„Jak połączyć teologię ze śmieciami?”

„Jak połączyć teologię ze śmieciami?”

Przeznaczałem wtedy trzy pełne godziny na modlitwę kontemplacyjną, która, jak sądziłem, miała mnie wkrótce przywieść na szczyty mistycznego zjednoczenia. Modlitwa, która miała być dla mnie codziennym niebem, stała się codziennym piekłem. Prawdziwe kłopoty pojawiły się, gdy pewnego razu ojciec Dino zaczął kreślić swoją ostatnią teorię o animus i anima – terminach zaczerpniętych z psychologii Junga…

Z Trocadero do Clitunno

Mimo że bez wahania zgodziłem się przyjąć uprzejme zaproszenie Madame de Gaye do Paryża, kiedy dotarłem na Rue de Magdebourge 5, czułem się raczej niepewnie. Byłem trochę onieśmielony ostatnią wizytą, jaką tu złożyłem, i okazałym, jak dla mnie, dwupiętrowym mieszkaniem. Zostałem wówczas zaproszony na obiad na cześć mojego brata Dawida, który wtedy po raz pierwszy przybył do Francji. Od tamtego czasu Dawid zatrzymywał się u nich kilka razy, a Bernard de Gaye kilkakrotnie przyjeżdżał na wakacje do naszego domu w Manchesterze, nigdy nie dając odczuć, że zauważa społeczną przepaść, która dzieliła nasze rodziny.

Dawid przebywał jeszcze u nich, kiedy i ja przyjechałem do Paryża. Właśnie od niego Madame de Gaye usłyszała o moich duchowych poszukiwaniach. Byłem niezwykle zdumiony, kiedy przyznała się mi, że sama jest nie tylko członkinią świeckiej rodziny franciszkańskiej, ale nawet przewodniczącą Trzeciego Zakonu w Paryżu. Od czasu mojej ostatniej wizyty zmarł jej mąż, a troje najstarszych dzieci wyprowadziło się z domu. Został tylko Bernard, ona oraz trójka służących, tak więc bez problemu znalazło się dla mnie wygodne miejsce.

Madame de Gaye była niewysoką kobietą o trochę ptasiej urodzie. Jej długie wygięte brwi, haczykowaty nos oraz lekko cofnięty podbródek przydawały jej dostojnego sokolego wyglądu, chociaż zachowywała się raczej jak gołębica. (…) O nic mnie nie zapytała. Po prostu zaprowadziła mnie wąskimi schodami na górę, gdzie mieściły się kwatery dla służby, i pokazała dwa pokoje. Jeden miał mi służyć za sypialnię, a drugi za gabinet.

— Oto miejsce właściwe dla franciszkanina — rzekła cicho, patrząc na mnie porozumiewawczo, jakby chciała powiedzieć: „Znam twój mały sekret, młody człowieku, lecz nikomu go nie wyjawię, dopóki ty sam go światu nie wyjawisz”. (…) — Wszystkie kwatery służących masz dla siebie, z wyjątkiem jednego pokoju, z którego i my będziemy korzystać.

Otworzyła drzwi do pomieszczenia na końcu korytarza i moim oczom ukazała się śliczna mała kaplica, zaopatrzona w Najświętszy Sakrament. Przywilej ten nadał jej przodkom kardynał Richelieu za szczególne zasługi wobec króla Ludwika XIII. Nie mogłem uwierzyć swojemu szczęściu. (…)

Madame de Gaye być może nie była dobrą nauczycielką, ale z pewnością była wspaniałą organizatorką, i w pełni wykorzystała swoje zdolności, planując nadchodzący rok, w którym na Wielkanoc miałem złożyć profesję do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Postanowiła, że po moich egzaminach pod koniec września wyruszymy oboje do Franciszkowych Włoch. Mieliśmy odwiedzić Asyż oraz inne miejsca związane ze Świętym, a potem pojechać do Clitunno, aby odwiedzić najstarszą córkę Madame de Gaye, Françoise, która wstąpiła do franciszkańskiego klasztoru, znajdującego się w pół drogi między Spello i Spoleto.

Potem ja miałem zostać przez cztery miesiące we franciszkańskiej pustelni Monte Casale, wysoko w Apeninach, ponad miastem Borgo san Sepolcro.

Wieczór przed wyjazdem do klasztoru, w którym przebywała najstarsza córka Madame de Gaye, Françoise, spędziliśmy na długiej rozmowie. Zatrzymaliśmy się niedaleko klasztoru w Campello sul Clitunno. Wtedy po raz pierwszy Madame de Gaye opowiedziała mi o swojej rodzinie oraz o córce Françoise. Okazało się, że rodzina de Gaye była — przynajmniej we własnych oczach — zubożałą rodziną francuskich arystokratów, chociaż wydawało mi się, że jest fantastycznie bogata.

