Kapłański styl

Jedna z zasad, którymi kierował się ks. Aleksander Woźny, mówiła, że kapłan powinien robić tylko to, w czym nie mogą go zastąpić ludzie świeccy. Wszystko inne należy im powierzyć do wykonania.

„Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9,16) – te słowa św. Paw­ła z 1 Listu do Koryntian umieściłem na moim prymicyjnym obrazku w 1991 roku.

Pierwszy raz zetknąłem się z nimi zupełnie przypadkiem, gdy przeglądając starą książeczkę do nabożeństwa, znalezioną w domowej biblioteczce, znalazłem obrazek z 1983 roku z okazji 50-lecia święceń kapłańskich wieloletniego proboszcza parafii pw. św. Jana Kantego w Poznaniu ks. Aleksandra Woźnego. Później dowiedziałem się, że te same słowa umieścił na swoim obrazku prymicyjnym.

Do dzisiaj zastanawiam się, co sprawiło, że wybrałem ten sam cytat? Co skłoniło mnie do powtórzenia za księdzem Woźnym słów św. Pawła?

Dlaczego także ja?

Mieszkałem w parafii św. Jana Kantego od dziecka. Jako mały chłopiec bałem się chyba mojego proboszcza. Pamiętam kolejki penitentów, którzy ustawiali się przed jego konfesjonałem. Trochę mnie one przerażały. Tylko raz byłem u niego u spowiedzi, przed pierwszą komunią świętą…

Miałem 17 lat, gdy ksiądz Woźny umarł. Dwa lata później poszedłem do seminarium i dopiero wtedy tak naprawdę rozpoczęło się moje poznawanie jego osobowości i odkrywanie jej bogactwa przez rozmowy z tymi, którzy go znali – duchownymi i świeckimi, przez lekturę jego kazań i nauk rekolekcyjnych, przez słuchanie archiwalnych nagrań z prowadzonych przez niego rekolekcji czy nabożeństw. I tak dojrzałem do decyzji, aby właśnie jemu poświęcić swoją pracę magisterską z teologii pastoralnej.
Gdy z perspektywy upływającego czasu zastanawiam się, dlaczego na obrazku prymicyjnym powtórzyłem te same słowa św. Pawła, wydaje mi się, że najbardziej ujął mnie styl kapłańskiej posługi ks. Woźnego otwartej na współpracę z osobami świeckimi, na nowe ruchy, rodzące się w Kościele po Soborze Watykańskim II, w których widział szansę odnowy życia kościelnego (parafialnego i wspólnotowego) i braterstwo w relacjach z innymi prezbiterami.

W tych wszystkich trzech obszarach widać było żywą troskę księdza Woźnego o głoszenie Ewangelii Jezusa Chrystusa i choć nie sposób pominąć jego gorliwości w konfesjonale (niektórzy nazywają go „męczennikiem konfesjonału” albo „świętym spowiednikiem”) i zapału, z jakim podejmował prowadzenie rekolekcji w parafiach, seminariach duchownych i domach zakonnych całej Polski, to jednak dopuszczenie świeckich do pracy apostolskiej w parafii, zaproszenie tam nowych ruchów kościelnych i miłość braterska są tym, co mnie najbardziej pociąga i fascynuje w postawie proboszcza „od św. Jana Kantego” w Poznaniu.

