Jubileusz Ojca Antoniego

Jubileusz Ojca Antoniego

Od czasu, kiedy rozleciał się mój rodzinny dom, kiedy rodzice umarli, a bracia się rozpierzchli po świecie, każda okazja jest dobra, aby wrócić do Prudnika, gdzie się urodziłem i spędziłem najwcześniejsze lata, zanim wstąpiłem do dominikanów. Tym razem jedziemy z Wojtkiem na uroczystość 35-lecia święceń kapłańskich ojca Antoniego Dudka, franciszkanina. Jedziemy do Prudnika, do klasztoru w Lesie, tam gdzie był więziony Prymas Wyszyński.

Po drodze w Białej, już koło Prudnika, odwiedzamy mojego wychowawcę i profesora od polskiego z liceum pana dr. Kazimierza Kasicza. Przyjmuje nas serdecznie i przekazuje smutną nowinę: tydzień temu zmarł mój kolega z liceum Heniek Orlik. Byliśmy razem ministrantami, potem on poszedł do wojska, bo chciał być pilotem, ale zdrowie mu nie pozwoliło, więc wylądował w koszarach w Prudniku. Za wierność wierze i Kościołowi szarpali go i nie miał lekko. Z jego przyszłą żoną Haliną tańczyłem na balu maturalnym.

Szybko przelatujemy młode lata (omijając ich groźbę) i żegnamy się pospiesznie, aby zdążyć na popołudniową uroczystość w klasztorze. Na pożegnanie dostaję słoik miodu z pasieki profesora.

Antoni wygolony i pachnący jak z obrazka. Zjeżdżają się współbracia franciszkanie. Jest miejscowy dziekan. Mały klasztorny kościółek nabity. Na wejście grają trąby jubileuszowe, podniośle śpiewają chóry z importu, z niedalekiego Głogówka. Zanim pójdziemy na proszoną kaszankę z kiszonymi ogórkami i gorącą herbatę, jeszcze msza święta i moje kazanie.

Antoni jest franciszkaninem i chodzi ubrany na brązowo, ja jestem dominikaninem i chodzę ubrany na biało. Różnie ubrani, reprezentujemy dwie różne tradycje i formacje. On franciszkową, ja dominikową.

Święty Franciszek poszedł za Chrystusem dosłownie, aż do ranstygmatów i dlatego dobry franciszkanin powinien dosłownie naśladować świętego Franciszka. Dlaczego? Bo Franciszek naśladował Jezusa. Jasne. Święty Franciszek dosłownie jest czytelny i jest dosłownym odbiciem Chrystusa, w Jego ubóstwie, czystości i posłuszeństwie. Jest jak ewangelie synoptyczne, jest opowieścią. Jest następnie szopką, jasełkami i Grobem Pańskim.

Ja natomiast dosłowność uważam za rzecz oczywistą, ale niewystarczającą. Pociąga mnie metafora. Metaforę uważam za istotę dominikańskiego powołania. Stąd bliski mi jest święty Paweł, podobnie jak świętemu Dominikowi, który nosił ze sobą stale jego listy. Stąd prawdopodobnie nasze wzajemne z Antonim przyciąganie i zarazem odpychanie.

Kiedyś, przed laty, na początku mojej działalności rekolekcyjnej w KędzierzynieKoźlu zostałem zaproszony przez ojca Norberta Sojkę do wygłoszenia rekolekcji. Pamiętam dobrze, mówiłem wtedy o świetle, o tym, że Bóg jest światłem, a Chrystus leczy nas ze ślepoty i przywraca nam wzrok. Na rekolekcje przybył młodziutki Antoni z jakąś watahą młodzieży z Raciborza, a po nauce zrypał mnie ostro, że opowiadam głupstwa. – Cóż to kogo obchodzi, że Bóg jest światłem! – pokrzykiwał na mnie. – Tutaj jest Śląsk, tutaj naucza się konkretnie: dziewuch nie łonaczyć, nie kraść, nie pić, pieniądze przynosić do domu, nie bić się, pyska nie szczerbić, pacierze zmawiać, do kościoła chodzić.

– Toż to upokarzające, tak mówić do młodych ludzi, ja bym się obraził, jakby tak ktoś do mnie mówił – próbowałem się bronić. Rozeszliśmy się, każdy trwając przy swoim. Jednak Antoniego zapamiętałem. Potem widywaliśmy się raz po raz, on przyjeżdżał do mnie do Poznania na noce czuwania z młodzieżą, a ja bywałem we Wrocławiu na Karłowicach z rekolekcjami.

Potem Antoni ukrywał się jakiś czas w Ziemi Świętej, odjeżdżał i wracał, był bliżej i dalej, aż wylądował w moim rodzinnym Prudniku, w klasztorze franciszkanów w Lesie, jako przeor, po ichniemu gwardian, a po świecku przełożony.

Dosłowność Antoniego drażni mnie i męczy, chociaż kaszanka naprawdę była wspaniała i kiszone ogórki rewelacyjne, ale on już taki być musi. Kiedyś przyjechał na Jamną wygłosić kazanie z drabiną, aby zilustrować, że mamy piąć się wzwyż.

Obaj kochamy Pana Jezusa i Chrystusowy Kościół. Chociaż każdy na swój sposób. Antoni bardzo kocha franciszkanów i nie pozwala na ich temat nic złego powiedzieć, ja natomiast wolę dominikanów, nawet takich, jacy są. Po głębszym namyśle okazuje się, że nie jesteśmy dla siebie w ogóle konkurencyjni, ale jesteśmy na pewno komplementarni. Okazuje się, że jesteśmy ostatecznie braćmi, a nie rywalami.

