Kamienie i łzy

Paweł Kozacki OP: W naszej kolejnej rozmowie toczącej się wokół sakramentu pojednania chciałbym zapytać, czy spowiedź nie jest celebrowaniem negatywizmu, samooskarżaniem, utrzymywaniem przekonania, że jestem złym człowiekiem?

Wojciech Prus OP: Odpowiadając na to pytanie, przywołałem fragment Ewangelii św. Jana o tym, jak faryzeusze przyprowadzają do Jezusa niewiastę pochwyconą na cudzołóstwie. Przedstawione jest to bardzo plastycznie, bo Jan potrafi skupić się na okolicznościach zdarzenia. Mówi, że Pan Jezus przyszedł do świątyni o brzasku. Faryzeusze stawiają kobietę pośrodku, jak na scenie. Czujemy się, jakbyśmy byli w teatrze. Oto Jezus, który siedzi, tłum, który przyprowadził kobietę, i ona sama pomiędzy nimi. Myślę o przeżyciach ludzi, którzy są bohaterami tego dramatu. Wyobrażam sobie, że w faryzeuszach jest wiele agresji i nieumiejętność rozmawiania. Krzyczą: „Mojżesz nakazał nam w Prawie takie kamienować, a Ty co mówisz? Przed chwilą złapaliśmy ją na cudzołóstwie”. To nie jest zaproszenie do rozmowy, a kobieta jest użyta jako przedmiot, jako pretekst, żeby oskarżyć Jezusa. Dla niej nie ma właściwie miejsca, mimo że stoi w środku. Faryzeusze atakują Jezusa, a nawet więcej — chcą Mu udowodnić, że nie ma racji.

Jak łączysz ten fragment Ewangelii z pytaniem o samooskarżenie i celebrowanie negatywizmu przez spowiedź?

Widzę w tej scenie zapis tego, co się dzieje z człowiekiem pokiereszowanym przez grzech. Nie potrafi dobrze rozpoznawać rzeczywistości: Boga, siebie, innych. Nie potrafi rozmawiać z sobą, Bogiem, innymi ludźmi. Dlatego tematem ewangelii staje się prowadzona przez Jezusa obrona przed fałszem potępiających samooskarżeń. On broni trzech osób: samego siebie, kobiety, ale też i faryzeuszy. Tak, Jezus broni faryzeuszy przed nimi samymi.

Co to ma wspólnego ze spowiedzią?

Spowiedź jest obroną przed samopotępieniem, jest nauką właściwego oceniania siebie. Problemem, który dotknął faryzeuszów, który dotyka każdego grzeszącego człowieka, jest pycha — nieprawdziwe poznawanie świata, niesłuszne sądy i wyroki. Są przekonani, że mają prawo wyrokować, że mogą powiedzieć: „ona powinna być potępiona”. Faryzeuszem, który oskarża kobietę i krzyczy na Jezusa, również Jego oskarżając — jestem też ja. Kiedy zaś mam wrażenie, że mój grzech jest tak wielki, iż nie mogę uzyskać przebaczenia — tą kobietą też jestem ja. Samooskarżenie — oparte na prawdziwych przesłankach: kobieta (tak jak i ja) jest rzeczywiście grzeszna — prowadzi do fałszywego wniosku: nie mam prawa uzyskać rozgrzeszenia. Człowiekowi wydaje się, że może sam ferować wyrok w swojej sprawie i dlatego potępia samego siebie i odcina się od Jezusa. Rezygnuje ze spowiedzi, z prośby o osąd Kościoła. To pycha, bo nie sposób jest właściwie ocenić siebie samego. Człowiekowi w konsekwencji grzechu zamazuje się prawda o sobie samym.

W takiej sytuacji mamy do czynienia z agresją wobec samego siebie, złością na siebie z tego powodu, że popełniłem grzech.

Kiedy człowiek odkrywa, że źle postąpił, zwłaszcza wtedy, gdy zależy mu na jakimś dobru, to konsekwencją często jest złość na siebie: „Widzisz, jaki jesteś głupi, znów źle postąpiłeś”. Powodowany pychą, fałszywym postrzeganiem rzeczywistości, patrzy na siebie jakby był Bogiem. Spodziewa się po sobie bezgrzeszności, traktuje siebie jak herosa, któremu nie ma prawa się zdarzyć nic złego. Ponadto traktuje jednostkowe zdarzenie jak prawdę absolutną. Tej kobiecie przydarzyło się cudzołóstwo, ale to nie znaczy, że jest cudzołożnicą na zawsze i nie ma dla niej ucieczki.