Nie zostawiać ich w kruchcie

Mówi się często o nowym stylu duszpasterstwa w Kościele wprowadzonym przez Sobór Watykański II (do dziś z trudem realizowanym w wielu polskich parafiach), w którym obok osób duchownych ważną rolę odgrywają również osoby świeckie. Duszpasterstwo w parafii św. Jana Kantego w Poznaniu ks. Woźny opierał w dużym stopniu na zaangażowaniu świeckich. Nie chodzi tu jednak tylko o tzw. rady parafialne (duszpasterskie i ekonomiczne), mające zwykle (również dzisiaj) tylko głos doradczy. Ksiądz Woźny znaczną część odpowiedzialności za głoszenie Ewangelii przeniósł na osoby świeckie. Trzeba przypomnieć przede wszystkim powierzenie im katechezy parafialnej. Wśród gorliwych parafian szukał odpowiedzialnych osób, które po odpowiednim przygotowaniu prowadziły spotkania katechetyczne dla małych grup dzieci i młodzieży. Sam troszczył się o formację tych osób, organizując dla nich spotkania, dni skupienia czy rekolekcje, ale też stawiał im określone wymagania: codzienny lub częsty udział w Eucharystii, przynajmniej średnie wykształcenie, łatwość kontaktu z dziećmi, zainteresowanie sprawami Kościoła i stale uzupełniana wiedza religijna. Zależało mu bardzo na tym, aby Ewangelia była głoszona nie tylko przez księży czy siostry zakonne. Widział potrzebę katechizowania w małych grupach i właśnie dlatego angażował do pracy katechetycznej osoby świeckie, które mogły się spotykać z dziećmi czy młodzieżą w różnych porach dnia, gromadząc wokół siebie kilka czy kilkanaście osób. Na katechezie w małej grupie panowała rodzinna atmosfera, która sprzyjała spontaniczności i szczerości, a także otwartości w rozmowie i modlitwie. W dużej parafii katecheza oparta tylko na księżach sprowadzała się do rzadkich spotkań w bardzo licznych grupach katechizowanych. Gdy nadchodził czas adwentowych spowiedzi, odwiedzin duszpasterskich, czyli tzw. kolędy, wielkopostnych rekolekcji, lekcje religii często były odwoływane. Nie tak dawno spotkałem człowieka, który jako student był moim katechetą. Prowadził katechezę w okresie kolędy, zastępując księdza wikariusza. W innych parafiach w tym czasie dzieci i młodzież miały przerwę w katechezie – u św. Jana Kantego katecheza odbywała się bez zakłóceń dzięki zaangażowaniu w nią osób świeckich. Oczywiście nie brakło też katechetów, którzy uczyli religii przy parafii przez cały rok (nie tylko w okresie wzmożonej pracy duszpasterskiej księży). Katecheci świeccy w parafii tworzyli małą wspólnotę, która się regularnie spotykała w celu wymiany doświadczeń i dokształcenia religijno-metodologicznego. Katecheci byli wolontariuszami – nie otrzymywali wynagrodzenia. Prowadzenie jednej grupy dzieci lub młodzieży nie kłóciło się z ich pracą zarobkową.

Ciekawym doświadczeniem było też włączenie w katechezę rodziców dzieci przedszkolnych i ze szkoły podstawowej. Z dwóch godzin katechezy tygodniowo jedna odbywała się przy parafii i uczestniczyli w niej również rodzice dzieci katechizowanych. Po zakończeniu katechezy w salce parafialnej rodzice otrzymywali konspekt katechezy domowej, którą mieli przeprowadzić ze swoimi dziećmi. Kolejne spotkanie w parafii rozpoczynało się od podsumowania katechezy domowej. To przypominało rodzicom o ich obowiązku głoszenia Ewangelii dzieciom.

Potwierdzeniem otwarcia księdza Woźnego na współpracę z osobami świeckimi i zaufania, jakim ich darzył, jest też zaangażowanie lekarzy, nauczycieli i prawników w prowadzenie wykładów w ramach zorganizowanego po raz pierwszy w 1947 roku (!) kursu przygotowania rodzinnego. Był to ewenement na skalę kraju. Kilka lat później (1954 rok) powstała przy parafii poradnia małżeńska i rodzinna, którą od początku prowadziły osoby świeckie. Jedna z zasad, którymi kierował się ks. Woźny, mówiła, że ksiądz powinien robić tylko to, w czym nie mogą go zastąpić ludzie świeccy. Wszystko inne należy im powierzyć do wykonania. Nie obawiał się inicjatywy świeckich, ufał im.

„Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” – głosił Ewangelię nie sam, ale przy współudziale wszystkich, którzy są również do tego powołani.

