Jego drogi nie są naszymi

Jego drogi nie są naszymi

Uważny duszpasterz powinien zauważyć, że ktoś za pomocą życia religijnego i pod sztandarem szukania woli Bożej czyni siebie życiowym kaleką.

Słyszymy nieraz, że Bóg ma dla nas wspaniały plan, że w tym planie możemy odnaleźć nasze szczęście. Zapewne stwierdzenia te zawierają sporo prawdy, jednak w bardzo różny sposób możemy je rozumieć. Sądzę, że ów plan jest jak nasienie, które Bóg rzuca na glebę naszej wolności. Z różnych przyczyn rzucamy je często z powrotem w Bożą stronę, żywiąc przekonanie, że plan jest w Nim, a nie w nas, i z pomocą stałych spowiedników, czasem latami, analizujemy nasze życie, a w jego trzeciej dekadzie – pomimo tej mozolnej pracy – nie mamy podjętych żadnych życiowych decyzji, gdyż nadal rozeznajemy wolę Bożą. Pozwoliłem sobie na odrobinę ironii, bo myślę, że znaczna część takich przypadków jest – zazwyczaj nieświadomą – ucieczką od wolności i dorosłości, w dodatku wspieraną – niestety również nieświadomie – przez duszpasterzy. A wtedy potrzebna jest pomoc terapeutyczna. Wcześnie udzielona mogłaby zaoszczędzić wielu osobom zmarnowanego czasu i cierpienia, jak również nie trzymałaby ich w swoistym złudzeniu, że z ust spowiednika usłyszą jakąś złotą radę. Bo nawet jeśli ją usłyszą, nie zawsze są gotowi wdrożyć ją w życie i tym samym wracają do punktu wyjścia.

Podobnie jest w sytuacji, gdy takim osobom krzyżują się (nieprzypadkowo używam tego słowa) plany. Wówczas, przynajmniej w skrytości serca, widzą, Kto za to odpowiada. Swoje pretensje ubierają w rzekomą pokorę i na nowo szukają ze spowiednikiem woli Bożej.

Tak więc różnie sobie radzimy z odczytywaniem i wdrażaniem w życie Bożych planów. Poniżej przedstawiam jeden z nich. Jest to fragment wypowiedzi na forum internetowym pewnej szkoły ewangelizacji. Tekst ma tytuł „Bóg ma dla nas lepszy plan”:

Pewnego razu, na wzgórzu, rosły sobie trzy drzewa. Rozmawiały one o swoich marzeniach i nadziejach, kiedy pierwsze z nich powiedziało: „Mam nadzieje, że pewnego dnia będę skrzynią, w której trzymane będą klejnoty. Będę wypełnione złotem, srebrem i cennymi klejnotami. Będę mogło być ozdobione rozmaitymi rzeźbami i każdy będzie mógł zobaczyć moje piękno”.

Wtedy drugie drzewo powiedziało: „Może pewnego dnia stanę się potężnym statkiem. Uniosę na swym pokładzie króla i królową i popłyniemy poprzez szerokie wody aż na krańce świata. I każdy będzie czuł się bezpiecznie, z powodu solidności kadłuba, który ze mnie będzie zbudowany”.
W końcu trzecie drzewo powiedziało: „Chce rosnąć, aby być najwyższe i najbardziej proste w całym lesie. Ludzie zobaczą mnie na szczycie wzgórza i będą spoglądać na moje gałęzie, i myśleć o niebie i o Bogu i o tym, jak blisko Jego jestem. Ja będę największym drzewem wszech czasów i ludzie zawsze będą o mnie pamiętać”.

Po kilku latach modlitwy o to, aby ich marzenia się spełniły, grupa drwali natknęła się na nie. Kiedy jeden drwal zbliżył się do pierwszego drzewa, odrzekł: „To tutaj wygląda na mocne, silne drzewo, wydaje mi się, że będę mógł sprzedać je stolarzowi” i zaczął je ścinać. Drzewo było szczęśliwe, ponieważ wiedziało, że stolarz zrobi z niego piękną skrzynię.

