Język z figurą wroga w tle

Jeśli młody człowiek mówi w swoim gronie, że Jezus jest zajebisty, a młodzi ludzie często tak mówią, to z teologicznego punktu widzenia znaczy to tyle, co powiedzenie, że Jezus jest wspaniały.

Katarzyna Kolska: Lubi Ksiądz wsadzać kij w mrowisko?

ks. prof. dr hab. Wiesław Przyczyna: Ale tylko wtedy, kiedy jest to potrzebne.

I dlatego nie zawahał się Ksiądz jakiś czas temu publicznie powiedzieć, że księża kradną sobie kazania?

Powiedziałem o tym, bo takie postępowanie uważam za niegodziwe. Tak jak w nauce naganne jest posługiwanie się plagiatami, tym bardziej jest to niestosowne w przepowiadaniu słowa Bożego. Jest to swego rodzaju kłamstwo, które nie współbrzmi z tym, do czego kaznodzieja jest powołany – do głoszenia prawdy. Jeśli ma głosić prawdę, to musi to czynić nie tylko słowem, ale i swoją postawą.

A może księża podkradają sobie kazania, bo sami nie mają nic do powiedzenia?

Owszem. Jeśli mamy coś do powiedzenia, to powiemy – lepiej lub gorzej. Ale będzie to nasze. Jeżeli nie mamy nic do powiedzenia, a powiedzieć musimy, to sięgamy po cudze myśli i posługujemy się nimi jak własnymi. A to jest kradzież!

Wydaje się, że większy pożytek wierni odniosą, słuchając myśli ukradzionych, ale mądrych, niż własnych, ale banalnych.

Na pierwszy rzut oka może tak to wyglądać. Ale czy człowieka, który przez sześć albo siedem lat przygotowywał się do kapłaństwa nie stać na to, by powiedzieć coś od siebie? Jeśli tak jest, świadczy to o tym, że lata spędzone w seminarium były zmarnowane.

Jestem oczywiście za tym, by powiedzieć coś mądrego, korzystając z cudzych tekstów, ale trzeba z tym tekstem najpierw się zapoznać, utożsamić się z zawartymi w nim myślami i uczciwie ludziom powiedzieć, że są to myśli zaczerpnięte od kogoś innego.

Bardzo często strasznie nudzimy się na kazaniach i po wyjściu z kościoła nie pamiętamy ani jednego słowa, które kaznodzieja powiedział. Dlaczego tak się dzieje? Treść jest nieciekawa czy może język mało zrozumiały?

Nie da się oddzielić języka od treści. Oba elementy mogą być powodem nudy. Treść jest dla słuchacza nieinteresująca, bo nie dotyka jego problemów, jest daleka od spraw, którymi żyje i od pytań, jakie sobie zadaje. Ta treść wyrażona dodatkowo niewłaściwym językiem będzie ten dystans powiększać. W konsekwencji słuchacz nie zrozumie przesłania, a kiedy nie rozumie, to się nudzi.

Porozmawiajmy chwilę o treści kazań. Mówi Ksiądz Profesor, że jest oderwana od tego, czym żyjemy. O czym więc kaznodzieja powinien mówić, by jego słowa do nas trafiały i odnosiły się do naszych problemów?

Są dwa modele kazań. Może to być wyjaśnianie tekstów świętych, które przed chwilą usłyszeliśmy, w kontekście pytań i problemów życia codziennego, z jakimi wierni przyszli do kościoła. Na pierwszym planie jest tekst, w tle – człowiek i jego sprawy.

Może Ksiądz dać przykład?

Odwołajmy się do znanej wszystkim przypowieści o synu marnotrawnym. Pierwszoplanowym bohaterem jest syn, który roztrwonił cały majątek i gdy już nie miał z czego żyć, postanowił wrócić do ojca. A ten przyjął go z otwartymi ramionami i jeszcze wyprawił ucztę na jego cześć. Drugi syn, który wiernie cały czas trwał przy swoim ojcu, jest z tego faktu bardzo niezadowolony. To właśnie nim zajmiemy się w kazaniu. Interpretujemy jego zachowanie tak, by słuchacze zaczęli się z nim utożsamiać, by dostrzegli, że oni w wielu sytuacjach zachowują się podobnie. Zazdroszczą, że komuś coś się udało, nie są zadowoleni, że ktoś, kto strasznie grzeszył, wrócił do Kościoła, że wszystko mu wybaczono i siedzi teraz w pierwszej ławce.