Odwaga wobec świata

Współpraca ze świeckimi i ich zaangażowanie w życie duszpasterskie parafii wiąże się też z otwarciem ks. Woźnego na nowe ruchy powstające w Kościele pod wpływem Soboru Watykańskiego II. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że był duszpasterzem odważnym. Wielu księży z ostrożnością, a czasami nawet niechęcią odnosiło się do docierających do Polski kościelnych „nowinek”. W parafii św. Jana Kantego w kwietniu 1956 roku (a więc jeszcze przed soborem) wprowadzono cotygodniowe nabożeństwo do Ducha Świętego – rzadko spotykane w innych parafiach. Nabożeństwo – nazywane nowenną do Ducha Świętego – było powiązane z pięciominutową nauką o charakterze teologicznym, biblijnym – czymś, co moglibyśmy nazwać katechezą dorosłych, którą prowadzili znani w Poznaniu bibliści (np. ks. Jan Kanty Pytel). Wprowadzenie nabożeństw do Ducha Świętego było nowatorskim działaniem, wyprzedzającym w pewien sposób myśl ojców soborowych, którzy przypomnieli o obecności i działaniu Ducha Świętego w Kościele.

W duszpasterskich działaniach ks. Woźnego nie zabrakło miejsca dla pierwszych w archidiecezji poznańskiej i jednych z pierwszych w Polsce grup związanych z ruchem Światło – Życie, Odnową w Duchu Świętym, Drogą Neokatechumenalną. Stała za tym, jak powiedziałem, odwaga ks. Woźnego, ale też głębokie przekonanie o konieczności odnowy Kościoła (zwłaszcza w jego lokalnym – parafialnym wymiarze) i szukania nowych i bardziej skutecznych sposobów dotarcia do współczesnego człowieka z Dobrą Nowiną. Ksiądz Woźny budował parafię jako wspólnotę, jako „rodzinę rodzin”, w której każdy znajduje przestrzeń do realizacji swoich charyzmatów. Tworzył wspólnotę na wszystkich poziomach i we wszystkich przekrojach duszpasterskiego oddziaływania – od najbliższych współpracowników proboszcza poczynając, na grupie przedszkolaków i ich rodziców kończąc. Wiedział, że choć praca duszpasterska powinna obejmować przede wszystkim ogół wiernych, przychodzących do kościoła w niedzielę, to nie wolno zaniedbywać formowania elity grupującej się w małych wspólnotach, opierając na niej wiele duszpasterskich poczynań. Warto podkreślić, że otwarcie duszpasterstwa na nowe formy nie ograniczało się do jednego czy drugiego nurtu – w parafii św. Jana Kantego było miejsce dla różnych dróg – tak aby parafianie mogli znaleźć duchowość, która najbardziej im odpowiadała. Myślę, że taka postawa ks. Woźnego była wyrazem jego troski o znalezienie nowych, jak najbardziej skutecznych metod głoszenia Ewangelii. Był nowoczesnym duszpasterzem, przywiązanym do przeszłości, ale równocześnie otwartym na to, co nowe.
„Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” – głosił Ewangelię nie tylko tradycyjnymi metodami, ale też przy współudziale ruchów i wspólnot działających w Kościele.