(…) Jednak to nie opowieść Madame de Gaye o jej wybitnych przodkach trzymała nas prawie do północy, ale niezwykła historia Françoise, najstarszej spośród trzech córek Madame de Gaye. Według wszelkich ocen jako dziecko była przyczyną ciągłych kłopotów: psotnica, zawsze wpadająca w jakieś tarapaty, enfant terrible, jak nazwała ją Madame de Gaye. Prawdziwy szok rodzina miała przeżyć, gdy zaczęła studiować medycynę na Uniwersytecie w Paryżu. Wyprowadziła się z domu i związała z jakimś dziwnym artystą bohemy z dzielnicy łacińskiej. Żerował na niej przez kilka lat, chcąc utrzymać siebie, swój dziwaczny i wystawny styl życia, oraz grupę anarchistów, którzy upatrywali w nim swego guru, przynajmniej wtedy, gdy był trzeźwy. Pewnego dnia niespodziewanie przeżyła dramatyczne wydarzenie, które zupełnie zmieniło jej życie. Na dworcu Du Nord zdarzył się straszny wypadek, zginęło kilkoro ludzi, a wielu innych zostało rannych. Do pomocy wezwano Françoise, która asystowała jednemu z chirurgów. Lekarz ten był zmuszony amputować obie nogi osiemdziesięcioletniej kobiecie, uwięzionej pod jednym z wagonów. Françoise zajmowała się nią w drodze do szpitala. I właśnie ta kobieta zupełnie odmieniła jej życie.

W szpitalu Françoise zauważyła, że staruszka ma pod ubraniem miniaturę franciszkańskiego sznura. Okazało się, że należy do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Jednak największe wrażenie na Françoise wywarł niezwykły hart ducha starszej pani, to, w jaki sposób znosiła z odwagą tak straszliwy ból. Było w niej coś, czego nie spotkała wcześniej u nikogo, co ją do niej przyciągało, nie tylko jako lekarza. Pragnęła z nią być po prostu jako zwykły człowiek. Po pewnym czasie biedaczka zaczęła słabnąć i Françoise musiała jej powiedzieć, że nie można nic już więcej zrobić i że umiera. W chwili, gdy kobieta usłyszała te słowa, otworzyła ramiona i powiedziała: „Witaj, Siostro Śmierć” i odtąd nie chciała już przyjmować żadnych środków uśmierzających ani nic jeść, dopóki nie upewniła się, że jedzenie nie zawiera leków.

Ból musiał być straszliwy, a jednak ona nigdy nie poskarżyła się na okropne cierpienie, które musiała znosić. Była medycznym fenomenem. Z całego szpitala przychodzili lekarze i pielęgniarki, aby zobaczyć pacjentkę, która zachowywała całkowity spokój, mimo odczuwanej męki. Przychodzili zobaczyć pacjentkę, a odchodzili przekonani, że widzieli świętą. Nie tylko, że z takim hartem znosiła ból, ale zdawał się on przynosić jej prawdziwą radość. Otaczający ją głęboki pokój udzielał się wszystkim, którzy się przy niej znaleźli. Było jeszcze coś bardziej nieuchwytnego, co mogłoby wydawać się naciągnięte, gdyby nie to, że doświadczała tego taka osoba, jak Françoise, która w tamtym czasie była zagorzałą ateistką. Wokół kobiety unosił się ostry, słodkawy zapach, całkowicie rozpraszający odór gangreny, która zagnieździła się w jej kikutach. Dziwne było to, że niektóre osoby go czuły, inne nie, chociaż wszyscy bez wyjątku doświadczali spokoju i radości, którymi promieniowała do końca.

Françoise była przy niej, kiedy umierała dosłownie w „zapachu świętości”. Zanim wydała ostatnie tchnienie, wyciągnęła rękę i wcisnęła coś w dłoń Françoise, a potem umarła. Był to franciszkański sznur, który starsza kobieta miała przy sobie do końca. Przesłanie było jasne, przynajmniej dla Françoise.

W ciągu tygodnia rozstała się ze swym kochankiem, anarchistami i pogodziła z Kościołem, w którym została wychowana. Potem poszukała ojca Claude’a, który obiecał prowadzić ją duchowo i w końcu przyjąć do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka. Zanim przedstawi ją innym świeckim franciszkanom w Paryżu — powiedział — będzie musiała spędzić rok jako nowicjuszka, a to oznacza, że będzie podlegała mistrzyni nowicjatu. Zgodziła się chętnie, zupełnie nieświadoma faktu, że mistrzynią nowicjatu była jej własna matka, której nie widziała od przeszło trzech lat.

Pojednanie było szczęśliwe. Françoise od razu podporządkowała się matce, nie tylko jako nowicjuszka, ale także jako posłuszna córka; wprowadziła się z powrotem do dawnego domu na Rue de Magdebourge 5.

Zaraz po wstąpieniu do Trzeciego Zakonu wyjechała do Afryki, najpierw do Sudanu, a potem do Ugandy, by tam pracować z innymi franciszkańskimi siostrami i lekarzami w wielkim misyjnym szpitalu na przedmieściach Kampali. Po przeszło trzech latach pracy w Afryce równikowej poczuła tęsknotę za samotnością, którą uniemożliwiała intensywna praca misyjnej lekarki. Przy jakiejś okazji spotkała franciszkankę w szpitalu Shisong w Kamerunie, która opowiedziała jej o pewnej wyjątkowej wspólnocie sióstr. Mieszkały one wysoko na umbryjskich wzgórzach, nad Fonti del Clitunno, źródłem świętej rzeki Clitunnus, gdzie żołnierze rzymscy kąpali się przed wyruszeniem do boju, tysiąc lat przed narodzeniem Franciszka.