Praktykowanie spowiedzi, paradoksalnie, pomaga poradzić sobie ze skłonnością do oceniania siebie wyłącznie poprzez aktualne upadki. Każdemu człowiekowi łatwiej jest dostrzegać własne upadki aniżeli dobro, które przychodzi na świat przez jego ręce. A spowiedź uczy równowagi spojrzenia, podpowiada, jak definiować siebie. Jeżeli na przykład miałbym zapytać siebie, „czy jestem czystym człowiekiem?”, ciekawe, co jako pierwsze nasuwa się mojej wyobraźni. Co w ostateczności decyduje o odpowiedzi? Pewnie spontanicznie wielu ludzi odpowiedziałoby na pytanie o czystość negatywnie, bo wielu ma problemy ze sferą seksualności. W poszukiwaniu zrównoważonej odpowiedzi ważne byłoby uwzględnienie faktu, że jest chwila upadku i równocześnie jest 99 innych chwil, które są pełne czystości. Rachunek sumienia uwzględniający nie tylko grzech, ale i dziękczynienie za otrzymane dobro, pomaga to zobaczyć. Jeżeli przydarzają się upadki, to ogromnie ważny w formułowaniu odpowiedzi jest fakt spowiadania się oraz pragnienie tego. Mogę powiedzieć: „Jestem czysty, ponieważ trwam w stanie łaski od ostatniej spowiedzi”, albo też — jeżeli upadłem i jeszcze nie udałem się do spowiedzi, ale podjąłem decyzję o przystąpieniu do sakramentu — „Nie jestem człowiekiem czystym ani nieczystym, jestem człowiekiem powrotów. Znacznie bliższym czystości aniżeli nieczystości, nawet jeżeli przydarzają się tutaj upadki. Bo się spowiadam”.

Trzeba odróżnić stwierdzenie „jestem alkoholikiem” od „jestem pijany”. Przez analogię można by powiedzieć: „Jestem grzesznikiem, choć teraz jestem czysty”.

Czyli mogę powiedzieć, że jestem czysty, nawet jeśli ta czystość trwa jeden dzień.

Dlaczego oskarżenie kobiety przez faryzeuszy jest oskarżeniem Pana Jezusa? Jeżeli człowiek krzyczy na siebie, dlaczego oskarża Jezusa?

Faryzeusze chcieli udowodnić Jezusowi, że jest nieprawomyślnym nauczycielem, chcieli Go wystawić na próbę. Jeśli potępiam samego siebie, to również oskarżam Jezusa, bo — nawet niekoniecznie świadomie — nie zgadzam się z Jego miłosiernym spojrzeniem. Podskórnie chcę Mu powiedzieć, że nie jestem dobry. Ludzie często nie mówią, że przydarza im się zło, ale „jestem zły”.

…i szukają potwierdzenia tego u Pana Jezusa?

W skrajnych przypadkach chcą, by kapłan, który reprezentuje Pana Jezusa, potępił ich. To jest takie testowanie Bożej miłości, czy ona rzeczywiście jest wobec mnie bezgraniczna i czy Pan Jezus pójdzie za mną do samego końca i powie, że i tak mnie kocha, niezależnie od tego, co zrobię.

Gdy mówisz o testowaniu, przypominają mi się dzieci z domu dziecka, które w rodzinie zastępczej muszą najpierw wypróbować miłość przybranych rodziców.

Człowiek chce przetestować, czy Pan Jezus rzeczywiście go kocha, i oskarża samego siebie, obserwując, czy On przyłączy się do potępienia i powie mu: „Jesteś zły”.

Występuje tu też złudzenie, że można wymierzyć sprawiedliwość. W spowiedziach ludzie mają pretensje o zbytnią łagodność. Czasami wręcz się domagają: „Niech mi Ojciec da solidną pokutę! Dlaczego Ojciec nie nakrzyczy na mnie?”. Myślą, że przez karę zostaną odkupieni. To też jest niezgoda na miłosierdzie.

