Jestem zasmuconym katolikiem

Jestem zasmuconym katolikiem

Do Starej Mszy ostatecznie przekonuje uczestnictwo w Nowej. Na szczęście w zdecydowanej większości przypadków jeszcze nie w Polsce. Jednak na Zachodzie już tak. Kościoły, z których usunięto stare ołtarze, a ich dawny wystrój można zobaczyć w muzeum. Pocałunek, który na kilkanaście minut wprowadza na Mszy nastrój typowej imprezy. To rzeczywistość parafii portugalskich, hiszpańskich, francuskich.

W Pałacu Prymasa była narada na temat muzyki i śpiewu w liturgii. Smutne to, bo widać, jak niszczą wszelką tradycję, i w muzyce, i w tekstach. Zniszczyli chorał gregoriański, wycofując łacinę, zniszczyli stary kościelny folklor, wprowadzili za to cukierkowe pieśni bez stylu. A znów w tekstach likwidują archaiczną polszczyznę, dając na jej miejsce język pospolity. „Modernizacja” Kościoła, mająca na celu jego większą powszechność, może u nas sprawić, że oddali się on od mas i tradycji, a w łaski nowych ludzi się nie wkupi.

Stefan Kisielewski zapisał te słowa w swoich Dziennikach pod datą 19 września 1972 roku. Ten cytat jest dla mnie ważny. Można się nim osłonić jak tarczą, kiedy po raz kolejny trzeba będzie udowadniać, że osoba zakochana w przedsoborowej liturgii nie jest zaciekłym przeciwnikiem biskupów, Ojca Świętego i Kościoła Katolickiego. Kisiel, przez całe dziesięciolecia współpracownik Tygodnika Powszechnego, nie ma w Polsce opinii zapatrzonego w przeszłość ortodoksyjnego oszołoma. A taką łatkę przypina się każdemu, kto w gronie katolików, i nie tylko katolików zresztą, przyzna się do chodzenia na Msze św. Piusa V. — Stara Msza? Nie, dziękuję. Mnie to nie interesuje. Jestem rzymskim katolikiem — słyszałem wiele razy, gdy proponowałem, aby zamiast słuchać moich nieudolnych dukań o pięknie gregorianki, łaciny i Starego Obrządku, przejść się raz na taką Mszę i samemu zobaczyć, jak modlił się cały rzymski Kościół Katolicki jeszcze trzydzieści lat temu.

Dla większości z przypinających łatki nie ma znaczenia, że Msze, w których uczestniczę, odbywają się za zgodą biskupa, a zgoda ta wynika z woli Ojca Świętego, jasno wyrażonej w dokumentach, kazaniach i przemówieniach. Rzadko, naprawdę bardzo rzadko, można usłyszeć słowa podobne do zdania, jakie powiedział mi mój proboszcz: — Nową Mszę kocham, a Starą szanuję.

Dlatego dobrze zawsze mieć na podorędziu taki cytat, jak z Kisiela, albo jeszcze lepiej, schowane gdzieś w torbie zdjęcie prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Josepha Ratzingera odprawiającego Starą Mszę w jednym z wiernych łacińskiej tradycji liturgicznej opactw we Francji.

To ostatnie działa szczególnie mocno na księży — wiem, bo sam sprawdzałem.

Jest taki dowcip, czym różni się przedsoborowy zakon o ścisłej regule od posoborowego. W przedsoborowym było tak — przeor w refektarzu mówi do brata Grzegorza: „Bracie, zamknijcie okno”. Brat Grzegorz wstaje od stołu, przyklęka dla okazania szacunku i zamyka okno. Po soborze wygląda to trochę inaczej. Przeor mówi do brata Grzegorza: „Bracie, zamknijcie okno… hm… bo wieje”. Brat Grzegorz wstaje, przyklęka dla okazania szacunku i mówi: „Eee… a mnie tam nie wieje”.

Tradycjonaliści, ci wierni Rzymowi i podlegli papieskiej komisji Ecclesia Dei, są tak naprawdę w wielu dziedzinach bardzo posoborowi. Kiedy w kurii usłyszą, że może być zgoda na Starą Mszę, ale nie na inne Sakramenty, dostarczą z Watykanu odpowiednie dokumenty, które powiedzą co innego. Gdy trzeba, będą cierpliwie tłumaczyć swoim parafialnym proboszczom, że prywatne odprawianie Starej Mszy nigdy nie zostało kapłanom zabronione. Czasem będą mieć inne zdanie niż ich biskup, choć zawsze podporządkują się jego decyzjom.

Jestem posoborowy. Dlatego, gdy czytam w prasie wypowiedź księdza biskupa Zygmunta Pawłowicza, że Stare Msze, owszem, mogą być odprawiane, ale tylko dla małych grupek byłych lefebvrystów, to wiem, że mam prawo się z nią nie zgadzać. I przypominam sobie, co na obchodach 10–lecia Motu Prioprio Ecclesia Dei powiedział kardynał Alfons Stickler: „Dziwię się, dlaczego biskupi nie chcą spełnić woli Ojca Świętego i wyrażać zgody na odprawianie Starej Mszy”.