Kiedy zapytałem Madame de Gaye o siostry, ze zdziwieniem dowiedziałem się, że nie należą do żadnego zakonu i właściwie nie są zakonnicami, przynajmniej w sensie prawnym. Ich założycielka, którą wolą raczej nazywać Il Madre, była franciszkanką, pracującą w rzymskim szpitalu pod koniec pierwszej wojny światowej. Rozczarowana swoją dolą, gdyż brakowało jej czasu na modlitwę, przedstawiła tę sprawę swoim przełożonym. Jednak nie znalazła u nich zrozumienia. Dzięki sprytnym zabiegom udało się jej uniknąć oficjalnej urzędowej drogi do Ojca Świętego i przedstawić mu swoją sprawę osobiście. Wywarła na nim pozytywne wrażenie, dał więc jej pozwolenie na wystąpienie z zakonu, bez zrywania ślubu czystości, by mogła poszukać odpowiedniego miejsca na modlitwę dla siebie i dla innych, myślących podobnie jak ona.

Kierowana głosem serca przeszła całe Włochy i spotkała we Florencji pewną Angielkę, która dysponowała odpowiednią sumą pieniędzy, by sfinansować przedsięwzięcie w Campello sul Clitunno. Wkrótce przyłączyły się do nich inne siostry i przeniosły się do bardziej odosobnionej i wygodniejszej pustelni, trochę dalej na zboczu wzgórza, zbudowanej wokół starej groty czy jaskini, używanej przez świętego Franciszka i jego braci jako miejsce modlitwy. Nigdy nie odczuwały potrzeby czy konieczności uzyskania zgody Kościoła na zakonną fundację, wybierając wolność i niezależność, które posiadają po dziś dzień. Wiodą przede wszystkim pustelniczy tryb życia, kierując się duchem franciszkańskim. Cała wspólnota należy do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka, chociaż nie narzuca tego nikomu, kto chciał się do niej przyłączyć.

Z Campello sul Clitunno można zobaczyć pustelnię, ale żeby tam dotrzeć, trzeba jechać długą krętą drogą, która nie jest łatwa. Pod koniec wyboistego szlaku w połowie zbocza musieliśmy wysiąść z samochodu, a potem iść przeszło milę szlakiem mułów do pustelni, która sterczała wysoko ponad źródłem świętych wód Clitunnusa.

Madame de Gaye wyjaśniła, że potem jedna z sióstr przywiezie nasze walizki na klasztornym mule, ponieważ zamierzaliśmy zatrzymać się w Ermo przez co najmniej trzy tygodnie. Dziwny jest proces tworzenia sobie obrazu kogoś, o kim dużo się słyszało, który to obraz pryska w tej samej chwili, gdy go poznajesz. Nie wiem dokładnie, jaki obraz Françoise sobie stworzyłem, być może poszczególne kawałki nie złożyły się jeszcze w całość w mojej wyobraźni, w każdym razie natychmiast poszły w niepamięć, gdy tylko weszła do pokoju. Françoise była po prostu piękna, nie miarą piękna według modelu wymagającego doskonałej symetrii kształtu i formy. Co prawda wszystko to także miała, ale posiadała jeszcze coś. Nie była tylko pięknym manekinem, ale kobietą w pełnym rozkwicie, jakby rozświetlało ją jakieś wewnętrzne światło promieniujące ciepłem, mądrością i pełnią dojrzałej i żywotnej osobowości. Przemawiał każdy rys jej twarzy czy to sposób, w jaki pochylała głowę, unosiła brwi czy układała usta, a wszystko to mówiło o jej niezwykłej inteligencji i wyrazistości jej charakteru.

„A więc to tak samotność wyostrza duszę — pomyślałem. — Przyjmuje się to, co się otrzymuje, i staje się nowym i niepowtarzalnym ucieleśnieniem Jedynego, który jest Wszystkim we wszystkich”.

Bez względu na to, jaką osobą Françoise była wcześniej, teraz z pewnością już nią nie była.

Kiedy weszła do pokoju, oblałem się rumieńcem, chociaż nigdy wcześniej takie rzeczy mi się nie zdarzały. Byłem oszołomiony jej widokiem. Natychmiast też podziękowałem Bogu za to, że mała rozmównica była tak ciemna, iż moje zmieszanie nie mogło być dostrzeżone ani przez Françoise, ani przez Madame de Gaye.

Druga reakcja na Françoise była tak samo zaskakująca jak pierwsza, ponieważ wszystko, co o niej usłyszałem, nie zapowiedziało tego, że tak od razu polubię ją jako osobę. Słusznie czy nie, ale zawsze starałem się oceniać ludzi po tym, czy pozwalają mi się czuć swobodnie, czy mogę być przy nich sobą bez konieczności odgrywania kogoś innego lub czynienia wysiłków, by mnie zaakceptowano. Miałem wrażenie, jakbym znał ją od lat. Przy niej zarówno wtedy, jak i później, zawsze mogłem być w pełni sobą.

Cały pierwszy dzień w Ermo spędziliśmy z Françoise. Pokazała nam najbliższe otoczenie i ścieżki, którymi mogliśmy sami przemierzać okolicę przez resztę naszego pobytu. Potem widywaliśmy Françoise godzinę dziennie, po kolacji. Poza tymi rozmowami nadal wiodła surowe życie pustelniczki, któremu poświęciła się z całkowitym oddaniem. My z naszej strony próbowaliśmy żyć podobnie, mieliśmy wiele do przemyślenia, a ja wiele do wymodlenia. Nie mogłem sobie życzyć lepszego otoczenia do odprawienia rekolekcji, z którymi już zbyt długo zwlekałem.

