą z Dekalogu osieroconych rodziców. Jego autorką jest Żaneta Grabowska, mama trójki dzieci: Ewy zmarłej w 9. tygodniu ciąży, Adasia zmarłego w 23. tygodniu ciąży i Ani zmarłej w 19. tygodniu ciąży.

Jak pani może mówić o dziecku
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”.Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...