Tu jest jeszcze tęsknota za konkretem, który można trzymać w ręku. Człowiek chciałby wiedzieć, dlaczego jest dobry, dlaczego nie musi zasłużyć na miłość. Kiedy ktoś na siebie krzyczy i usłyszy, że Jezus mówi mu: „Nie jesteś zły, choć popełniasz złe czyny”, zaczyna czasem naciskać na spowiednika: „Udowodnij mi, że nie jestem zły”. Przyjęcie tej perspektywy prowadzi donikąd, bo będę udowadniał i pokazywał, a taka osoba będzie mówić w kółko: „Nie, to nieprawda”. Może zresztą zawsze zgrzeszyć na potwierdzenie tych swoich racji. Z drugiej strony, gdybym poszedł drogą napiętnowania, ostrych pokut, to ten ktoś wcale nie byłby zadowolony, że został potępiony.

I co dalej? Człowiek przychodzi, potępia, krzyczy na siebie, oskarża Chrystusa, testuje Jego miłość. Jaka jest odpowiedź Jezusa?

Zanim powiemy o treści odpowiedzi Jezusa, trzeba powiedzieć o sposobie, w jaki On odpowiada. Ewangeliczna scena mówi, że Jezus się pochylił. Faryzeusze krzyczą, są w ferworze, bo złapali kobietę na cudzołóstwie, a Jezus zaczyna coś sobie pisać na ziemi. Ten gest jest po to, by wytrącić ich z równowagi. To tak, jakby wprowadzić w utworze muzycznym dysonans, żeby coś zaczęło zupełnie inaczej brzmieć, żeby odwrócić akcję, żeby wytrącić im z rąk argumenty.

Oni mają w rękach kamienie…

Mają w rękach kamienie, mają w sobie agresję. Jezus jest bezbronny i przypomina miłosiernego ojca rozmawiającego z synem marnotrawnym. Syn przyszedł ze scenariuszem, żeby odzyskać chociażby cząstkę utraconego dziedzictwa. Ojciec nie rozmawia na tym poziomie, lecz proponuje ucztę. Pan Jezus też nie przyjmuje zaproponowanej płaszczyzny, wchodzi w inną przestrzeń, w ogóle z nimi nie rozmawia. Kiedy oni nadal się nie uciszają, wypowiada jedno zdanie: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy na nią rzuci kamień”. Nikt z was nie ma prawa oceniać, ponieważ jako grzesznicy macie odnośnie do tej kobiety i odnośnie do samych siebie zamazany sąd. Wasze widzenie jest naznaczone grzechem.

Analogicznie można powiedzieć, że tutaj pojawia się konieczność spowiedzi, konieczność spotkania ze spowiednikiem, kimś zewnętrznym wobec mnie samego, wobec mojego skażonego grzechem osądu. Mam nieprawdziwą ocenę swojego grzechu — albo go nie widzę, jeśli jestem zatwardziałym grzesznikiem, albo uznaję za poważniejsze grzechy, które wcale nie są tak poważne. Pan Jezus mówi: „Jeśli jesteś grzesznikiem, to nie możesz rzucać kamieniem, nie możesz wydawać sądu na temat samego siebie, bo jesteś tym, kto został postawiony w środku sceny, w środku tego zdarzenia”.

Jednak spowiedź wymaga oskarżenia samego siebie, wymaga wyznania grzechów.

To prawda, kiedy przygotowujemy się w rachunku sumienia do spowiedzi, oceniamy. Jednak między pychą a pokorą jest ta różnica, że nazywam grzechy w sobie tak, jak potrafię je rozpoznać i ocenić, mając świadomość, że do końca nie mam precyzji sądu. Nazywając grzech, zanoszę swoje rozeznanie spowiednikowi, potrzebuję kogoś z zewnątrz, żeby mi powiedział, czy mój osąd jest właściwy. Oczywiście można powiedzieć, że im bliżej jestem Pana Boga, im bardziej rozwijam w sobie sumienie, tym mój sąd jest precyzyjniejszy, ale nawet wtedy powinienem zachować pokorę, wiedząc, że nie mam całości osądu samego siebie.

Czy można powiedzieć, że spowiedź wymaga nie tyle oskarżenia samego siebie, ile opisania swojego grzechu?

Raczej widziałbym różnicę między opisaniem, które też jest oskarżeniem (tradycyjnie tak zwykliśmy nazywać wyznawanie grzechów), a wydaniem wyroku. W spowiedzi słychać, kiedy ludzie sami się potępiają, sami się biczują i poniżają, mówią, jacy są źli. Jakby już dokonywali sądu, nakładali sobie pokutę. Tymczasem wnikliwość rachunku sumienia ma polegać na oskarżeniu — pełnym opisaniu tego, co się stało, przy jednoczesnym zawieszeniu ostatecznego wyroku wobec samego siebie. W tym momencie wykonujemy gest zaufania.