Pamiętam dobrze, bo na własne uszy słyszałem.

A może tradycjonaliści są jednak wrogami Ojca Świętego? Może nie rozumieją „ducha Soboru”? Może, jak powiedział mi kiedyś jeden z księży, „próbują cofnąć zegar historii”?

Myślę, że przede wszystkim są to ludzie zatroskani o Święty Kościół Katolicki. Ludzie, którzy zadają pytania. Na przykład o to, dlaczego we Francji prawie tyle samo katolików uczęszcza w każdą niedzielę na Nową Mszę, co na Starą? Przecież Nowa Liturgia miała przybliżyć ludzi do Boga. Na dodatek za Novus Ordo stoi cały francuski episkopat, a za Starym Obrządkiem tylko 200 księży. Dlaczego biskupi niemieccy wolą, aby parafie nie miały duszpasterza, niż powierzyć je księdzu odprawiającemu Starą Mszę? Dlaczego kryzys powołań na Zachodzie nie dotyczy parafii tradycyjnych? Tradycjonaliści w Polsce pytają też ze smutkiem, czy taka sytuacja nie czeka Kościoła w naszym kraju za 20 lat?

Tradycyjni katolicy to ludzie, którzy zamiast mówić o „duchu Soboru”, sięgają do dokumentów. Na przykład do Konstytucji o liturgii świętej. Czytają w niej, że „w obrządkach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego”, że „zgodnie z wiekową tradycją obrządku łacińskiego duchowni mają zachować w oficjum język łaciński”, a tam, gdzie językom narodowym „przyzna się więcej miejsca”, „należy dbać o to, by wierni umieli wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne dla nich przeznaczone, także w języku łacińskim”.

Czy duszpasterze, którzy mówią o odejściu przez zwolenników Starej Liturgii od „ducha Soboru”, przeczytali Konstytucję o liturgii? A co z tymi, którzy przeczytali i dalej uważają, że wystarczy, aby na Mszy było „fajnie”?

Kto, tak naprawdę, nie rozumie Soboru?

Na Starą Mszę trafiłem przez przypadek. Przed kilkoma laty do Poznania przyjechał generał Bractwa Św. Piotra, ojciec Joseph Bisig. Poszedłem do małego kościółka przy ulicy Żydowskiej, namówiony przez kolegę, którego starszy brat był na kilku takich Mszach. Byłem ciekawy, tak po ludzku ciekawy, jak wyglądała przez wieki modlitwa Kościoła.

Nie spodobało mi się. Nic nie rozumiałem, często nie wiedziałem nawet, jaka część Mszy jest właśnie odprawiana, całość trwała prawie dwie godziny, dwa razy dłużej niż w mojej parafii. To podobno typowa reakcja, ale o tym dowiedziałem się później, kiedy poznałem więcej osób związanych z tą liturgią. A jednak coś mnie na te Msze ciągnęło, co jakiś czas na nie przychodziłem, zacząłem czytać książki o liturgii, te sprzed Soboru i te współczesne.

A potem wyjechałem do Le Barrou i wszystko się zmieniło. Klasztor Benedyktynów na południu Francji — 8 razy dziennie łacińskie oficjum, dwie Msze święte. Tak pięknej liturgii, rozbudowanej, pełnej znaków jasnych dla każdego, kto chce je zrozumieć, nie widziałem nigdy wcześniej. Uwierzyłem w coś, co wcześniej wydawało mi się bajkowymi opowieściami — w to, że wśród protestantów zdarzały się przypadki nawróceń po samym wysłuchaniu Starej Mszy. Po tygodniowym pobycie zacząłem zupełnie inaczej patrzeć na liturgię. Zacząłem do Starych Mszy tęsknić. Wiem, że brzmi to wszystko jak jakaś kiczowata i przesłodzona historyjka, ale nic na to nie poradzę. Inaczej tego opowiedzieć nie potrafię. Mogę tylko zapewnić, że moja „konfesja” jest szczera.

Od tamtej pory nabrałem do Starej Liturgii ogromnego zaufania. Im więcej na jej temat czytałem, tym częściej dochodziłem do wniosku, że zarzuty wobec niej opierają się na nieporozumieniach. „Łaciny nikt nie rozumie” — nikt nie musi się jej uczyć, każdy wierny może mieć przy sobie mszalik z tłumaczeniem na język ojczysty. „Dukając coś w obcym języku, nie można skoncentrować się na Liturgii Słowa” — czy po polsku sprawa wygląda inaczej? Proponuję każdemu podejść po niedzielnej sumie do przypadkowych osób i zapytać o czym była mowa w drugim czytaniu. Ja taki eksperyment przeprowadziłem kilka razy, także wśród znajomych — pamiętała co trzecia, czwarta osoba. „Ksiądz stoi tyłem do ludzi” — nieprawda, stoi twarzą do Pana Jezusa obecnego w tabernakulum.