Drugi model kazania, który dziś chyba powinien dominować, to odwrócenie porządku, czyli interpretacja życia ludzkiego w świetle tekstów świętych. W tym modelu na pierwszy plan wysuwa się codzienne życie, które zostaje przez kaznodzieję zinterpretowane w świetle tekstów świętych – biblijnych i liturgicznych. Celem takiego działania jest uświadomienie wiernym, że Boga można spotkać nie tylko w liturgii, pod osłoną znaków i obrzędów, ale także w zwyczajnym życiu, w wydarzeniach dnia codziennego.

To, co Ksiądz mówi, wydaje się prostym i dobrym przepisem na udane kazanie. Ale kaznodzieje niezbyt często z niego korzystają. Efekt jest taki, że na kazaniach albo przysypiamy albo niewiele z nich rozumiemy.

Badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych, a potem powtórzone w Polsce wykazały, że przekaz, który słyszymy od Kościoła instytucjonalnego, jest zrozumiały zaledwie w 16 proc., a od rodziny w 57 proc. Wniosek nasuwa się sam: wychowaniem religijnym powinni się zająć rodzice. Dlatego zróbmy ten zwrot i zajmijmy się rodziną, zajmijmy się rodzicami, niech oni kształtują religijnie swoje dzieci. Najlepszym na to momentem jest czas przygotowania do I Komunii. Zamiast spotykać się z dziećmi, zapraszałbym rodziców i im wyjaśniał tajemnice wiary. Oni przygotowaliby swoje dzieci. Na koniec wspólnie przyszliby na spotkanie i w obecności katechety, księdza, pedagoga rozmawialiby o sprawach wiary. Tak mógłby wyglądać egzamin przed I Komunią świętą. Skuteczność tak prowadzonej katechezy, jak pokazują badania, byłaby o wiele większa, a jednocześnie skorzystaliby na tym sami rodzice.

Przedstawia ksiądz bardzo sielankowy obraz…

Sielankowy, ale możliwy do zrealizowania. Bo inaczej I Komunia nie ma sensu. Badania wykazują, że coraz więcej rodziców posyła dzieci do sakramentów ze względów pozareligijnych, że traktują ją nie jak uroczystość religijną, tylko domową.

To poważne wyzwanie dla Kościoła.

Ogromne. Ale skoro katecheza w dotychczasowym kształcie nie daje oczekiwanych owoców, to zdobądźmy się na bardziej skuteczne działanie.

A dlaczego katecheza kuleje?

Między innymi dlatego, że katecheta mówi, mówi, mówi, a młodzież pisze, pisze, pisze. Gdyby uczniowie podczas katechezy więcej mówili i dyskutowali, więcej by zapamiętali i przy okazji nauczyliby się posługiwania językiem religijnym. Nie dyskutują, więc nie umieją mówić o sprawach wiary.

Katecheci często boją się wchodzić w dialog z młodzieżą. Unikają odpowiedzi na trudne pytania.

To prawda. I dlatego niektóre osoby nigdy nie powinny zostać katechetami, gdyż nie mają do tego żadnych predyspozycji.

Ta różnie pod względem religijnym wyedukowana młodzież trafia potem do seminariów.

A seminarium jej nie „przerabia”, nie uzupełnia braków wyniesionych ze szkoły. Uczy natomiast teologii abstrakcyjnej. Klerycy podczas studiów zapoznają się z terminologią fachową – językiem specjalistycznym. Kończąc seminarium mają nienajgorszą wiedzę. Problem pojawia się w chwili, gdy trzeba z tej wiedzy skorzystać w praktyce i przekazać wiernym pewne prawdy, używając innego języka niż ten wyniesiony z seminarium.

Ale nie każdy musi być świetnym kaznodzieją lub katechetą. Może się spełniać jako spowiednik, kierownik duchowy…

Tu dopiero konieczna jest umiejętność przekładania trudnych spraw na zrozumiały język.

Dotknęliśmy w naszej rozmowie dwóch elementów: treści i języka. Nasuwa się więc pytanie: czy Kościół ma swój język? Czy istnieje coś takiego jak język religijny?

Dzisiaj uważa się, że nie ma języka religijnego, który odznaczałby się specjalną leksyką, składnią, frazeologią. Jest tylko religijne zastosowanie języka ogólnego, którym posługujemy się w sytuacji religijnej, czyli wtedy, gdy świadomość nastawiona jest na sacrum.