Przy drugim drwal powiedział: „To drzewo również wygląda na mocne, powinienem je sprzedać do stoczni” i drugie drzewo również było szczęśliwe, bo wiedziało, że jest to dla niego możliwość stania się potężnym statkiem. Kiedy drwal podszedł do trzeciego drzewa, drzewo było przerażone, gdyż wiedziało, że jeżeli zostanie ścięte, jego marzenia się nie spełnią. Jeden z drwali postanowił sobie je zabrać. Wkrótce po przybyciu do stolarza, z pierwszego drzewa zostały zrobione karmniki, koryta i żłoby dla zwierząt. Zostało więc postawione w stodole i wypełnione sianem. To wcale nie było to, o co drzewo się modliło. Drugie drzewo zostało pocięte i zrobiono z niego małą łódkę rybacką. Skończyły się jego sny o staniu się potężnym statkiem i braniu na swój pokład koronowanych głów. Trzecie z nich zostało pocięte na wielkie belki i pozostawione w ciemności.

Lata mijały i drzewa zapomniały już o swoich marzeniach. Pewnego dnia mężczyzna i kobieta weszli do szopki. Kobieta urodziła i położyła niemowlę na sianie, wypełniającym żłobek zrobiony z pierwszego drzewa. Drzewo mogło odczuć powagę tego wydarzenia i wiedziało, że nosi największy skarb wszech czasów. Minęło nieco lat. Grupa ludzi wybrała się na połów w łódce zrobionej z drugiego drzewa. Jeden z nich był bardzo zmęczony i ułożył się do snu. Kiedy wypłynęli na szerokie wody, zerwała się burza i drzewo pomyślało, że nie będzie wystarczająco silne, aby zapewnić ludziom bezpieczeństwo. Mężczyźni obudzili śpiącego, a on wstał i powiedział „Pokój!”, a wtedy burza ustała. Wtedy już drzewo wiedziało, że ma na swoim pokładzie Króla królów. W końcu przyszedł ktoś i zabrał trzecie drzewo. Było niesione ulicami, tłum zaś kpił z człowieka, który je niósł. Kiedy się zatrzymali, człowiek ten został przybity gwoździami do drzewa i podniesiony, aby umierać na szczycie wzgórza. Kiedy nadeszła niedziela, drzewo zrozumiało, że było wystarczająco silne, aby stać na szczycie wzgórza i być tak blisko Boga jak tylko możliwe, ponieważ to na nim został ukrzyżowany Jezus.

Morał tej historii jest taki, że kiedy wydaje ci się, że wszystko idzie nie po twojej myśli, zawsze wiedz, że Bóg ma dla ciebie pewien plan. Jeśli Mu zaufasz, obdarzy cię hojnie. Każde z drzew otrzymało to, o co prosiło, ale nie w sposób, w jaki to sobie wyobrażało. My nigdy nie wiemy, jakie są plany Boga wobec nas. Wiemy tylko, że Jego drogi nie są naszymi drogami, ale Jego drogi są zawsze najlepsze.

A może ty też doświadczyłaś/łeś tego, że Bóg spełnił twoją prośbę, ale nie w taki sposób jak się spodziewałaś/łeś? Może doświadczyłaś/łeś, że Jego plan jest lepszy?
Zastanawiam się jak zareagowałaby na to opowiadanie przedstawiona w poniższym przykładzie kobieta, która przychodzi do duszpasterza z podobnym problemem.
Mając doświadczenie spowiednika i terapeuty, chciałbym przytoczyć hipotetyczną rozmowę podczas spowiedzi i w ten sposób pokazać, że problem tkwi nieraz zupełnie gdzie indziej, niż na pierwszy rzut oka jesteśmy skłonni sądzić.