Na początku drugiego tygodnia Madame de Gaye dowiedziała się, że ojciec Guido, jej dawny kierownik duchowy, przeniósł się do Montefalco po drugiej stronie doliny i jest teraz gwardianem w San Fortunatus. Przeprosiła, że zostawia nas na kilka dni samych, ale jak powiedziała, po prostu musi zobaczyć się z człowiekiem, który kiedyś tak bardzo jej pomógł i z którym teraz chciała skonsultować się w wielu sprawach dotyczących jej przyszłości.

Byłem zadowolony, że mam okazję porozmawiać z Françoise sam na sam, ponieważ czułem, że mogę jej powiedzieć o rzeczach, o których trudno mi było mówić nawet z jej matką. Jak wkrótce miałem się przekonać, ona także miała mi wiele do powiedzenia. To, co od niej usłyszałem, utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest poważnie zaawansowana w duchowej wędrówce. Pragnąłem uchwycić jak najwięcej z tego gorącego zaangażowania, które przywiodło ją do Clitunno. Powiedziałem jej o sobie wszystko, co było do powiedzenia — o wiele więcej niż komukolwiek w przeszłości. Po raz pierwszy rozmawiałem o takich sprawach z osobą ze swego pokolenia. Interesowała się szczegółami, które, jak instynktownie czułem, nie zaciekawiłyby księży, tak mi kiedyś pomocnych. Miałem kłopot z określeniem, na czym powinienem się zatrzymać.

Ojciec Le Bec i inni księża z pewnością uważnie mnie słuchali i dobrze rozumieli, jednak Françoise słuchała mnie sercem. Przypuszczam, że przyczyna tego po części leżała w różnicy między tym, jak słucha mężczyzna, a jak kobieta. Jednak chodziło jeszcze o coś więcej, czego żadne z nas wtedy sobie nie uświadamiało! (…)

Wyjazd z Clitunno był wielkim smutkiem. Było mi smutno, ponieważ zakochałem się w tym miejscu, w którym byłem tak szczęśliwy, poznawszy Françoise i pozostałe siostry. Wszystkie były tam dla mnie tak dobre. Ich prosta dobroć sama w sobie stanowiła imprimatur dla trybu życia, który wiodły. Był to jednak smutek słodki, ponieważ znalazłem coś, czy raczej kogoś, kogo jak dotąd mi brakowało. Zostałem pobłogosławiony dwoma wspaniałymi braćmi, ale nie miałem siostry. Teraz Françoise miała stać się moją siostrą, a ja chciałem być dla niej najlepszym bratem.

Byłem tak niewinny, tak szczery, że przez całą drogę do Monte Casale z Madame de Gaye paplałem o jej wspaniałej córce i siostrze, którą w niej znalazłem. Gdybym potrafił dostrzec i zrozumieć spojrzenia, jakie mi posyłała, przynajmniej trzymałbym język za zębami. Ja naprawdę nie byłem świadom tego, że stało się ze mną coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Jednak Madame de Gaye to dostrzegła! (…)

Z Monte Casale do San Giovanni Rotondo

Wyobraźcie sobie, jeśli potraficie, starą archetypiczną franciszkańską pustelnię, narysowaną przez Walta Disneya, pochyloną i spaczoną przez wiek, nasyconą specyficzną atmosferą — a potem umieśćcie ją wysoko na szczycie wzgórza o gęsto zalesionych zboczach ze wspaniałymi widokami w dół, na dolinę, i oto macie — Monte Casale. Miejsce samotności i modlitwy świętego Franciszka, które otrzymał w niecałe sześć lat od momentu, gdy został wezwany do kontemplacji.

Następnego dnia po naszym przybyciu Madame de Gaye wyjechała do Paryża. Ojciec Angelo, gwardian, wezwał mnie do swojej celi, aby osobiście powitać mnie w świętym sanktuarium i zaprosić do pełnego uczestnictwa w życiu, które wiódł wraz z niewielką wspólnotą. Był niskim, tęgim, wesołym mężczyzną, stworzonym do wygody, a nie do pośpiechu — jednak znano go z tego, że był wystarczająco szybki, jeśli ktoś potrzebował opieki czy współczucia. Nietrudno było się domyśleć, dlaczego był najpopularniejszym przełożonym w Prowincji.

— Proszę, niech pozory cię nie zmylą — powiedział. — Klasztor franciszkański jest miejscem, gdzie przychodzą grzesznicy i penitenci po to, by wzajemnie się wspierać w życiu skruchy. Istnieje tylko jedna społeczność świętych i znajduje się ona po tamtej stronie grobu. (…)

Ojciec Angelo zasugerował, aby moim duchowym kierownikiem został ojciec Fabiano, do którego chodziłem co piątek do spowiedzi i po instrukcje. Był dobrym, solidnym zakonnikiem, ale trochę zbyt zajętym, aby móc poświęcić więcej czasu dla takiego początkującego wędrowcy jak ja, szczególnie że zbliżał się termin ukończenia książki, nad którą pracował. Kiedy już wysłuchał mojej spowiedzi, wypowiadał kilka odmierzonych słów, co zajmowało mu nie więcej niż trzy minuty, po czym dawał mi rozgrzeszenie i odwracał się z powrotem do biurka.