Entuzjazm wiary dla Chrystusa pozwalał nam niejednokrotnie przezwyciężyć depresję. Wskazywał kreatywność i sensowność tej drogi, którą idziemy. Przez te wszystkie lata wyzwala ona pasję i zauroczenie. Są ludzie, którzy chcą nam towarzyszyć. Bogu dzięki nie wpadliśmy ani w alkoholizm, ani w erotomanię. Mamy co robić, nie nudzimy się. Nie oglądamy telewizji. Nie czytamy gazet. Ta droga nas pochłania.

Tą drogą jest sam Jezus. On jest drogą do nas samych. Dzięki Niemu trafiamy do siebie, do drugich, do Boga. Jezus wypełnia nas po brzegi. Jesteśmy jak stągwie z Kany Galilejskiej. Czujemy nad sobą wyciągnięte ręce Jezusa.

My też wyciągamy do Niego ręce. Całujemy Jego ołtarz i Księgę. Usiłujemy nawiązać kontakt z Miłością, a potem już staramy się Nią promieniować, wychodząc naprzeciw innym, ofiarując ich i błogosławiąc, zupełnie tak, jak Melchizedek.

Mówiąc kazanie z okazji 35. rocznicy święceń ojca Antoniego, czułem dolatujący z kuchni zapach kaszanki i kiszonych ogórków zmieszanych z zapachem kadzidła. Swojsko. Jak w domu. Nagle uświadomiłem sobie, że te 35 lat Antoniego, to również moje 35 lat. W jednym roku byliśmy święceni. I tak idziemy razem w tym zaprzęgu, jak Franciszek i Dominik. Nasza przyjaźń jest więc w pewnym sensie archetypiczna. Przepraszam za to porównanie, że jak Franciszek z Dominikiem. Myślę jednak uparcie, że każdy dominikanin powinien mieć za przyjaciela jakiegoś franciszkanina i odwrotnie. Kiedy spotykamy się z Antonim, to śpiewamy, wydzierając się: seraficus pater Franciscus et apostolicus pater Dominicus, ipsi nos docuerunt legem tuam Domine… (seraficzny ojciec Franciszek i apostolski ojciec Dominik, oni nas nauczyli prawa Twego, Panie).

Nie wiem, ile Antoni nasłuchał się potem od braci za moje kazanie o naszym entuzjazmie i radości trwania w kapłaństwie. Wiem, że czasami czyjś entuzjazm może denerwować stojących na zewnątrz. Taka intymna opowieść może drażnić, ale trudno.

Potem poszliśmy na świeżą kaszankę i kiszone ogórki. Były rozmowy i zdjęcia. Następnego dnia w mojej szkole spotkanie z dziewczynami i chłopakami, a potem z Uniwersytetem Trzeciego Wieku. Na koniec odwiedziłem Halinę w żałobie, w aptece, której jest kierowniczką. Opowiedziała mi o ostatnich chwilach Heńka.

Powoli czas wracać. A mnie trapi jedna myśl: ustanowienie w Prudniku Lesie u franciszkanów ważnej stacji duszpasterskiej, upamiętniającej to, że właśnie w Prudniku Prymas Wyszyński wymyślił śluby narodu, aby ratować ojczyznę. Faktycznie napisał je wprawdzie w Komańczy, ale idea powstała w Prudniku. Prymas uznał, że skoro nie ma króla reprezentującego majestat Rzeczypospolitej, a rządzący nie są reprezentantami, ale uzurpatorami, to sam naród, jako taki, godny jest złożyć takie śluby swojej Królowej. W czasach upodlenia i poniżenia, zniewolenia i terroru on wywyższył, podniósł Lud Boży, aby był stroną w dialogu z Maryją. Ocalił jego godność. Mówił o tym później w swoim kazaniu do górali tatrzańskich w Zakopanem w 1957 roku.

Prymas widział w Prudniku tylko skrawek nieba nad opłotowanym kawałkiem ogrodu. Podczas kiedy Wojtek prowadził, myślałem, jakby tu zrobić taki komin, spod którego widać by było ten skrawek prudnickiego nieba, a wyobraźnia dopowiedziałaby resztę. Istnieją przecież nagrania Andrzeja Seweryna prudnickich fragmentów zapisków więziennych Prymasa. Można by zrobić z tego montaż i zachęcać szkoły, aby przybywały tam na lekcje miłości ojczyzny, wolności w zniewoleniu i godności w poniżeniu. Lekcje umiłowania ojczyzny, której po Bogu w porządku miłości w pierwszej kolejności należy się nasza miłość. Tyle czasu marnuje się w szkołach przed maturami i tuż przed końcem roku.

Zawstydziłem się jednak, przecież mnie tam już od dawna nie ma. I nie ja jestem od podpowiadania prudnickim franciszkanom, co mają robić. Dziwię się, że Antoni jeszcze się na mnie nie obraził.

Na tym rozmyślaniu zastały mnie światła Poznania, do którego wjeżdżaliśmy od strony Wrocławia. I jak zawsze jest inaczej. Jechałem powiedzieć kazanie podczas jubileuszu ojca Antoniego, a powiedziałem do siebie i podczas swojego.

Jubileusz Ojca Antoniego
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...