Jan Grzegorczyk jest jak klarnet

Jan Grzegorczyk jest jak klarnet

Toast jubileuszowy

Historia mojej przyjaźni z Janem Grzegorczykiem jest jak historia mojej gry na klarnecie. Na początku pasja i brak umiaru, następnie bez większego entuzjazmu, potem lata, kiedy klarnet leżał odłogiem, oraz ostatnie miesiące, kiedy odnajduję swój klarnet ze wzruszeniem i pragnieniem, aby go wziąć do ręki i zagrać na nim choćby jakąś prostą melodię.

O Janie Grzegorczyku, pisarzu, scenarzyście, dziennikarzu, apostole Bożego Miłosierdzia napiszą kompetentne osoby. Jego imponujący dorobek literacki, udekorowany nagrodami i laudacjami jest bezdyskusyjny. Jest dzisiaj już niemalże dziedzictwem, jeżeli nie narodowym, to miejscowym, poznańskim.

Ja pragnę napisać o nim jako o Przyjacielu, Człowieku, Artyście, Apostole. A to wszystko z okazji 25–lecia pracy w naszym miesięczniku „W drodze”. Tak to od dwudziestu pięciu lat Jan Grzegorczyk przebywa na terenie klasztoru dominikanów w Poznaniu. Związał swoje życie z nami, z naszym duszpasterstwem akademickim jeszcze jako student. Nie powiem, że ja go zrodziłem, ale na rękach wykołysałem, a może i to za dużo, bo najpierw kołysał go Marcin Babraj OP, założyciel i twórca miesięcznika i wydawnictwa, czego nigdy dosyć przypominać, bo dzisiaj wydaje się, że to wszystko istnieje od początku świata. No więc, może nie kołysałem, bo szybko osiągnął dojrzałość, ale patrzyłem na wzrost, patrzyłem jak ssał i rósł.

Jana Grzegorczyka kocham za to, że dzielił się ze mną substancją życiową, samym sobą, materią i duchem życia. Zapraszał mnie do swego domu, który z radością tworzy razem z Justyną, cudowną i wyrozumiałą małżonką. Kolejne potrawy pobudzały nas do wkraczania w coraz to nowe przestrzenie ducha. Euforię wzbudzały: jego małżeństwo, budowa domu, narodziny córek, każde tłumaczenie czy wywiad, a przede wszystkim napisanie i wydanie książki.   Nieszczęściem Jana Grzegorczyka było to, że pewnego dnia uwierzył, że jest pisarzem i że to pisarstwo zbawi świat. Tę wiarę odziedziczył po Romanie Brandstaetterze, z którym się przyjaźnił. To trudna i niebezpieczna wiara, wyrywająca ludzi ze świata i wlokąca ich po przestworzach, które muszą zaludniać i zasiedlać płodami swojej wyobraźni. Ta wiara zabrała mi Przyjaciela, który powodowany wyższym wezwaniem zaniedbywał nas wokoło, poświęcając się katordze pisania i tłumaczenia. Odebrał nam siebie, a częstował nas zadrukowanym papierem. Chwała Bogu, że nie dajemy się oszukać ani nabrać.

Kiedy startował i szukał dla siebie przestrzeni, jego umysł i serce, jego dom były dla nas otwarte. Spotkania u niego to była biesiada umysłów i serc. Pałaliśmy pragnieniem sięgania szczytów, oddychania samym tylko tlenem, a wiara dodawała nam ognia i była stałą inspiracją.

Bywały chwile, że ja też zaniedbywałem Jana Grzegorczyka, ponieważ sam pogrążony w pracy nad zbawieniem dusz nieśmiertelnych, daję priorytet temu zajęciu, a nie pielęgnacji związków towarzyskich. To zaniedbanie przyrównałbym do podejścia do klarnetu, na którym grywałem w młodości. Ostatnimi czasy odkryłem klarnet na nowo, zupełnie jak Jana Grzegorczyka. Nowy impet, nowa radość, nowe wyzwania.

Człowiek jest jak instrument muzyczny, a Jan Grzegorczyk jest na pewno jak klarnet. To nic, że jest blondynem, a klarnet jest czarny. Klarnet jest instrumentem delikatnym i precyzyjnym, trzeba więc obchodzić się z nim ostrożnie, aby nie uszkodzić ani nie zanieczyścić mechanizmu klap. To zupełnie jak z Grzegorczykiem, który jako osobnik wrażliwy zamykał się lub otwierał na różne wiatry i podmuchy. Po każdej grze instrument powinien być położony otworami głównymi do góry, aby nie gromadził wilgoci. Grzegorczyk również miał w sobie raz więcej, a raz mniej wilgoci. Można to rozumieć dosłownie i metaforycznie. Po każdym większym wysiłku poszczególne części instrumentu powinny być oczyszczone i złożone w futerale. Tak jest z Grzegorczykiem, który słania się po każdym większym wysiłku i umiera na różne choroby, bierze wolne, aby się leczyć, a ukradkiem pracuje nad nową książką w zaciszu swojej pracowni, jak w wyłożonym aksamitem futerale. Należy także pamiętać o przechowywaniu klarnetu w temperaturze umiarkowanej. O to też zabiega Grzegorczyk, aby go nie zawiało.