Poza tym codziennie rano musiałem się kontaktować z ojcem Bernardino, który organizował pracę fizyczną należącą do moich obowiązkowych zajęć.

Był to człowiek zbliżający się do trzydziestki, wysoki, przystojny brunet, który wyglądał tak, jakby co dopiero wyszedł z kobiecego żurnala. Wygląd południowca szedł w parze z jego śródziemnomorskim temperamentem, który, jak się później dowiedziałem, przysparzał mu sporo kłopotów. Głównym zajęciem, do którego wciąż powracałem, ilekroć nie było niczego pilniejszego, było przycinanie winorośli w małej winnicy przylegającej do pustelni. Ojciec Bernardino wydawał się jedynym członkiem wspólnoty, któremu nie podobała się moja obecność, a raczej tak mi się na początku wydawało. Zwykle był gburowaty, posępny i ogólnie trudny w kontakcie. Miałem wrażenie, że wiedzie życie pustelnika nie z własnego wyboru i że obecność w Monte Casale nie była po jego myśli. Kiedy miał ochotę na rozmowę ze mną, zazwyczaj mówił o „Romie”, która bez wątpienia stanowiła jego przedmiot fascynacji. Całą swoją młodość i wolny czas poświęcał na wspieranie będącej w potrzebie „Romy”, jak gdyby drużyna ta, znajdując się na dole ligowej tabeli, tylko dzięki jego niezmordowanemu wsparciu mogła odzyskać należną jej wysoką pozycję.

Ja także zacząłem kibicować „Romie”, a nawet modlić się co tydzień o jej zwycięstwo, aby przynajmniej początek kolejnego tygodnia był trochę znośniejszy. Dowiedziałem się, że Dino, jak chciał być nazywany, pojawił się w Monte Casale dopiero trzy miesiące przede mną, a jego przybycie otaczała jakaś aura tajemniczości. Plotka niosła, że jego klub stał się nazbyt popularny, gdy brat Dina, agent w świecie show–biznesu, załatwił temu klubowi patronat międzynarodowych artystów, głównie jazzmanów, tak że w końcu stał się on prawdziwą Mekką tradycyjnego jazzu, nie tylko w Rzymie, ale i w całych Włoszech. Ojciec Dino stał się ulubieńcem całego Rzymu, a jego imię zawsze pojawiało się na pierwszych miejscach list zaproszonych gości na wszystkie modne przyjęcia towarzyskie. Czy to była prawda, nikt tego do końca nie wiedział, ale zaczęły krążyć plotki o jego kontaktach z atrakcyjną młodą aktorką i innymi znanymi kobietami ze świata show–biznesu. To nie ojciec Dino, ale jego przełożeni doszli do wniosku, że na jakiś czas przyda mu się odosobnienie w Monte Casale. Być może spróbuje tam przyjrzeć się swemu życiu i zobaczy je w wyraźniejszej perspektywie.

Bez wątpienia jego przełożeni działali według najlepszych intencji, ale Dino tego tak nie odbierał. W ojcu Angelo widział tylko strażnika więzienia, którym dla niego było Monte Casale. Uciekał zresztą z niego, ilekroć tylko strażnik był poza domem. Miał zwyczaj w połowie drogi ze wzgórza przebierać się w groteskowe rzeczy bikiniarza i upychać swój habit w starej walizce, którą zabierał w powrotnej drodze.

Ojciec Dino nie był jednak do mnie wrogo nastawiony, a nawet zaczął mnie lubić. Z biegiem czasu zaczął dawać mi wykłady na temat szkół myśli teologicznej, które według niego były najbliższe stylowi życia, do którego aspirował. Wybrane przez siebie szkoły uważał za bardziej ludzkie i dlatego bliższe Ewangelii niż udawany średniowieczny świat, w którym zdecydowali się żyć jego współbracia.

Prawdziwe problemy pojawiały się, kiedy zaczynałem modlić się na serio, szczególnie wieczorami, po komplecie. Przeznaczałem wtedy trzy pełne godziny na modlitwę kontemplacyjną, która, jak sądziłem, miała mnie wkrótce przywieść na szczyty mistycznego zjednoczenia. Po pół godzinie powracali Grecy, i to nie greccy filozofowie, ale greccy bogowie, a właściwie jeden grecki bóg, o imieniu Kupido.

Na początku nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje. Po prostu zaczynałem rozmyślać o siostrze, którą odnalazłem, i o wzajemnym wspieraniu się, którego będziemy mogli sobie udzielać w nadchodzących latach. Dni mijały, a ja prawdziwą radość znajdowałem w kontemplowaniu nie Boga, ale siostry, która — jak sądziłem — była darem od Niego. Prawdopodobnie sprawy nie wyglądałyby tak źle, gdybym mógł zająć czymś swój umysł. Jednak samotność, tak wcześniej upragniona, zupełnie uniemożliwiała mi uwolnienie się od pragnień i tęsknot, które zaczęły niszczyć każdą chwilę zarezerwowaną dla Boga.

