Jasiowi Małkowskiemu epitafium

Jasiowi Małkowskiemu epitafium

Umysły dosłowne mogą się niepokoić moimi ostatnimi felietonami. Piszę o ludziach, którzy odeszli bezpowrotnie. Mnie jednak nie poraża smutek, ale przeciwnie spokojna radość, że w niebie mam swoich orędowników; ludzi, którzy znali mnie doskonale. Wkrótce po profesorze Włodku Fijałkowskim odszedł profesor Jasiu Małkowski. Cóż to był za Profesor. Tego starszego pana, pogodnego i uśmiechniętego, z miniaturą Krzyży Poznańskich w ręku znała niemalże cała Polska.

Miał wyjątkowe wyczucie sacrum, do którego pielgrzymował tysiące kilometrów. Przemierzył ojczyznę wiele razy, nawiedził wiele świątyń i sanktuariów, zdobył miliony odpustów. Uwieczniło go tysiące aparatów fotograficznych. Jego zdjęcie z Margaret Thatcher obiegło prasę. Był w Rzymie u Ojca Świętego i był w Ziemi Świętej. Irytował i fascynował. Był apostołem Radia Maryja. Na naszych studenckich śniadaniach często był podpuszczany przez studentów, którzy zwracali się do niego jak do rzecznika prasowego ojca Rydzyka. Pan Profesor odmawiał komentarzy politycznych i wygłaszał tylko maksymę: „Alleluja i do przodu”. W tym był niezłomny. Uwierzył Chrystusowi całkowicie, a później także „Solidarności”. Nawet wtedy, kiedy „Solidarność” sama w siebie przestała już wierzyć, on trwał na posterunku jak żołnierz. Często wyśmiewany, trwał z tym swoim łagodnym uśmiechem i dowcipem, który nigdy nie był złośliwy. Skąd brał siły i natchnienie? W czym tkwiła ta siła, która go napędzała? Odpowiedź jedna i krótka. Eucharystia. Muszę to wyznać i dać świadectwo, bo patrzyłem na to przez wiele lat.

Jan Małkowski odszedł do Pana. Pochowaliśmy go na pięknym cmentarzu w Gostyniu, z sanktuarium w tle. Była piękna wiosenna pogoda, świeciło słońce, ale w momencie spuszczania trumny do grobu tak lunęło, że wszyscy czym prędzej uciekliśmy. To jakby samo niebo się otwarło, aby naszego Profesora wprowadzić do raju.

Nikt nie wie, jak naprawdę miał na imię. Porzucony przez rodziców jako niemowlę, został wzięty na wychowanie przez siostry benedyktynki samarytanki. Imię i nazwisko otrzymał od sądu. W zakładzie sióstr przebywał do osiągnięcia dojrzałości i powołania do wojska, w którym pełnił zaszczytną funkcję ofermy batalionu. Potem pracował jako palacz w szpitalu, ożenił się z panią Ireną i nic nie zapowiadało zmiany, aż do spowiedzi u dominikanów. Jeden z ojców powiedział mu, że ma szansę, że chociaż jest niepełnosprawny umysłowo, to Pan Jezus, najlepszy lekarz, da mu rozum i mądrość. Jasiu rozpoczął ponaddwudziestoletnie „studia dzienne” w kaplicy akademickiej dominikanów. Z uporem, dzień po dniu wdrapywał się na piętro, wyprzedzając studentów, którzy lubią wpadać na ostatnią chwilę. Uczestnicząc w codziennej Eucharystii, postąpił tak daleko, że uroczyście nadałem mu tytuł profesora nadzwyczajnego, a potem zwyczajnego, bo potrafił się odezwać mądrzej od niejednego uczonego. Był wybitnym pedagogiem. Chętnie zagadywał studentów i prowadził z nimi długie rozmowy. Znajdywał z nimi wspólny język. Zawsze wiedział swoje i nie dawał się zbić z tropu. Od chwili, kiedy się nawrócił, wiedział, co jest ważne i co najważniejsze, a co zupełnie nieistotne. Codziennie po wspólnej Mszy świętej szedł razem z młodzieżą na wspólne śniadanie, potem nawiedzał katedrę, bo to matka kościołów, następnie był w kościele parafialnym św. Rocha…

Nie usłyszę już tego powolnego człapania po schodach do kaplicy akademickiej, kiedy otwarłszy ją, chciałem samotnie posiedzieć w obecności Pana. Tę moją samotność przerywało dyskretne wejście Pana Profesora, który przekraczając próg kaplicy akademickiej, wyjmował z uszu słuchawki i wyłączał małe radyjko z programem Radia Maryja. W jutrzni brał udział, słuchając, bo miał problemy z czytaniem, ale za to podczas modlitwy wiernych nie sposób było go opanować. Doszło nawet do tego, że zakazałem mu wypowiadać więcej niż jedną intencję. Był posłuszny, rzeczywiście była to jedna intencja, ale za to jaka! Zawierała wszystkie bolączki całego świata, naszego kraju i Kościoła, wszystkich znajomych, a przede wszystkim intencje młodzieży. Był nieposkromiony w przedstawianiu Panu spraw ludzkich i orędowaniu za wszystkimi, których ogarniał swoim sercem. Siostry, które go uratowały, stale powracały w jego pamięci i modlitwie.

Po raz ostatni widziałem go w kościele na naszych roratach. Wyciszony człapał pod rękę z żoną do Komunii świętej. Jak grom spadła na nas wiadomość o chorobie i wylewie, potem odwiedziny w szpitalu i wreszcie Msza święta w domu. Jasiu, nie bardzo mogąc mówić, promieniował szczęściem i wyszeptał tylko: „To najpiękniejszy dzień w moim życiu”.

O dziwo, studenci byli bardziej niż ja dla Pana Profesora wyrozumiali. Cóż, oni się zmieniali i byli ciekawi świata, a ja już te mądrości słyszałem. Teraz, gdy Profesora już nie ma, ile bym dał, aby słuchać jego niedającej się zbić z tropu mądrości.

Od chwili odejścia Jasia Małkowskiego słyszę ostatnie wypowiedziane do mnie w kaplicy akademickiej słowa: „Ja i tak będę tutaj z wami, nawet kiedy mnie nie będzie. Nawet po śmierci będę tutaj do was przychodził”.

To niespodziewane odejście człowieka bliskiego, tak niedługo po odejściu Włodka Fijałkowskiego, czyni mój świat uboższy o dwóch ludzi, którzy wiedzieli, co to jest miłość, i którzy rozdawali ją innym.

Dzisiejszy świat nie potrzebuje nauczycieli. Większość ludzi potrafi już czytać, bo jeśli nawet książki nie bierze do ręki, umie czytać reklamy.

Dzisiejszy świat potrzebuje świadków, czyli tych, którzy naprawdę widzieli. Odczłowieczony świat potrzebuje żywego, normalnego człowieka, dlatego – gdy takiego spotkamy – rzucamy się na niego z nadzieją, że znajdziemy w nim towarzysza drogi, że uda nam się dostrzec, jak ktoś, kogo znamy z innej strony, uporał się z tą najważniejszą sprawą – naszą wspólną sprawą – swojej egzystencji na tym padole płaczu.

Świadkowie idą tak samo jak my i dają świadectwo o tej przedziwnej Obecności, którą odnajdują w sobie samych. Ta Obecność odczuwana i przeżywana przez nich, zmienia ich i kształtuje. Liczą się z Nią, odpowiadają przed Nią. Nie zatrzymują Jej dla siebie.

Pragną się Nią z nami podzielić – jako świadkowie.

Jasiowi Małkowskiemu epitafium
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...