Janku, poznajesz mnie?

Janku, poznajesz mnie?

Do Prudnika zawsze jadę z duszą na ramieniu. Boję się spotkania z miastem mojego urodzenia i młodości. Lękam się niektórych pytań i wysiłku dawania odpowiedzi. Zawczasu przygotowuję scenariusz spotkania. Rozmyślam, jak Roman Brandstaetter, kiedy po trzydziestu latach wybierał się na spotkanie rodzinnego Tarnowa. „To jest smutna podróż. Miasto jest inne i ja jestem inny. Będziemy na siebie nawzajem patrzeć i kiwać z politowaniem głowami. Miasto spyta: «To ty?». Ja spytam: «To ty?». Nie dogadamy się. Takie spotkania z przeszłością poza goryczą i jeszcze jednym szablonowym stwierdzeniem, że przedtem było inaczej, a dzisiaj jest inaczej, do niczego nie prowadzą”.

Wiadomość o zjeździe absolwentów naszego liceum przyszła do mnie już w maju. Natychmiast opłaciłem należne 150 zł i modliłem się, ażeby nic nie wypadło mi we wrześniu.

Wyruszałem z Jamnej, gdzie byłem z młodzieżą. Zabrałem ze sobą do towarzystwa Joannę i Ewę. W drodze zmawialiśmy różaniec i czytaliśmy Zapiski więzienne kardynała Wyszyńskiego. Jechaliśmy przecież do Prudnika, jednego z miejsc, gdzie więziony był Prymas Tysiąclecia.

Po drodze wstąpiliśmy do Białej Prudnickiej, gdzie mieszka mój kochany nauczyciel i wychowawca, któremu odebrano wychowawstwo, kiedy wstąpiłem do zakonu. Żona profesora czekała na nas z obiadem. Bez większych wstępów rozpoczęliśmy rozmowę. Kto kim był, kto kim jest, kto żyje, kto umarł. Ogarnialiśmy te same wydarzenia widziane przez profesora, wtedy dorosłego i mającego dystans, i przez nas, uczniów liceum. Profesor czynił dopowiedzenia do postaci, które znałem, ale nie mogłem rozumieć do końca pobudek, jakimi się kierowały, i mechanizmów ich działania. Kto nie chodził wtedy do kościoła, a nawet z nim walczył, a teraz chodzi i siada w pierwszych ławkach? Profesor okazywał dużą wyrozumiałość i miłosierdzie — żadnych ostrych sądów czy słów potępienia. „Widzisz, on z wielkiej biedy pochodził. Trochę wierzył, że przyszły lepsze czasy, trochę był przestraszony. Chciał utrzymać siebie i rodzinę, więc tańczył, jak mu zagrali”.

Krótka wizyta w domu rodzinnym, w którym nikt nie mieszka, ale bracia go wykupili z sentymentu i chęci ulokowania kapitału. Potem jedziemy do klasztorku franciszkanów za miastem, tam, gdzie był więziony Prymas. To dla mnie radosna wizyta, bo czasowo przebywa tam mój serdeczny przyjaciel, ojciec Antoni Dudek, kiedyś proboszcz z wrocławskich Karłowic. Oprowadza nas po klasztorze, zwiedzamy celę sługi Bożego Stefana.

Kiedyś w tej celi odprawiałem swoiste misterium. Sprowadziłem dwa tomy francuskiej encyklopedii pt. Maria, którą miał w rękach i studiował właśnie tutaj, w Prudniku, Stefan Wyszyński, zapisując na marginesach myśli, uwagi oraz daty. Pamiętam moje wzruszenie, kiedy usiadłszy przy stoliku, być może tym samym, otwarłem księgę, która tylko przez moją niezrozumiałą zachciankę przybyła w te strony raz jeszcze. Pamiętam, jak wczytywałem się w te stronice i jak przesiedziałem w tej celi cały dzień, próbując zgłębić tajemnicę Więźnia. Totalne zawierzenie Maryi, totalne oddanie się Jej. Oddaje Jej siebie po kawałku, zyskując godność. Pośród komunistycznego potopu pokazuje na nowo „fundament, na którym cała reszta odbudowana być może”. Dostrzegł dojrzałość narodu do złożenia ślubów maryjnych. Nie marnował czasu na rozpamiętywanie swojej sytuacji czy na litowanie się nad sobą i swoim losem. Myślał stale o przyszłości. Przygotowywał millennium chrztu Polski. Szedł szlakiem tysiąclecia. Odprawiał tutaj swoje przedmilenijne rekolekcje. Będąc więźniem, ani na chwilę nie został zniewolony. Będąc zamknięty i unieruchomiony, nie tylko szedł i pielgrzymował, ale wytyczał nowe drogi.