Najpierw zacząłem rozpamiętywać moment, kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się, rozmowę, jaką wtedy odbyliśmy. Potem przypominałem sobie sposób, w jaki chodziła, ruchy jej ciała zaczęły wzbudzać we mnie uczucia, których nigdy wcześniej nie znałem, a potem jej głos. Ten niesamowity francuski akcent, który wtedy tak mi się podobał, teraz zaczął przyprawiać mnie o paroksyzmy pożądania. Słyszałem jej głos w swojej głowie tak wyraźnie, jak wtedy, gdy żegnała się ze mną po wieczornej rozmowie.

Bon soir, Pierre, et dormez bien. Sposób, w jaki wymawiała „r”, z tym ujmującym paryskim akcentem, przekraczał moją wytrzymałość i kilka razy spostrzegłem, że zalewam się łzami, kontemplując coś, nie — kogoś, kto był mi tak drogi, a jednocześnie tak dla mnie nieosiągalny. Wiedziałem, że ona będzie dla mnie zawsze tylko siostrą, a ja dla niej bratem, ale pragnąłem o wiele więcej, i wiedziałem, że ona odtrąciłaby mnie, gdyby znała choć połowę z tego, co czułem. Była tak niewinna, tak czysta, tak całkiem poza moim zasięgiem, że zacząłem się zastanawiać, czy kiedykolwiek w ogóle by na mnie spojrzała, gdyby nie to, że przyjechałem z jej matką.

Jednak, gdy przypomniałem sobie o jej przeszłości, coś mną szarpnęło, przywracając do rzeczywistości. Nie, na pewno nie była dziewicą bez skazy, jaką chciałem z niej zrobić, ale to przecież nie była jej wina. To ten ohydny próżniak nakłonił ją do grzechu. W jednej chwili dawałem upust swej złości, całą winę zrzucając na niego, w drugiej zaś pożerała mnie zazdrość, ponieważ on przez jakiś czas posiadał kobietę, którą ja chciałem mieć na całe życie.

Moje namiętności szydziły sobie z mojej modlitwy. Gdy tylko przestawałem roztkliwiać się nad przeszłością, zaczynałem planować przyszłość, układając w głowie wciąż nowe listy, które posyłałem jej następnego dnia. Planowałem, jak mógłbym się z nią zobaczyć przed swoim powrotem do Paryża, i obmyślałem, co jej powiem, kiedy w końcu się spotkamy. Poranna msza i medytacje, które poprzedzały śniadanie, zdawały się trwać wiecznie. Liczyłem prawie minuty do chwili roznoszenia poczty, nie mogąc doczekać się jej listu. Zastanawiałem się, jak zareagowała na moje podteksty, które zamierzałem w pełni ujawnić, o ile pojawiłby się choć przebłysk nadziei, że może odpowiedzieć tym samym ogniem co ja.

Jeśli nie dostawałem listu albo jego treści, nie udawało mi się zinterpretować na swoją korzyść, odczuwałem straszliwy zawód. Depresja Dino, nie wiadomo jak czarna, nie mogła dorównać przygnębieniu, które mnie opanowywało, gdy brat odpowiedzialny za pocztę mijał mnie i przechodził dalej. Życie wówczas stawało się dla mnie nie do zniesienia, jak i dla wszystkich, którzy musieli się ze mną kontaktować. W takie poranki, które zdarzały się wcale nierzadko, zostawiałem winorośle, aby same się przycinały, i wyładowywałem swój gniew, waląc potężną siekierą w drewnianą szopę.

Modlitwa, która miała być dla mnie codziennym niebem, stała się codziennym piekłem. (…)

Wszystkie uczucia do Boga nagle wyparowały. Zacząłem więc pytać sam siebie: „Dokąd On odszedł?” Zdawał się zniknąć z mojego życia i z modlitwy, która kiedyś dla mnie tyle znaczyła. Potem zacząłem mówić sobie: „Czy Bóg istnieje, a może tylko ja Go stworzyłem w swoim umyśle, aby zaspokoić najgłębsze pragnienia i potrzeby mojej słabej osobowości?” Wszystkie te pokusy zaczęły mieć wpływ na modlitwę, jak i na całe moje życie. Stałem się zatem ciężarem, nie tylko dla siebie, ale także dla tej wspólnoty, która tak wspaniałomyślnie mnie przyjęła. (…)

Prawdziwe kłopoty pojawiły się, gdy pewnego razu ojciec Dino zaczął kreślić swoją ostatnią teorię o animus i anima — terminach zaczerpniętych z psychologii Junga, o której zawsze rozprawiał. Dowodził, że to nie człowiek, ale rodzaj ludzki został stworzony na obraz i podobieństwo Boga — a to oznacza, że mężczyzna i kobieta razem są odzwierciedleniem tu, na ziemi, wewnętrznej natury Boga. W Bogu, który sam w sobie jest doskonałością, pierwiastek męski i żeński, animus i anima, są w doskonałej równowadze. Żaden mężczyzna zatem, argumentował, nie może poznać empirycznie Boga, jak tylko poprzez głęboki, osobisty kontakt z kobietą, i vice versa. Tylko razem mogą w pewnym stopniu stanowić odbicie doskonałego obrazu Boga tu na ziemi.

Była to interesująca teoria, a Dino twierdził, że oparł ją nie tylko na Jungu, ale i na wielu największych Ojcach Kościoła.