40-letnia, zadbana kobieta. Drżącym, niepewnym głosem zaczyna:

Penitentka: Ja właściwie nie wiem, czy chciałabym się wyspowiadać. Chciałabym bardziej o coś spytać. Chociaż może jeśli okaże się, że grzeszę, to wtedy też bym się wyspowiadała. Dobrze?
Duszpasterz: Hmm… a co panią tutaj sprowadza?
P: Moja sytuacja małżeńska. Nie wiem, co Bóg chce mi przez nią powiedzieć. On chyba zmienił wobec mnie swoje plany i ja chciałabym się ojca zapytać, co mam zrobić.
D: W jakiej sprawie?

P: Bo mój mąż odnalazł na naszej-klasie dawną przyjaciółkę ze studiów i okazało się, że ona mieszka w tym samym mieście co my, i oni umówili się na spotkanie. To było ponad rok temu. Oczywiście mąż powiedział mi o wszystkim i nie miałam nic przeciwko temu. Jednak te spotkania stały się dość częste. Mąż po nich jest jakiś zmieniony. Powiedziałabym, że jest wręcz w euforycznym stanie. Choć teraz to ukrywa przede mną, że się z nią spotyka, bo mówi mi, że moja zazdrość jest chora. Pomimo że kilka miesięcy temu, zupełnie przypadkowo, zobaczyłam w komórce męża sms-a, który się wyświetlił w momencie przyjścia. Nawet nie musiałam go otwierać całego, żeby po przeczytaniu fragmentu jasno zobaczyć, co się dzieje między nimi. On oczywiście unikał jakiejkolwiek rozmowy na ten temat. Mamy dwie córeczki. Jedna ma 10 lat, a druga ma 2 latka. Małżeństwem jesteśmy od 15 lat. I wszystko układało się naprawdę dobrze do momentu tej nowej przyjaźni męża.

D: Hmm, a czego pani oczekuje tutaj, ode mnie?
P: Chciałabym, żeby ojciec mi powiedział, co powinnam zrobić.
D: Pyta się mnie pani jak eksperta od pani życia. A kto tu z nas dwojga powinien być ekspertem od pani życia?
Cisza.
P: No chyba ja.
D: Chyba?
P: No tak, ja…
D: Robiąc ze mnie eksperta od pani życia, tym samym stawia mnie pani ponad sobą i w ten sposób pani się pomniejsza, traktując siebie jako mniej ważną. Takie dewaluujące i zaniedbujące traktowanie siebie ja nazywam okrutnym. Zauważa to pani?

Głęboko wzdycha, po czym mówi:

P: Tak to prawda. Ja zawsze myślę najpierw o innych, a dopiero później o sobie. Ale przecież takie myślenie o sobie to jest egoizm, to może być nieewangeliczne!
D: Aha?! A co pani mówi swoim córeczkom, kiedy przychodzą do pani i mówią: „Mamusiu, chcę się do ciebie przytulić”. Odpowiada im pani: „Nie bądź egoistką, nie skupiaj się tak na swoich potrzebach”?
P: No, nie! Oczywiście, że je przytulam.
D: A więc ma pani w sobie podwójny standard. Uważa pani, że potrzeby innych są ważne i dobre, ale w momencie, kiedy przez chwilę tylko pomyśli pani o sobie, natychmiast odzywa się w pani ten krytykujący głos, który wyzywa panią od egoistek. Zauważa to pani?
P: Tak.
D: Przyszła pani tutaj, żeby zająć się sobą. A to z definicji zakłada fakt, że przyszła tu pani zająć się sobą z troską, miłością, uwagą i szacunkiem. Czy mam rację?
P: Tak.
D: Tę część, która przyprowadziła tutaj panią, żeby zająć się sobą z troską, miłością uwagą i szacunkiem, ja nazywam zdrową. Czy rozumie mnie pani?
P: Tak.
D: Jak zatem nazwiemy tę część, pod posłuszeństwo której pani wpadła i w imię której traktowała się pani w tak dewaluujący i zaniedbujący sposób, który ja nazwałem okrutnym?
P: To jest chora część. Destrukcyjna.
D: Zgadza się. A więc mamy tutaj kobietę, która przez wiele lat w sposób automatyczny i nieświadomy traktowała siebie w okrutny dla siebie sposób poprzez słuchanie swojego destrukcyjnego głosu, który ją ciągle krytykuje za każdy przejaw troski o siebie, wyzywa od egoistek, pomniejsza i każe dawać priorytet innym, czyniąc z niej tym samym niewolnika. Jak długo jeszcze ma pani zamiar słuchać tego głosu?
P: Już nie mam zamiaru go słuchać.

