Jezus umywa swoim uczniom nogi

Jezus umywa swoim uczniom nogi

Gdy raz zrozumiemy, że do istoty Boga należy upokarzanie się, to wskazanie nam ostatniego miejsca będziemy traktować jako zaszczyt. Tam jesteśmy przecież jedno z Bogiem.

Umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował

J 13,1

W czasie roku liturgicznego, słuchając czytań mszalnych, odnajdujemy teksty o tym, jak Jezus miłuje swoich, nauczając, zachęcając i uzdrawiając ich, pozwalając im doświadczać bezpieczeństwa w swojej obecności. Dzisiaj usłyszymy, że umiłował ich do końca. Dowiemy się także, co się dzieje, kiedy ktoś tak miłuje.

Jan, który jest jedynym Ewangelistą opisującym umywanie nóg, zaczyna swoją relację podniosłym wstępem: „Jezus, wiedząc, że Ojciec oddał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie (…)”. Jezus, który wyszedł od Ojca, by poszukać zagubionego świata i go ratować, teraz powraca do Ojca, niosąc świat w ramionach. To decydujący moment w historii ludzkości, to centrum historii i jej szczyt. Wszystko, co istniało do tego momentu, tego oczekiwało i ku temu zdążało, a wszystko, co nastąpiło po nim, jest konsekwencją i owocem tego, co w tym momencie się dokonało.

Dramat w trzech aktach

Bóg ma szczególne upodobanie do liczby trzy. Nic w tym dziwnego. Sam Bóg jest trójjedyny. Jego ostatnie i decydujące dzieło jest dramatem w trzech aktach. Pierwszy akt to umywanie nóg, drugi — ustanowienie Eucharystii, a trzeci to śmierć Jezusa na krzyżu. Te trzy akty to jedno. Razem stanowią jeden dramat, tak jak Ojciec, Syn i Duch Święty są jednym Bogiem. Jan nie uważa, byśmy musieli czekać do zmartwychwstania, by uznać dramat za zakończony. Nie, to na krzyżu, bezpośrednio przed tym, jak Jezus skłonił głowę i oddał swego ducha Ojcu, powiedział: „Dokonało się” (J 19,30). Już wówczas, kiedy wisi na krzyżu, pociąga wszystkich do siebie (J 12,32). Zmartwychwstanie pokazuje, że Jezus odszedł do Ojca, a Ojciec przyjął ofiarę Syna. Zmartwychwstanie jest w pewnym sensie aplauzem Ojca po zakończonym dramacie.

Trzy akty dramatu mają właściwie tę samą treść, ale każdy z nich wyraża ją inaczej. Kluczowym słowem, które streszcza cały dramat, jest miłość — „do końca ich umiłował”.

Tę miłość do końca Jezus wyraża na trzy różne sposoby. Każdy z nich wyjaśnia i tłumaczy dwa pozostałe, i odwołuje się do nich, podobnie jak trzy Osoby w Bogu odwołują się do siebie nawzajem i żadnej z nich nie można zrozumieć bez pozostałych. Pierwszy akt ukazuje nam, że miłość jest służbą wobec wszystkich; drugi — że miłość to bycie pokarmem i napojem dla tych, których się miłuje; trzeci — że miłość to wydanie swego ciała i krwi. Jest crescendo w tym dramacie, które osiąga swoją kulminację w trzecim akcie, kiedy żołnierz przebija włócznią bok Jezusa, a krew wypływa z Serca Bożego i rozlewa się na świat. Pomimo że wszystko jest już powiedziane w pierwszym akcie, musimy uczestniczyć w całym dramacie, abyśmy zrozumieli znaczenie pierwszego aktu oraz pojęli, że miłość nie zna granic swej służby.

Podobnie jak musimy wysłuchać całego utworu muzycznego, aby zrozumieć znaczenie wstępu i aby później odnaleźć w nim pierwsze zapowiedzi właściwego tematu całego utworu. Jednak Bóg wszystko mówi od razu. Każde Jego słowo jest nasączone nieskończonością.

Kościół zawsze był świadomy jedności tych trzech aktów, dlatego nie waha się, by opowiadanie o umywaniu nóg odczytywać już dzisiaj, choć w Wielki Czwartek obchodzimy pamiątkę ustanowienia Eucharystii. Umywanie nóg i Eucharystia mówią o tym samym, wyrażają tę samą miłość do końca.

Zaszczyt upokorzenia

Jezus, pisze Jan, „wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał”. Ten prosty gest mówi wszystko. Rezygnuje ze swej godności — z boskiej zrezygnował już przez wcielenie, tutaj wyrzeka się również ludzkiej.