Jeśli nie ma języka religijnego, to dlaczego dzieje się tak, że nie rozumiemy tego języka, którym o religii mówimy? I to nie tylko my – świeccy. Z badań prowadzonych przez Księdza Profesora wynika, że nie rozumieją go też klerycy.

Kilka lat temu przeprowadziłem badania w seminariach duchownych wśród kleryków IV i V roku. Chciałem sprawdzić, na ile rozumieją poszczególne artykuły Składu Apostolskiego i jak sobie radzą z przekładaniem tych treści na język zrozumiały dla uczniów liceum. Próba okazała się zupełną katastrofą. Pokazała, że oni sami nie do końca rozumieją sens wypowiadanych słów. Jeden z nich napisał: „Świętych obcowanie jest wiarą, że po śmierci nie umiera dusza. Stąd ci, co już odeszli, ciągle żyją, ale już inaczej”.

A może jest tak, że ludzie Kościoła posługują się takim nadętym, napuszonym językiem z troski o to, by Kościół nie stracił nic ze swego majestatu? Dlatego normalny człowiek wchodzi do kościoła, a biskup wkracza. Pan Jezus umarł na krzyżu, a Jan Paweł II odszedł do domu Ojca.

Jest to nadawanie wyjątkowości pewnym zachowaniom, sztuczne podnoszenie ich rangi.

Może gdyby biskup wchodził do kościoła, stałby się bliższy ludziom niż ten, który wkracza?

Ależ oczywiście, że tak. I nie będzie też brakiem szacunku z naszej strony, jeśli powiemy, że Jan Paweł II umarł, tak jak umiera zwyczajny człowiek. Tymczasem Pan Jezus umarł, a Jan Paweł II przeszedł do domu Ojca! Czy nie brzmi to groteskowo?

Pewnie wynika to z poczucia, że o ważnych sprawach trzeba mówić podniosłym językiem?

Czasami trzeba, ale nie wszędzie i nie zawsze. Innym językiem posługujemy się podczas liturgii, innym w rozmowie towarzyskiej. Centrum języka religijnego jest Biblia i teksty liturgiczne. Nieco dalej od tego centrum znajduje się język kazań, katechezy, teologii i utworów literackich. Jeszcze dalej są rozmowy o treści religijnej, świadectwa, wyznania wypowiedziane językiem potocznym, nacechowanym.

W jakich sytuacjach można używać języka potocznego pełnego kolokwializmów, rubasznych słów, a nawet wulgaryzmów?

Przyznam, że do pewnego momentu byłem zwolennikiem stawiania tamy językowi potocznemu. Dziś uważam, że jeśli jest to wypowiedź szczera, w środowisku koleżeńskim, w zamkniętej grupie, to mówiący powinien posługiwać się swoim autentycznym językiem. Nic nie stoi wtedy na przeszkodzie, by powiedzieć, że Jezus jest cool. To jest wypowiedź religijna i trzeba ją uszanować. Z teologicznego punktu widzenia znaczy to tyle, co powiedzenie, że Jezus jest miłosierny i dobry. To jest ta sama treść przekazana językiem konkretnego człowieka.

Jeśli młody człowiek mówi w swoim gronie, że Jezus jest zajebisty, a młodzi ludzie często tak mówią, to takie zdanie wypowiedziane językiem potocznym w niczym nie zmienia prawdy o tym, że Jezus jest wspaniały. Myślę, że trzeba się zgodzić na obecność potoczności w komunikacji nieoficjalnej, nawet tej z rejestrów niskich.

Ale nie może być tak, że ksiądz rozpocznie homilię stwierdzeniem: Matka Boża była seksbombą (wypowiedź autentyczna), albo, że Jezus był takim facetem, który zamienił wino w swoją krew a chleb w swoje ciało. Nie można języka potocznego niskiego wprowadzać do komunikacji oficjalnej, bo to będzie sztuczne. Podobnie jak użycie języka oficjalnego w sytuacji nieformalnej może okazać się śmieszne. Chodzi o to, by wiedzieć, gdzie i jakim językiem się posługiwać.

Kościół w swoim nauczaniu nie ogranicza się już tylko do ambony, ale sięga po coraz nowocześniejsze kanały komunikacji. Mamy katolickie stacje radiowe i telewizyjne, mamy Internet. Jednym z mediów, które skupia wokół siebie liczne grono ludzi wierzących, jest Radio Maryja. Czy język tego radia trafia do odbiorców?