Szacunek i pokora

Na koniec zostawiłem to, co w skrócie można określić jako miłość braterską. Ksiądz Woźny kochał braterską miłością swoich parafian, kochał swoich penitentów, z całą pewnością kochał swoją rodzinę. Nie sposób jednak pominąć jego stosunku do współbraci – księży, z którymi współpracował. Odnosił się do nich z wielkim szacunkiem, był bardzo pokorny (zwłaszcza wobec przełożonych, ale nie tylko), chętnie służył swoim wikariuszom, wyręczał ich w kapłańskich obowiązkach, lubił się z nimi razem modlić, czekał na nich na plebanii z gorącą herbatą… Wszystkich szanował. Wszystkim niósł pomoc. Zrezygnował z paternalizmu – zarówno w kontaktach ze świeckimi, jak i z młodszymi braćmi w kapłaństwie. Przyjaźnił się z wieloma parafianami, choć nikogo nie wyróżniał. Żył dla innych. Spełniał w duchu Ewangelii wszelkie, nawet trudne prośby innych osób. Był bez reszty uczynny wobec księży. Często ich odwiedzał. O nikim źle nie mówił. Był bardzo dyskretny. Nikomu ze swoich współpracowników nie chciał sprawiać przykrości. Gdy uznał, że źle się zachował wobec któregoś z nich, potrafił przy wszystkich (np. w zakrystii po zakończeniu Eucharystii) uklęknąć i powiedzieć: „Przepraszam i proszę o przebaczenie”. Dla wielu księży był jak dobry ojciec (niektórzy tak go nazywali i zwracali się do niego: ojcze), potrafił każdego serdecznie przytulić do serca. Zabiegał o rodzinną atmosferę na plebanii. Był dobrym i bardzo skromnym człowiekiem. W połowie 1983 roku, krótko przed śmiercią, źle się poczuł. Sam wezwał pogotowie, żeby nie sprawiać kłopotu innym księżom. Po chwili jednak obudził jednego z wikariuszy, ale nie po to, aby poprosić o pomoc, lecz aby przekazać mu kartki na paliwo, które jemu w szpitalu nie będą potrzebne…

Kapłańskie braterstwo znajdowało też wyraz w postawie, którą przyjmował, gdy inni źle mówili o księżach. Pytał wtedy tych, którzy mieli jakieś zarzuty pod adresem jego współpracowników, czy się za nich modlą. Stawał w obronie każdego księdza. Swoich współpracowników – księży starał się zawsze zrozumieć, służył im radą i pocieszał w najtrudniejszych sytuacjach.

„Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii” – głosił Ewangelię nie tylko słowem, ale też świadectwem braterskiej miłości do każdego człowieka.

„Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”

Gdy w 1991 roku podczas prymicyjnej Eucharystii w kościele św. Jana Kantego w Poznaniu powtarzałem za ks. Woźnym słowa św. Pawła, nawet nie przypuszczałem, że za kilka lat będę głosił Ewangelię nie tylko z tradycyjnej, kościelnej ambony… Praca w „Emaus – Katolickim Radiu Poznań” czy redagowanie miesięcznika „Biblioteka Kaznodziejska” to konkretny sposób realizacji kapłańskiego powołania, ale równocześnie fascynująca przygoda głoszenia Ewangelii. Prasa, a nade wszystko radio i telewizja, to ważne narzędzia, z których mogę bezpośrednio korzystać, głosząc Dobrą Nowinę. Bycie księdzem i kaznodzieją, a równocześnie dziennikarzem daje mi też mnóstwo okazji do współpracy z osobami świeckim, bez których udziału głoszenie Ewangelii nie byłoby dzisiaj możliwe. Cieszę się, że jako ksiądz i redaktor naczelny w jednej osobie mogę mieć wokół siebie tak wielu współpracowników i przyjaciół, z którymi – trochę tak, jak św. Paweł i trochę tak, jak ks. Aleksander Woźny – próbujemy rozumieć konieczność głoszenia Ewangelii i uczymy się służyć sobie nawzajem w miłości.

 * * *

25 czerwca 2010 roku minie setna rocznica urodzin księdza Aleksandra Woźnego. Będzie ona dobrą okazją, aby przypomnieć, jak głosił Ewangelię, ale też – ucząc się od niego – spróbować dostrzec potrzebę ciągłego otwierania się na świeckich współpracowników, odczytywania znaków czasu i wsłuchiwania się w głos Ducha Świętego, który wyznacza drogę Kościołowi oraz podejmowania w duchu miłości posługi wobec sióstr i braci.

Kapłański styl
ks. Maciej Karol Kubiak

urodzony w 1966 r. w Poznaniu – ksiądz archidiecezji poznańskiej, studiował komunikację społeczną na Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie, dziennikarz, założyciel i redaktor naczelny Radia Emaus (2005-2016), redaktor naczelny „Biblioteki Kaznodziejskiej”, diecezjaln...