— Co jednak powiesz o samym Jezusie? — spytałem. — I o jasnym wezwaniu do celibatu, które znajduje się w Ewangelii?
— To nie burzy mojej teorii — odrzekł. — Tylko ją umacnia. Postawa Jezusa wobec kobiet była rewolucyjna, muszą to przyznać nawet najbardziej konserwatywni uczeni, a Jego kontakt z kobietami był głęboki i osobisty, i przyczynił się do Jego własnego wzrostu i ludzkiej dojrzałości. Przyjrzyj się miłości, jaką miał dla Marty i Marii, czy dla Marii Magdaleny i Samarytanki, a także dla innych kobiet, które szły za Nim do końca. Była to miłość platoniczna, ale mimo to miłość, miłość do płci przeciwnej, która dopełniała Jego męskość.

Poczytaj żywoty świętych — na przykład niektórych franciszkanów, a zobaczysz, że wielu z nich było związanych z kobietą, którą kochali, której pomagali i która dopełniała ich powołanie. Oczywistym tego przykładem jest Franciszek i Klara. Wielu franciszkańskich tercjarzy żyło razem jak brat i siostra, żywiąc do siebie platoniczną miłość, która przekraczała płciowość i umożliwiała im odzwierciedlanie życia Boga na ziemi w o wiele doskonalszej formie, niż robi to jakikolwiek męski czy żeński klasztor.

Jeśli Dino miał rację, a ja nie widziałem powodu, dlaczego by jej nie miał, mógłbym kontynuować swoje powołanie w nie mniejszym, ale nawet większym stopniu, i zaświadczać pełni Boga, prowadząc dalej swoją wędrówkę teraz z inną osobą, której kobiecość dopełniałaby moją męskość i vice versa. Niekoniecznie musiałoby to oznaczać płciowość, ale platoniczną miłość, która jest nawet doskonalszym znakiem pełni miłości w niebie, gdzie nie będzie już małżeństw.

Pod koniec lutego nie mogłem już dłużej wytrzymać. Po prostu musiałem zobaczyć się z Françoise i porozmawiać o przyszłości. Powiedziałem ojcu Angelo, że mam zamiar na kilka dni pojechać do Montefalco, aby porozmawiać z ojcem gwardianem w San Fortunatus na temat moich przyszłych planów. Wyjaśniłem, że był on kierownikiem duchowym Madame de Gaye i obiecałem go odwiedzić przed swym wyjazdem z Włoch.

Nie chcę was zamęczać detalami przygotowań do podróży, które musiałem wykonać, aby dostać się z Montefalco do Clitunno, ponieważ samo w sobie stworzyłoby to osobną epopeję. Odległość na mapie nie była duża, ale droga autobusem, taksówką, a wreszcie na kucyku ciągnęła się w nieskończoność. Wszystko jednak było warte tego, żeby zobaczyć się z moją drogą Françoise, choćby na krótką chwilę.

Podczas pierwszych wizyt byłem pod takim jej wpływem, jak i miłości, którą do niej czułem, że nie rozmawiałem o niczym, co miałoby poważniejsze konsekwencje. Jednak podczas trzeciej i ostatniej wizyty, kiedy to zacząłem otwierać przed nią swe serce, sprawy przybrały ostateczny obrót. Powiedziałem jej, że chociaż wspólnota w Monte Casale była samą życzliwością, przechodziłem codziennie istne piekło w miejscu, o którym sądziłem, że stanie się moim niebem. Powiedziałem jej, że moja modlitwa nie tylko całkowicie zanikła, ale że na dodatek dręczyły mnie straszne pokusy, prześladujące mnie całymi tygodniami.

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że im osobiściej zaczynałem wyrażać swoje najgłębsze uczucia, Françoise stawała się coraz bardziej zdystansowana, jak gdyby odgadła, dokąd to wszystko prowadzi. Zatem, dzięki jakiemuś szóstemu zmysłowi, nie wyjawiłem jej w końcu swojej prawdziwej pokusy. Zacząłem natomiast podkreślać, że przeżywane przeze mnie wewnętrzne napięcie odbiło się na moim śnie. W niektóre noce w ogóle nie spałem. Czasami zaś udawało mi się zasnąć na jakieś dwie godziny.

— Peter — powiedziała, patrząc teraz na mnie z troską, ale była to bezosobowa troska lekarza — powinieneś zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, musisz więcej ćwiczyć na świeżym powietrzu, po drugie, omówić swoje wewnętrzne napięcia i pokusy z ojcem Angelo czy z innym kapłanem, i po trzecie, to, co mogę ci zalecić, to abyś co wieczór zmieszał banan z litrem mleka i wypił tuż przed spaniem. To powinno ci pomóc lepiej spać.

Tego było już nadto. Skoczyłem wściekły na równe nogi.

— Dziękuję ci. Bardzo dziękuję pani doktor za poradę. Przykro mi, że zabrałem tyle czasu — i po tych słowach wyszedłem z rozmównicy, trzaskając drzwiami najgłośniej, jak się dało. Jednak po kilku krokach zatrzymałem się i wróciłem do pokoju.
— Françoise, tak mi przykro, tak mi przykro — rzekłem. — Ale czy nie widzisz, że cię kocham? To miłość do ciebie zawładnęła moją modlitwą i czasem poza nią, po prostu każdą chwilą dnia. Nie mogę nic na to poradzić. Czy robię coś złego? Czyż miłość nie jest największym darem od Boga? Czy to nie On dał mi ten dar i dał mi go dla ciebie? Jestem teraz tego pewien. Rozmawiałem o tych sprawach z jednym z księży w Monte Casale. On uważa, że miłość mężczyzny i kobiety może być tu na ziemi najpotężniejszym i najsilniejszym świadectwem obcowania świętych z Bogiem w niebie.