Do pewnej grupy wiernych na pewno. Ale ten język ma wiele wad i dla znacznej części ludzi jest nie do przyjęcia. Jest też nie do zaakceptowania z punktu widzenia pewnych norm. Kreowany tam obraz świata jest czarnobiały z figurą wroga w tle. Ten wróg jest mityczny, zamaskowany, może czaić się wszędzie. To skutkuje wzmożoną podejrzliwością, bo tak naprawdę każdy może się okazać wrogiem. Nad rzeczowym opisem świata dominuje emocjonalne wartościowanie, ostre piętnowanie przeciwników, na granicy pomówień. Ten język objawia mentalność oblężonej twierdzy, dzieli świat na dobry i zły: my jesteśmy dobrzy, inni są źli. Wszystko, co nam się nie podoba, atakujemy, i jesteśmy atakowani, i się bronimy. Jest to język walki.

Częściej oficjalny czy potoczny?

Jest to mieszanka języka oficjalnego i potocznego, czasami nawet wulgarnego. Podam przykład. Dzwoni słuchaczka: – Ja mieszkam w Żarach i poszłam zobaczyć na „Przystanek” tego Owsiaka. To jest, proszę ojca, diabelstwo, mówię ojcu – diabelstwo. Tam piwo leje się strumieniami i – nie wiem, jak to powiedzieć, żeby ojca nie obrazić – ale tam po prostu się… pieprzą.

Ojciec odpowiada: – No teraz to pani dopiero obraziła mnie i Pana Boga. Trzeba było powiedzieć „uprawiają deprawację”.

Tego radia słucha prawie milionów Polaków. Czy to oznacza, że język Radia Maryja jest językiem Kościoła w Polsce?

Niedawno zwrócił na to uwagę w charakterystyczny dla siebie sposób Tomasz Wołek: „Włączasz radio i słyszysz szept ojca dyrektora, oglądasz TV Trwam i widzisz redaktora Michalkiewicza perorującego o Judejczykach, idziesz na mszę świętą do kościoła i trafiasz na odczyt Jerzego Roberta Nowaka, zaczynasz studia na KUL i słuchasz wykładu Ryszarda Bendera, jedziesz na Jasną Górę i widzisz postać Jarosława Kaczyńskiego, otwierasz »Nasz Dziennik« i czytasz artykuł abp. Józefa Michalika, że warto i trzeba czytać »Niedzielę«, »Miłujcie się«, »Gościa Niedzielnego« i »Nasz Dziennik«”.

Jak temu zaradzić?

Trzeba po prostu szukać nowego języka mówienia o wierze i Kościele, języka podobnego do tego, którym ludzie świeccy mówią o doświadczeniach dnia codziennego. Może jest to język Szymona Hołowni, który w czasie Wielkiego Postu został zaproszony do wygłoszenia rekolekcji. Mówił na przykład tak: „Szatan nigdy nie mówi: Bóg jest do kitu”, „Łaski nie produkuje się w elektrowniach”, „Król Dawid poszedł do łóżka ze swoją sąsiadką”, „Natan trząsł portkami z obawy, że król go zabije”, „Judasz, to facet, który próbował robić politykę”, „Święty Józef to facet, który dowiedział się, że jego dziewczyna jest w ciąży”. Słyszała Pani, żeby jakiś ksiądz tak mówił? On powie, że Józef był oblubieńcem Maryi i dowiedział się, że Maryja Dziewica jest brzemienna.

Ale księża mogą się obawiać, że taki język nie wszystkim się spodoba, a nawet kogoś zgorszy…

Wydaje mi się, że czasami nam, księżom, brakuje odwagi w głoszeniu orędzia Jezusa, zachowujemy się jak w supermarketach i uznajemy, że jeśli jakiś towar źle się sprzedaje, trzeba obniżyć jego cenę. A Kościół nie musi konkurować z show biznesem. Ludzie oczekują, że będziemy od nich wymagali. Tylko radykalizm dzisiaj pociąga. Księża nie są od tego, aby byli popularni. Jesteśmy po to, by być niewygodnymi, zadawać ludziom trudne pytania. Nigdzie w Ewangelii nie jest powiedziane, że mamy się ludziom podobać, natomiast jest powiedziane, że mamy być solą ziemi, a nie miodem.

Język z figurą wroga w tle
ks. Wiesław Przyczyna

urodzony w 1953 r. w Annopolu – polski prezbiter katolicki, były redemptorysta, absolwent studiów teologicznych w Wyższym Seminarium Duchownym Redemptorystów w Tuchowie i na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, profesor nauk teologicznych, profesor Uniwersytetu Papieskiego Ja...

Język z figurą wroga w tle
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...