Idąc szlakiem prywatnym, osobistym, idąc szlakiem milenijnym — idzie szlakiem królewskim, na ratunek Ojczyźnie. W kazaniu do górali tatrzańskich dokładnie objaśnił tę drogę:

Siedziałem drugi rok w więzieniu w Prudniku Śląskim, niedaleko Głogówka. Cała Polska święciła wtedy pamięć obrony Jasnej Góry przed Szwedami i Ślubów Jana Kazimierza sprzed trzystu lat.

Narodu niekiedy się powtarzają… Czytając Potop Sienkiewicza, uświadomiłem sobie właśnie w Prudniku, że trzeba pomyśleć o tej wielkiej dacie. Byłem przecież więziony tak blisko miejsca, gdzie król Jan Kazimierz i prymas Leszczyński radzili, jak ratować Polskę z odmętów. Pojechali obydwaj na południowy wschód, do Lwowa, drogę torowali im górale, jak to pięknie opisuje Henryk Sienkiewicz.

Myśli o odnowieniu Kazimierzowskich Ślubów w ich trzechsetlecie zrodziły się w mej duszy w Prudniku, w pobliżu Głogówka, gdzie król i prymas przed trzystu laty myśleli nad tym, jak uwolnić Naród z podwójnej niewoli: najazdu obcych sił i niedoli społecznej.

Gdy z kolei i mnie powieziono tym samym niemal szlakiem, z Prudnika na południowy wschód, do czwartego miejsca odosobnienia, w góry, jechałem z myślą: musi powstać nowy akt Ślubowań Odnowionych! I powstał właśnie tam, na południowym wschodzie, wśród gór. Tam został napisany i stamtąd przekazany na Jasną Górę. Zapewne okoliczności nieco odmienne, ale myśli te same. Jest to dalszy ciąg dziejów Narodu, który wspina się nieustannie wzwyż i nie da się pogrążyć w odmętach. Naród ten wie, co znaczy: „W górę serca” — sursum corda!

Nie mogę zasnąć. Znowu w Prudniku. Rodzice już nie żyją. Bracia się rozpierzchli. Co ja tu robię? Czy rzeczywiście przyjechałem tu tylko na zjazd koleżeński? Nagła potrzeba spotkania z ludźmi ze szkoły? Przecież z nikim nie utrzymuję kontaktu. Rano Msza święta zamówiona przez uczestników zjazdu w naszym farnym kościele. Tam zostałem ochrzczony. Tutaj były moje prymicje. Stąd poszedłem do dominikanów. Poproszono mnie o kazanie. Co z nas zostało po latach? Co z Bożą pomocą ocaliliśmy? Cytuję po latach z pamięci fragmenty Norwidowego Tyrteja:

Coraz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
wokoło lecą szmaty zapalone,
gorejąc nie wiesz, czy stawasz się wolny,
czy to, co twoje, ma być zatracone?
Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
co idzie w przepaść z burzą, czy na dnie
popiołu zostanie gwiaździsty dyjament,
wiekuistego zwycięstwa zaranie?

Na ołtarzu składamy nasze młode lata, nasze życie i to, co jeszcze nam do zrobienia zostało.

Spotkanie szkolne nie wiedzieć dlaczego nie w pięknej, starej auli, ale w sali gimnastycznej, która nam, starszym, niewiele już mówi, bo jej wtedy jeszcze nie było. W tym miejscu stał opuszczony kościół ewangelicki, który później zburzono. Powitania, przemówienia. Przemawiającym trudno się przebić, ponieważ wszyscy szepczą. Jak przed laty na lekcjach, trudno usiedzieć w spokoju. Wszelkie próby uciszania na nic. Koleżanki w uniesieniu krzyczą: „Janku, poznajesz mnie? No zgadnij, kto ja jestem?”. Rozkładam bezradnie ręce, coś bąkam, że jakoś… „Janku, nie rób mi tego, nie, tego mi nie zrobisz. Wysil się, no kto ja jestem?” „Boże, nie pamiętam”. „Bo się obrażę… No co, nie pamiętasz?”