Umycie nóg swemu panu było czymś, czego można wymagać tylko od niewolnika, który nie był Żydem. Żydowski niewolnik traktował to jako coś nie do pogodzenia z własną godnością i nie mógł być do tego zobowiązany.

Jezus nie umywa nóg swemu panu, ale swoim uczniom. Odsłania przez to istotę Boga. Bóg chce być sługą ludzi. Równocześnie burzy nasze pojęcie ludzkiej godności. Kiedy sam Bóg przyjmuje postać sługi, służba innym nie może być czymś niegodnym człowieka. Przeciwnie, jest czymś boskim. Byśmy pojęli choć cząstkę tego, czego Jezus chce nas tutaj nauczyć! Użalamy się, kiedy jesteśmy upokarzani, ale to, co nazywamy upokorzeniem, jest właściwie wywyższeniem. Gdy raz zrozumiemy, że do istoty Boga należy upokarzanie się, to wskazanie nam ostatniego miejsca będziemy traktować jako zaszczyt. Tam jesteśmy przecież jedno z Bogiem.

Tragiczne jest, że człowiek nie tylko wzdraga się przed naśladowaniem Boga, służąc swoim bliźnim, ale nie chce nawet, aby Bóg mu służył. Bóg chce nam służyć, a my odrzucamy Jego służbę.

Widzimy to u Piotra reprezentującego wszystkich uczniów: „Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?”. Jednak jest coś pięknego w reakcji Piotra, coś, czego często brakuje w naszej niechęci do tego, by Bóg nam służył.

Piotr ma głęboki szacunek dla swojego Mistrza i nie może znieść myśli, by On klęczał u jego nóg. Czuje, że nie jest wystarczająco czysty, aby On, który jest na wskroś czysty, go dotykał. Coś z tej reakcji wyraża Kościół, pozwalając nam mówić tuż przed przystąpieniem do komunii świętej: „Panie, nie jestem godzien”. Chodzi jednak o to, czy rzeczywiście wówczas myślimy to, co mówimy, czy rzeczywiście czujemy tę nieskończoną przepaść, która istnieje między Nim, który jest zupełnie czysty, i nami, istotami nieczystymi.

Sakramentalne obmycie

Równocześnie reakcja Piotra pokazuje, że jeszcze nie pojął, jaki jest sens mesjańskiej misji Jezusa. Jezus przyszedł, aby nas obmyć w swojej krwi. Jednak Piotr wstydzi się pokazać swoje brudne nogi. Nie możemy zapominać, że historyczne umycie nóg w Wielki Czwartek było nacechowane zupełnie odmiennymi realiami od tych, z którymi mamy do czynienia w wielu naszych kościołach. Gdyby uczniowie wiedzieli, co Jezus chce uczynić, to niewątpliwie umyliby sobie nogi przed przystąpieniem do wieczerzy. Także dzisiaj ci, którzy są wybierani, aby reprezentować uczniów, dokładnie myją sobie nogi przed Mszą. Nikt nie chce doznać wstydu i zostać obnażony, gdy jest brudny. Jest to oczywiście uzasadnione, gdy chodzi o liturgiczne umywanie nóg. Jednakże gdy chodzi o zrozumienie sensu tego wydarzenia, a mianowicie, że Jezus chce nas oczyścić z naszych grzechów, to musimy pokonać wstyd, uznać i przedstawić nasz grzech. Nie możemy sami się oczyścić z naszych grzechów, ale musimy pozwolić Bogu, aby nam usłużył.

Któż nie dostrzeże, że umywanie nóg jest także obrazem spowiedzi? Bez świadomości grzechu i jego wyznania nie istnieje spowiedź. Wyznawanie grzechów wydaje się upokarzające, jednak zamiast zatrzymywać się na tym niewielkim upokorzeniu, którego doznajemy, spowiadając się, powinno nas raczej zdumiewać to upokorzenie, które Bóg przyjmuje na siebie — On, który klęka u naszych stóp jak niewolnik i sam nas obmywa.

Nie ma takich słów, które mogłyby wyrazić istotę Boga. Łatwo jest powiedzieć, że Bóg jest miłością. Często nie wiemy nawet, czym jest miłość i co oznacza. Jezus jednak, zamiast mnożyć słowa, ucieka się do działania. Nie mówi, że kocha, ale to czyni. I pokazuje, że miłość to dobrowolne bycie tym najmniejszym — sługą wszystkich.

„Dałem wam bowiem przykład, dodaje Jezus, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem”.

Jezus umywa swoim uczniom nogi
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...