Czytając tę Ewangelię, zastanawiałem się nad tymi, którzy nie mogą otrzymać rozgrzeszenia i trwać w pełnej komunii z Kościołem, bo okoliczności życia przynajmniej czasowo im to uniemożliwiają. Chodzi mi na przykład o ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych. Jednak nawet tutaj jest przestrzeń dla gestu pokornego zaufania, opisania sytuacji i zawierzenia jej Kościołowi, tym osobom, które w Kościele sakramentalnie reprezentują Chrystusa.

Znam osobę żyjącą w związku niesakramentalnym, która przychodzi i się spowiada, chociaż wie, że nie otrzyma rozgrzeszenia. Jednak chce w spowiedzi wypowiedzieć wszystkie grzechy, które popełnia.

To jest niesamowity przykład. Nie ma rozgrzeszenia, czyli pełni komunii z Kościołem, ale jest gest pokory, dania swojego życia, przez to, że opisuje siebie, daje siebie całą, zawierza siebie Kościołowi, taką jaka jest. Oczywiście pozostaje pytanie, co z przemianą życia takiej osoby.

Co powiesz o błędach kapłanów w trakcie spowiadania? Może bowiem się zdarzyć, że grzesznik opisze siebie, ale nie będzie miał pewności, czy spowiednik nie pomyli się w ocenie jego życia.

Jasne, spowiednik jest tylko człowiekiem. Trzeba jednak uważać, by przez zbytnie roztrząsanie tego aspektu spowiedzi nie podważać zaufania wiary. Ono jest kluczowe dla sakramentu. Ostatecznie wierzę, że Pan Bóg posługuje się tym człowiekiem, który mnie spowiada, że właściwie to Bóg słucha mojego wyznania. On mnie poucza, posługując się konkretnym kapłanem. I nie do mnie, który przychodzi do spowiedzi, należy zajmowanie się tym, czy ksiądz się pomyli, czy nie pomyli, bo tego nie wiem. Gdybym poszedł tą ścieżką, znowu wydawałbym osąd we własnej sprawie — oceniałbym spowiednika, czy dobrze mnie spowiada. Do mnie należy gest zaufania, czyli przedstawienia całości życia. W świetle wiary możemy stwierdzić, że jeżeli człowiek w pełni zaufania odsłania siebie, to nawet gdyby ksiądz sugerował rzeczy nie do końca precyzyjnie, z domieszką błędu, ten błąd nie będzie dotykał duszy tego, który się spowiada, bo jego zaufanie roztacza nad nią swego rodzaju parasol. Kiedyś słyszałem audycję, w której dwie siostry ze Wspólnoty Błogosławieństw opowiadały o problemie sekt we Francji. Prowadzący zadał pytanie, jak człowiek ma rozeznać, czy bioenergoterapia lub inna forma medycyny niekonwencjonalnej jest sekciarska. Te siostry powiedziały, że ma pójść do swojego proboszcza i ma go zapytać. Pomyślałem, co taki biedny proboszcz może wiedzieć o Misji Czaitanii czy Reiki albo na temat tego, która forma alternatywnej medycyny jest bezpieczna. Jednak w tej odpowiedzi jest geniusz zmysłu kościelnego, czyli zmysłu wspólnoty, która opiera się na zaufaniu. Nawet jeżeli ten proboszcz powiedział, że nie ma nic zdrożnego w bioenergoterapii, to jednak gest zaufania jest tarczą, która będzie chroniła człowieka przed duchowym złem, przed zgubnymi dla jego duszy skutkami okultystycznej metody leczenia. To samo można powiedzieć odnośnie do spowiadania.

Niektórzy ludzie nie chcą przychodzić do spowiedzi, bo twierdzą, że to ich poniża, odbiera im godność.

Trzeba zawsze bardzo zadbać o godność człowieka, który się spowiada. Godność zapewnia się też przez to, że daje się wybór, nawet zmniejszony, ale realny. Alkoholik na przykład nie ma się spowiadać ze spożywania alkoholu, kiedy był w ciągu, ale z tego, co mógł zrobić, nim się w ciągu znalazł. Mógł na przykład chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików. Przesuwa się punkt ciężkości, ale człowiek ma możliwość dokonania wyboru. Katechizm Kościoła Katolickiego bowiem mówi, że w nałogach wolność się zmniejsza. Gdy próbuję wytłumaczyć tę zasadę ludziom, którzy mają de facto mniejszą przestrzeń wolności, to reagują bardzo podejrzliwie, jakby na ich użytek zmniejszało się wymagania Kościoła.