Pamiętam doskonale, tylko prowokuję i bawię się. Jak śmiesznie przemija postać tego świata, choć wszyscy próbują to ukryć. Koleżanki… Widzę je, jak w granatowych mundurkach, z alabastrowymi twarzami suną po korytarzu pół metra nad ziemią… Co z tego, że teraz różne pudry, tusze, henny, farby na włosach? Kilogramowe kolczyki w uszach mają nadać im blasku. Ja też co prawda wyglądam po latach jak rozdeptana żaba, ale chroni mnie przed całkowitą kompromitacją habit. Tak, je ratuje puder, a mnie habit.

W klasie z naszego rocznika trzy osoby. Reszta to młodsi. Zaczyna profesor. „Jestem już na emeryturze, zdrowie jako tako. Moja rodzina… Mam bibliotekę i ogródek, zajmuję się pszczołami, wnukami, sadzę i przesadzam drzewka, krzewy, kwiaty, warzywa… To dobrze robi człowiekowi w pewnym wieku”. Kochany nasz profesor. To on powiedział nam na odchodnym, że nie wolno nam nigdy zbabrać sumienia. Różnie może być, ale sumienie to święta rzecz. Wbrew sumieniu nie wolno działać.

Sensacją jest wiadomość, że żyje nasza profesorka od francuskiego. Parę lat temu poszła w świat informacja, że zmarła, i tak na parę lat wykreśliliśmy ją z księgi żywych.

Zaczynają się wyznania: „Jestem biznesmenem, jestem przedsiębiorcą, mam prywatną firmę, rozwiodłam się, wyszłam po raz drugi za mąż, znowu się rozwiodłam i wreszcie jestem wolna”. Boże, co ja tu robię? Jestem co prawda w habicie, ale nic z tego nie wynika. Dano mi szansę, przez pięć minut mogłem opowiadać o Lednicy i Jamnej, ale potem akcja rozwijała się dalej. „Jestem śpiewakiem, traktuję życie jak zabawę…”. Każdy chwali się, jak może, i wyliczaniem osiągnięć próbuje oszukać upływający czas. Nieprzywykli do dłuższego siedzenia w ławkach denerwujemy się, gdy ktoś chwali się za długo. Każdy do czegoś doszedł i coś osiągnął. Ci, którzy w oczach tego świata niewiele osiągnęli, po prostu nie przyjechali na zjazd.

Potem idziemy na obiad do dawnych koszar. Kiedyś przebywało tu dużo wojska — Prudnik był przy granicy z Czechosłowacją. Teraz okna zieją pustką. Zjawiamy się wcześniej w jednym z elegancko odremontowanych budynków, aby pogadać. Tadek, Heniek, Rysiu i ja. Stare dziady, usiłujące mówić językiem, którego nie używamy na co dzień.

W drodze powrotnej nadal czytamy Zapiski więzienne kardynała Wyszyńskiego, a nazajutrz po powrocie do Poznania młodzież zabiera mnie na film pt. Prymas. Uważam, że dobry, zagrany bez fałszu. Prymas wypada godnie. A to przecież był człowiek pełen godności. Rzeczywistość historyczną okrojono do potrzeb filmu, to zrozumiałe. Nie ma w nim na przykład przedstawionego pobytu w Prudniku, gdzie pisał Odnowienie Ślubów Jasnogórskich. Po głowie chodzą mi rozmaite myśli. Jak uczcić Prymasa w stulecie jego urodzin? Jak włączyć w to nasz Prudnik? Zadzwoniłem do Paryża do Andrzeja Seweryna, odtwórcy roli Prymasa. Pogratulowałem roli i nieśmiało zapytałem: „Co pan na to, żeby w Prudniku, w tej samej celi, gdzie przebywał Prymas, nagrał pan te fragmenty zapisków, które tam właśnie powstały?”. Zainteresował się pomysłem i wyraził zgodę na swoje uczestnictwo. Uradowany zadzwoniłem do kolegi Henryka, przewodniczącego Rady Miejskiej, ażeby poderwać ich na nogi. Polacy muszą dowiedzieć się, że Prymas był więziony w Prudniku. I że to miejsce nie było dla jego ducha miejscem zniewolenia, ale przeciwnie, miejscem niezwykłego wyzwolenia, dokonanego dzięki wierze i dziecięcemu zaufaniu do Matki Bożej, której się oddał bez reszty.

Janku, poznajesz mnie?
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...