Jej twarz wyraźnie posmutniała i głęboko wzdycha.

D: Powiedziałaby pani, co się teraz z panią dzieje?
P: Zrobiło mi się strasznie smutno.
D: Widzę, że cisną się pani łzy do oczu.
P: Tak. Ale wstydzę się płakać. Nie chcę się tu użalać nad sobą.
D: Która część w pani to mówi?
P: Ta destrukcyjna.
D: Jak długo jeszcze chce pani być jej posłuszna?

Zaczyna głęboko wzdychać i płakać.

Czy mogłaby Pani nadać swoim łzom słowa?
(sprawdzam czy są to łzy bezradności, co oznaczałoby dalsze poddawanie się destrukcyjnej części, czy też łzy głębokiego żalu, z powodu tak długich lat tak okrutnego i zaniedbującego traktowania siebie). Płacząc, mówi:

P: Już nie chcę tak żyć!
Nie mam już zamiaru ciągle siedzieć w głowach innych i zastanawiać się, czym jeszcze mogę sobie zasłużyć na ich miłość i uwagę. Tyle lat bycia niewolnikiem i zakładnikiem swojej destrukcji… (głęboko wzdycha i szlocha)
Jakim cudem oczekiwałam uwagi mojego męża, skoro sama siebie ciągle pomijałam i dewaluowałam w tej relacji? Na początku czułam się urażona, jak usłyszałam od ojca, że używam podwójnego standardu. Ale ja oszukiwałam siebie. Bo jak mogę oczekiwać uwagi, szacunku i troski od innych, skoro siebie traktuję w tak dewaluujący i zaniedbujący sposób?!
D: Do tej pory myślała pani, że jest to problem pani duchowości, religijności i że wystarczy radykalniej się nawrócić, wyzbyć się siebie, myśląc, że tego oczekuje od pani Bóg. A więc nieświadomie utożsamiła pani swą destrukcyjną część z Bożym planem dla pani.
P: Tak. Ale to nie działało. Byłam w martwym punkcie i żyłam w ciągłym poczuciu winy, które utożsamiałam w dodatku z żalem za grzechy.

Końcowa część tej rozmowy to chyba marzenie każdego duszpasterza czy doradcy duchowego, żeby rozmówca w tak jasny i klarowny sposób zauważył swój problem i sformułował wnioski. Zazwyczaj dokonuje się to z większym oporem i trudem. Tak czy inaczej, efekt powinien być mniej więcej właśnie taki.
Oczywiście wymyślona przeze mnie kobieta ma jeszcze wiele do zrobienia. I w takiej sytuacji warto byłoby takiej osobie polecić pomoc terapeutyczną. Świadomość destrukcji to za mało, potrzebne jest jeszcze przepracowanie tej sprawy (zapewne nie tylko tej). Myślę, że taka rozmowa mogłaby głęboko zmotywować ją do szukania dalszej, profesjonalnej pomocy, jeśli takowa byłaby jej polecona.