Zacząłem szybko wyjaśniać teorię Dina, wzbogacając ją tym, co sam przeczytałem i podając przykład franciszkańskich tercjarzy, którzy mieszkają razem jak brat i siostra i wzajemnie sobie pomagają dostać się na szczyty świętości.

Kiedy wpadłem z powrotem do pokoju i ze łzami wyznałem miłość, Françoise jakby zmiękła. Jednak w miarę, jak wyłuszczałem jej swoją teorię, zaczęła znowu się coraz bardziej oddalać.

W końcu odezwała się:

— Peter, czy kapłan, z którym rozmawiałeś, to był ojciec Bernardino?
— Tak — odrzekłem. — Skąd go znasz?
— Skąd go znam? — wykrzyknęła. — Chyba całe Włochy go znają, jak i skandale, które go otaczają. W swoim czasie pisały o nim wszystkie gazety. Dostał już dwa ostrzeżenia kanoniczne, jeszcze jedno i zostanie wydalony, lecz gdybym to ja miała decydować, to zostałby wydalony natychmiast.
— O czym ty mówisz?
— Kiedy we wrześniu zachorował ojciec Angelo, przyjechał tu za niego wygłosić kazanie w zeszłym roku. Wtedy nic o nim nie wiedziałam, zatem ja także znalazłam się pod jego urokiem. Kazanie było naszpikowane podobnymi rzeczami, o których ty teraz mówiłeś. Zrobiło to na mnie wrażenie, ponieważ teoretycznie jego idee posiadają pewną wartość. Później udało mu się zwabić mnie samą do rozmównicy. Zaczął mi mówić o platonicznej miłości i jak mężczyzna może dotknąć kobiecości w Bogu, przez Jego obraz stać się ciałem w kobiecie. Potem próbował dotknąć kobiecości we mnie, w sposób, który sprawił, że ujrzałam jego prawdziwe oblicze. Gdyby przez czysty przypadek nie weszła wtedy matka przełożona, nie wiem, jakby się to skończyło. To ona później opowiedziała mi o nim wszystko, jak ja teraz mówię tobie, abyś nie pozwolił mu się zwodzić, bo inaczej sprowadzi cię na manowce. On jest sprytny i dobrze wie, jak połączyć dobrą teologię ze śmieciami. W ten sposób usprawiedliwia swój niegodziwy tryb życia i niecne żądze, które kiedyś doprowadzą go do ruiny. Tylko wspaniałomyślność jego przełożonych sprawiła, że otrzymał jeszcze ostatnią szansę.

To, co usłyszałem, tak mnie przytłoczyło i osłabiło, że nie byłem już w stanie przedstawić Françoise swych planów na przyszłość, którą — jak miałem nadzieję — moglibyśmy wspólnie dzielić jako tercjarze.

Rozstaliśmy się w zgodzie, chociaż nie tak wyobrażałem sobie nasze spotkanie, wspinając się oślą ścieżką, aby ostatecznie rozmówić się z kobietą, którą kochałem.

Cztery dni po moim powrocie do Monte Casale dostałem od Françoise list, który całkowicie mnie zdruzgotał. Był bardzo uprzejmy, bez wątpienia. Utrzymany w tonie siostrzanej przyjaźni, to także nie ulegało wątpliwości, ale jego wymowa była nieodwołalna. Otwarcie wyjawiała w nim, że uczyniła prywatny ślub czystości na całe życie. Tylko Rzym mógłby udzielić jej od niego dyspensy, a ona nie miała zamiaru się o taką dyspensę starać. Pisała, że kocha mnie jak siostra i zawsze będzie mnie tak kochała, ale moje do niej uczucia uświadomiły jej, że nie możemy już się spotykać tak jak dawniej.

Pisała, że ten list jest jej ostatnim do mnie i że moje listy będzie odsyłała bez ich otwierania. Przepraszała za ton swoich słów, ponieważ ona nadal ma i będzie miała wobec mnie siostrzane uczucia, dzięki którym zawsze będę obecny w jej modlitwach. Życzyła mi wszystkiego najlepszego w związku z moją profesją i zapewniała, że będzie się dowiadywała o mnie od swojej matki. Jeśli osądzi, że jej list nie przyniesie mi szkody, napisze do mnie w dziesiątą rocznicę moich ślubów. Być może wtedy czas już ostudzi wzajemne uczucia, które obecnie powodują, że musimy podążać za swoimi różnymi powołaniami, nie kontaktując się ze sobą.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Fragmenty z książki Dawida Torkingtona, Prorok, która ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa „W drodze”. Dokończenie w następnym numerze.

„Jak połączyć teologię ze śmieciami?”
David Torkington

urodzony 27 stycznia 1938 r. w Manchesterze – pisarz, wykładowca, rekolekcjonista dla świeckich i duchownych, były franciszkanin, publikuje felietony w „Catholic Herald”, najważniejszej gazecie katolickiej w Anglii. Kształ...