Bywa przecież, że coś, co zwykle jest grzechem, w sytuacji jednostkowej nie jest nim. Trudno jest to przyjąć komuś, kto znalazł się w dramacie nałogu. Często ludzie woleliby w takich sytuacjach usłyszeć, że są wielkimi grzesznikami. Jakby stwierdzenie, że nałóg, w który niestety popadli, zmniejsza wolność, odbierało poczucie godności. Dlatego trzeba równocześnie pokazywać ich możliwości, prowokować do skorzystania z posiadanego wciąż, choć zmniejszonego, zakresu wolności. Tak postępuje Pan Jezus. Faryzeusze odeszli, bo Jezus kazał im się zastanowić nad samymi sobą. To odchodzenie było gestem pokory, rozkrzyczany tłum otrzymał szansę, by stać się grupą jednostek podejmujących indywidualne wybory.

Również to, co się dzieje między Panem Jezusem a niewiastą, jest przywracaniem godności. To niesamowite, że przez cały czas nikt z tą kobietą nie rozmawiał. Niby była przyczyną zamieszania, była w środku, ale nikt się nią nie zajmował. Pierwszy, który zaczyna do niej mówić, to Jezus. Tu się dokonuje to, co sprawia Duch Święty, którego nazywa się Parakletem, czyli Obrońcą. Duch Święty broni mnie przed diabłem używającym człowieka jako potępiającego samooskarżyciela. Wcześniejsze schylenie się Jezusa, pisanie na piasku, było gestem niezwykłej delikatności. Wydaje się, że On nie tylko pragnął wytrącić faryzeuszów z ich toku rozumowania, ale również nie chciał patrzeć na tę kobietę, bo ona, słuchając krzyku oskarżeń, była skłonna uwierzyć, że faryzeusze mają rację. Jeżeli ktoś przychodzi do nas z potępiającym samooskarżeniem, lepiej wtedy nie podejmować rozmowy na tym poziomie. Gdy w człowieku jest krzyk: „Jestem głupi, zobacz, jaki jestem głupi, zobacz, jaki jestem niedobry, zobacz, jaki jestem zły”, należy najpierw go wyciszyć, uspokoić, dać mu poczucie bezpieczeństwa, a potem dopiero rozmawiać.

Co Pan Jezus ma do zaproponowania cudzołożnicy? Jaka jest Jego odpowiedź na potępiające oskarżenia i samooskarżenia? Co decyduje, że Pan Jezus wchodzi w rozmowę?

Ta ewangelia jest o walce, o tym, żeby rozmawiać prawdziwie z człowiekiem. Potrzebuję Jezusa po to, żeby dowiedzieć się prawdy o samym sobie, i to jest wyrażone w Kościele w sakramencie spowiedzi. Kiedy odeszli oskarżyciele, skończyły się ujadania wokół kobiety, zapadła cisza i nastąpił nowy akt stworzenia. Ta kobieta na nowo jest stwarzana przez Jezusa, to są jej nowe narodziny. Jezus patrzy na człowieka, który popełnił zło. W tym spojrzeniu jest afirmacja, przypomnienie, że on wyszedł z Bożej ręki. Pierwsze przesłanie mówi kobiecie, że jest warta rozmowy, że nikt jej nie potępia… Drugie przesłanie zawarte jest w słowach: „Idź i nie grzesz więcej”.

Z tej ewangelii wynika, że człowieka nikt prócz Boga nie może na tej ziemi potępić, bo wszyscy są grzesznikami. Od tego momentu zaczyna się prawdziwa rozmowa z cudzołożnicą. Prawdziwa, bo dotyczyć będzie tego, co zrobić, żeby więcej nie grzeszyć. Tu bardzo wyraźnie widać, że kiedy opisane zdarzenie się kończy, tak naprawdę dopiero się zaczyna. Ile trzeba było zmagań, ile walki Jezusa z szatanem, który używał oskarżycieli, żeby dojść do tego punktu. Można tutaj poczuć się jak po sportowej walce i zmaganiu — poczuć zmęczenie. Mogę też spróbować sobie wyobrazić, jak inaczej mogłaby się potoczyć ta sytuacja. To ja dowiaduję się, że ta kobieta popełniła cudzołóstwo. Co zrobić, żeby ona z tego wyszła? Jak mógłbym jej pomóc?