Te kilka uwag technicznych, jakie zostały mi w pamięci po latach nauki gry na klarnecie, niech posłużą ekspozycji osoby mojego Przyjaciela Jana Grzegorczyka. Kocham cudowny dźwięk klarnetu, jak kocham Jana Grzegorczyka. Ten dźwięk, tak różny w różnych rejestrach, jest bogactwem osobowości naszego Dostojnego Jubilata. Dyskretne i intymne barwy niskie to skarbona i głębia jego osobowości. Rejestr średni, charakterystyczny dla mężczyzny po czterdziestce, jest wyrazem jego umiłowania życia i siły witalnej, rozsadzającej jego samego i wszystko wokoło, a wysokie mocne dźwięki, które wydaje przy różnych okazjach, są jak wiara, nadzieja i miłość mojego Przyjaciela. Wysokość dźwięku klarnetu jest uzależniona od długości drgającego słupa powietrza wewnątrz instrumentu, co można przyrównać do głębokiego życia wewnętrznego Dostojnego Jubilata.

Kiedy przygotowywał sobie pracownię, to jakbym widział samego siebie, z nabożeństwem i precyzją przygotowującego stroik przed grą. Tę drewnianą płytkę, która, drgając, wydaje dźwięk z klarnetu. Ustnik i stroik wpływają na jakość wydobywanych dźwięków. Jeżeli ja jestem ustnikiem, to Jan Grzegorczyk jest stroikiem. Podczas grania istotne znaczenie ma kąt odchylenia przedniej krawędzi ustnika od stroika. Wskutek tego odchylenia tworzy się między nimi szczelina, której wielkość ma zasadniczy wpływ na łatwość wydobywania dźwięku i jego charakter. Dokładnie tak jest między nami. Na przykład stroik twardy i duża szczelina powodują, że dźwięk jest mocny i jasny, lecz trudny do wydobycia. Tak bywało z naszą przyjaźnią. Natomiast stroik miękki i tzw. rzadki oraz mała szczelina nie stwarzają trudności w wydobywaniu dźwięku, ale jest on wtedy syczący i nieładny, a poza tym intonacyjnie niepewny. Konieczny jest zatem złoty środek. Zdarzało nam się go osiągać. Wtedy szybowaliśmy jak orły nad granią przeciętności i szarzyzną dnia. Było święto.

Innym problemem jest oddech. To jeden z najważniejszych elementów sztuki gry na klarnecie. Umiejętne regulowanie oddechu to podstawa dobrych osiągnięć, a nawet wirtuozerii w grze. Naszym oddechem jest wiara. Wiara wyniesiona z domu, wiara później umacniana i pogłębiana. Jej przestworza nas fascynują, pociągają, karmią. Obaj mamy szczęście oddychać tym samym powietrzem, przebywać w tej samej przestrzeni, żyć według tego samego rytmu. Klasztor dominikanów w Poznaniu jest naszym błogosławieństwem. On nas karmi i chroni, odziewa i prowadzi, modli się za nas, kiedy my reformujemy świat i wymyślamy nową rzeczywistość. To nic, że przebywamy w równoległych zakonach. Ja w dominikańskim z obowiązkiem celibatu, a on małżeńskim z całym bagażem rodzinnych doświadczeń.

Z tą naszą przyjaźnią jest trochę tak, jak z moją grą na klarnecie. Zdarzało mi się, że wstawałem w nocy i sprawdzałem, czy ostatecznie zagrałem ten koncert dyplomowy, czy nie. A spojrzawszy na świadectwo, uspokajałem się i szedłem spać dalej. Tak samo raz po raz pytam Jana Grzegorczyka, czy jeszcze mnie kocha. On różne daje odpowiedzi, a mnie pozostaje się domyślić, czy jest to odpowiedź pozytywna czy negatywna. Bo to inteligentny człowiek i kocha świeżość tak samo jak ja.

Jestem pewien Twojej przyjaźni, Janie Grzegorczyku, wierzę, że jeszcze niejeden raz zagramy wspólny koncert, tak jak się nam to zdarzało w Watykanie lub nad Lednicą. Da Pan, abyśmy zagrali razem w niebie, do którego – po jak najdłuższym życiu – mamy nadzieję się dostać. Ad multos annos! Dostojny Jubilacie.

Jan Grzegorczyk jest jak klarnet
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...