Mógłbym jeszcze długo sypać przykładami. Ten ostatni, o kierunku celebracji, jest szczególnie ważny. Jeśli powiem, że odwrócenie księdza twarzą do wiernych było błędem, automatycznie narażam się na zarzut lefebvryzmu. Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale w wielu dyskusjach zdarzyło mi się to wielokrotnie. Można potem powoływać się na soborowe dokumenty, które niczego o zmianie kierunku celebracji nie mówią. Można udowadniać, że plecy księdza skierowane ku tabernakulum, podobnie jak Komunia rozdawana na rękę, prowadzą do zmniejszenia pobożności eucharystycznej. Nic to nie daje. Czasami pomoże argument, że do traktującej o tym problemie książki znanego liturgisty, księdza Klausa Gambera Zwróćmy się ku Panu, wstęp napisał kardynał Ratzinger. Najczęściej jednak zostaje się z przypiętą łatką.

Tak naprawdę do Starej Mszy ostatecznie przekonuje uczestnictwo w Nowej. Na szczęście w zdecydowanej większości przypadków jeszcze nie w Polsce. Jednak na Zachodzie już tak. Kościoły, z których usunięto stare ołtarze, a ich dawny wystrój można zobaczyć w muzeum. Pocałunek pokoju, który na kilkanaście minut wprowadza na Mszy nastrój typowej imprezy. To rzeczywistość parafii portugalskich, hiszpańskich, francuskich. O tych mogę mówić, bo tam na Mszach byłem.

Przed rokiem byłem na pielgrzymce kilku tysięcy tradycjonalistów z całego świata do katedry w Chartres. Spaliśmy w pomieszczeniach należących do jednego z diecezjalnych paryskich kościołów. Nie ma w nim księdza, opiekuje się nim stały diakon. W naszej grupie byli też grekokatoliccy tradycjonaliści, ich ksiądz odprawiał w kościele Mszę w tym obrządku. W pewnym momencie diakon wszedł do świątyni i powiedział, żeby już kończyć, bo przyszedł elektryk i będzie naprawiać instalację. Oczywiście ksiądz odprawił Mszę. Do dziś zastanawiam się, czy ten diakon każdą Mszę traktuje jak spotkanie towarzyskie, które można w dowolnym momencie przerwać? Czy wierzy, że przy ołtarzu naprawdę dokonuje się Realne Przeistoczenie?

W Polsce katolik, idący do kościoła, może czuć się bezpiecznie. A jednak coraz częściej spotykam się z wypowiedziami księży i świeckich, których nie rozumiem. Przykład będzie z minionego roku. Przed jednym z poznańskich kościołów siedzi żebrak. Młody, zdrowy człowiek, wieczorem można go spotkać w wypożyczalni kaset wideo. Jeden z księży mówi mi, że bardzo często ten żebrak bluźni Panu Bogu, a chwilę potem („w celach reklamowych” — jak to nazwał ów kapłan) przystępuje do Komunii. Pytam, dlaczego tej Komunii mu się udziela, przecież jest jasne, że to profanacja, bo przystępujący na pewno nie jest w stanie łaski uświęcającej. — Kiedy Pan Jezus zgodził się przychodzić do nas w Chlebie, zgodził się także na to, że będzie profanowany — słyszę w odpowiedzi. Zamurowuje mnie, nie wiem, co na to odpowiedzieć. Czy duszpasterz, który w ten sposób widzi sprawę profanacji Najświętszego Sakramentu, przekona swych wiernych, że w Hostii naprawdę jest Pan Jezus?

Ktoś powie, że przykład francuski i polski to jednak dwa zupełnie różne przypadki. A jednak wydaje mi się , że jeszcze kilkanaście lat temu żaden ksiądz w Polsce nie powiedziałby w ten sposób o Najświętszym Sakramencie. Dlatego powraca pytanie, jak będzie z liturgią w polskich kościołach za następne kilkanaście lat. Czy upodobni się do tej z parafii zachodniej Europy?

I trochę mi smutno, że już dziś, idąc na niedzielną Mszę świętą do swojej parafii, omijam z zasady tak zwane Msze młodzieżowe. I zastanawiam się, kto będzie ją odprawiał, bo od tego zależy, czy w kościele będę czuł się właśnie jak w kościele, czy jak na zabawie. Nie chcę ryzykować, bo stawka jest zbyt duża — wybieram pewną, wspartą na Tradycji, liturgię Starej Mszy.

Jestem zasmuconym rzymskim katolikiem. Albo, jeśli ktoś woli — tradycjonalistą.

Jestem zasmuconym katolikiem
Włodzimierz Bogaczyk

urodzony w 1966 r. – z wykształcenia historyk, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Poznaniu, przez 28 lat dziennikarz, redaktor naczelny i wydawca poznańskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Mąż Martyny. Ojciec I...