Zastanawiam się, co by się stało, gdyby spowiednik zaproponował owej kobiecie, by więcej się modliła i z troską zachęcił ją do większej cierpliwości wobec męża i zaufania Bożemu działaniu poprzez modlitwę za jej małżeństwo. Moje doświadczenie podpowiada mi, że przyznałaby duszpasterzowi rację. W końcu nawykowo przyznaje rację innym i potrafi się dopasować do każdej opinii, bo swoje zdanie traktuje jako wątpliwe z definicji. Ewentualnie, po takiej „duchowej” interwencji, ostatkiem sił dałaby znać, że to ślepa uliczka. Powiedziałaby, że stara się i modli od wielu miesięcy i że wcześniej rozmawiała z kilkoma kapłanami, bo naprawdę chce się dowiedzieć, do czego prowadzi ją Bóg przez to doświadczenie. Niestety nie doda, że czuje się bezradna. Chcąc nie chcąc, sprawi, że to duszpasterz teraz poczuje się bezradny, a ona utwierdzi się w poczuciu beznadziejności.

Mam nadzieję, że na powyższym przykładzie można zauważyć, jak dynamiczną przestrzeń otwieramy przed sobą, szukając Bożego planu i Bożej woli, co nieodzownie wiąże się z naszą wolnością i dorosłością. Nie da się więc stworzyć treściwego i jednoznacznego opisu psychologicznego. To tak, jakby silić się na streszczenie symfonii w zapisie na jeden instrument. Jesteśmy zbyt różnorodni. I chyba na tym paradoksalnie polega Boży plan wobec nas. Kiedy zatem pytamy duszpasterza o radę i prosimy go, by pomógł nam odczytać Bożą wolę, to obawiam się, że częściej niż rzadziej, psychologicznie rzecz biorąc, jest to temat zastępczy. Otwieramy przecież przed sobą tak naprawdę pytania pt.: „Czy jestem dorosły, dojrzały i czy dobrze używam swojej wolności?”.

Zaprezentowana powyżej rozmowa pozornie może wydawać się prosta. Wymaga jednak sporej wprawy, terapeutycznego ucha i dobrych narzędzi, żeby zakończyła się sukcesem. Ale nawet gdy duszpasterz takich narzędzi nie posiada, może zauważyć, że ktoś za pomocą życia religijnego i pod sztandarem szukania woli Bożej czyni siebie życiowym kaleką. Jeśli jest to prawda, może dodać, że nie czuje się kompetentny w tej sprawie, bo uważa, że problem leży gdzie indziej, po czym w sposób pełen szacunku powinien odesłać taką osobę na konsultację terapeutyczną.

Każdy nosi swoją drogę we własnym sercu. Wyruszamy w nią tylko wtedy, gdy podejmujemy decyzję. A więc wtedy, gdy dokonujemy wyboru. W taką drogę wpisane jest zarówno ryzyko, jak i perspektywa straty. Ponoć słowo „decydować” etymologicznie pochodzi od słowa „odcinać”. Zatem może być trudne odrzucenie innych możliwości, bo w naszym poczuciu będziemy zawsze doświadczać straty. Przy dobrej decyzji strata powinna być jednak rekompensowana przez wybór, który jest dla nas atrakcyjny. Możliwości może być wiele (tak prezentuje się nam współczesna kultura), ale realność jest jedna. Decyzja to przejście ze świata możliwości do świata realności. Jej podjęcie chroni nas przed pokusą omnipotencji, która pokazuje wszystko jako dostępne i możliwe. Inaczej może to się skończyć udręką bezsilności i odkrycia, że zamiast wszystko-jest-do-zrobienia, nic-nie-zostało-zrobione. Czasem wybór, to rozpoznawanie drzewa w nasieniu. Tylko w wolnej decyzji, tu i teraz zawiera się Boży fragment mojej historii. Bo Królestwo Boże realizuje się w wolnych wyborach.

Jego drogi nie są naszymi
Łukasz Kubiak OP

urodzony w 1975 r. – dominikanin, absolwent teologii na Papieskiej Akademii Teologicznej, duszpasterz akademicki, psychoterapeuta, szkolił się w zakresie terapii indywidualnej, grupowej, rodzin i par w Laboratorium Psychoedukacji, ukończył dwuletni kurs wstępny ISTDP oraz 3-...