Dla mnie w słowach: „Idź i nie grzesz więcej” zawarta jest odpowiedź dla tych, którzy twierdzą, że powinniśmy być dla siebie bardziej tolerancyjni, wyrozumiali, akceptować swoje słabości… Te słowa oznaczają, że wszystko, co dotąd powiedziałeś o rezygnacji z potępiającego samooskarżania siebie, nie jest przejawem liberalizmu moralnego, niezwracania uwagi na grzech.

Jest to zawarte w sformułowaniu Jezusa: „Jeżeli ktoś jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”. Zostaję zaproszony, by poznać samego siebie — odkryć, że jestem grzesznikiem. Poznać siebie oznacza też, że odkrywam swoje ograniczenia będące skutkami grzechu. Jednym z tych ograniczeń jest zamazanie osądu samego siebie i innych ludzi. Zresztą nie da się zapomnieć o swoich grzechach, nie być ich świadomym, bo stanowią integralną cząstkę mojego życia — są częścią mojej historii. Niekiedy ludzie próbują zapomnieć. Ale skutkiem zapominania jest wymazywanie części samego siebie, własnej historii. A to przecież też jestem ja. Potrzebne jest zatem rozpoznawanie grzechu, bym mógł ogarnąć całość własnego życia, ale też powierzenie go Kościołowi, oddanie w geście zaufania, aby śmiercionośny jad, który jest obecny w grzechu, został wyrzucony. W przeciwnym wypadku nie dałoby się pamiętać o tym, że jestem grzesznikiem. Bez spowiedzi, bez oddania grzechu Chrystusowi przez posługę Kościoła, świadomość własnych grzechów zabija, bo mają one w sobie ten śmiercionośny jad.

W spowiedzi jest zatem element poznawania siebie (można go nazwać elementem dotykającym wymiaru psychicznego), ale prowadzi on do aspektu ważniejszego jeszcze z punktu widzenia wiary. Chodzi o zabranie ode mnie śmierci, którą noszę w sobie przez grzech. W geście wypowiedzenia, wyznania na spowiedzi dokonuje się przez wiarę przyjęcie przez Jezusa zmartwychwstałego tej śmierci i obdarowanie w zamian życiem. Pan Jezus, mówiąc do niewiasty, która popełniła cudzołóstwo: „Nikt cię nie potępił” i zaraz dodając: „Idź i nie grzesz więcej”, daje jej nowe życie, nie tylko w tym znaczeniu, że zagrożona ukamienowaniem może odejść wolna, ale jako moc, do której będzie mogła się odwołać. Może żyć po tym, co zrobiła, może o tym pamiętać, a równocześnie ta pamięć nie będzie jej wciągała w otchłań, bo śmiercionośny jad grzechu został usunięty.

Wybiegając do przodu, można powiedzieć, że Pan Jezus nie potępia, bo został potępiony, został skazany, został zabity i zwyciężył śmierć przez zmartwychwstanie. Pokonał oskarżyciela i oskarżenie. Kobieta przechodzi podobną drogę — o brzasku dnia, po nocy spędzonej w cudzym łóżku, wywlekają ją na ulicę, krzyczą, zaciągają do świątyni, droga z miejsca cudzołóstwa na dziedziniec świątyni była drogą na szafot. Ona chyba nie widziała już dla siebie nadziei, w swoim mniemaniu była już martwa. Chrystus ją dosłownie ocalił.

I w tym znaczeniu jest to też ewangelia opisująca cud, bo rzeczywiście wszystko tak się powinno potoczyć, sytuacja była doprowadzona do granicy śmierci. Tu w sensie dosłownym Chrystus jest tym, który daruje jej życie, ona żyje dzięki Niemu. Obrona każdego z nas dokonuje się mocą Wielkiego Piątku.

W słowach: „Idź i nie grzesz więcej” jest jeszcze coś więcej: to, że Pan Jezus nie lekceważy grzechu.

Bo grzech to śmierć. Ta ewangelia uczy, jak opisać siebie bez samooskarżania oraz jak opisać grzech bez lekceważenia. Tu nie ma nic w stylu: dziewczynko, nie przejmuj się, idź, rób, co chcesz. Grzech to śmierć w sensie metafizycznym. Nie można jej przeceniać ani lekceważyć.

Rozmowy Pawła Kozackiego OP z Wojciechem Prusem OP ukazały się na łamach naszego miesięcznika: Przywracanie życia „W drodze” 4/2002 oraz Siedemdziesiąty siódmy powrót „W drodze” 2/2003.

Kamienie i łzy
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...

Kamienie i łzy
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....