Karomenya wstępuje do nieba!

Karomenya wstępuje do nieba!

Szanowny Lwie,

Wojna skończyła się dawno. Robiono po niej porządki, stawiano pomniki bohaterom i stele tym, którzy zginęli. W Rosji rządził pan Uljanow z willi Les Roses w mieście Pornic, dawny rosyjski emigrant i wielki entuzjasta tego kurortu. Znów było ciepło i jak dawniej piliśmy wonny grenache. W Halach pojawił się już szpinak. Zapytali mnie: „Co byś chciał?”. Zastanowiłem się i poprosiłem o dwa tuziny białych koszul. To był nie lada majątek za te ostatnie lata służby. Nie miały kołnierzyków ani mankietów. Te dostałem osobno w woreczku po mące – białe, śliskie, połączone gumką mieszały się z powiązanymi w chude pęczki plastikowymi kołnierzykami. Wiozłem im przez morze te podarki. Dlaczego koszule? Chciałem ich ukarać, to proste. Czyż Msabu nie napisała w swojej sławnej książce, że „wszyscy tubylcy mają pewien wrodzony rys złośliwości, wyrażający się w zadowoleniu z niepowodzeń innych”? Teraz przychodziła kolej na mnie. Będę chciał ich olśnić i upokorzyć. Byli przecież prawie nadzy.

Białe, francuskie koszule

Wsiadałem w Marsylii. Dla jakiegoś łysego wysokiego urzędnika wchodzącego na mój statek po ukwieconym trapie spocona orkiestra przebranych za marynarzy staruszków rzępoliła El Capitano. Choć nie siedzieli w okopach, wygrali tę wojnę. Byli dumni. Wybijali obcasem rytm. Pewnie w takich chwilach zapomina się , że jest się przebierańcem, tłem, dodatkiem podostrzającym kontrast. Choć jeszcze kilka lat temu dziękowali z całych sił Bogu, że właśnie nie są niczym więcej, bo to kosztowało wtedy życie.

A ci, dla których wiozłem koszule? Wielu z tych, których znałem, już nie żyło, ale zastąpili ich nowi i dalej siadywali przy plantacji kawy, odbywali te swoje niekończące się nigdy narady. Powitali mnie milczeniem. Podchodziłem do każdego i wręczałem mu koszulę. Nie, nie wręczałem, bo nie wyciągali po nie rąk – kładłem im te białe, nakrochmalone i wyprasowane prostokąty na sterczące, chude kolana. Potem obszedłem krąg raz jeszcze, wyciągając z worka mankiety. Nie podnosili oczu. Zawróciłem i rozdałem kołnierzyki. Próbowałem się uśmiechać, opowiadałem coś głośno, jakieś stare, głupie historie o białych, chciałem się wkupić, wśliznąć, zaczepić. Słowa wracały do mnie, wykrzywione, puste jak mój przylepiony do twarzy obrzydliwy, przymilny uśmiech.

Wtedy zaczęli się zbierać do odejścia. Wstawali powoli, a koszule zsuwały się miękko na kurz klepiska. Jeden z nich wlókł za sobą przyczepioną do skraju nędznego koca, którym był okryty, parę śnieżnych mankietów na gumce. Leżały potem na ścieżce rozciągnięte. Pomyśleć było można, że zjadły kogoś mrówki. W gruncie rzeczy podziwiałem tę ich godność, tę niewygasłą pogardę do mnie. Upłynęło przecież tyle lat – myślałem prawie wzruszony. Ale podziw, jaki zacząłem dla nich żywić, nie trwał długo – dowiedziałem się bowiem, że pod osłoną mroku przyszli i zebrali z ziemi wszystkie moje podarki, wyzbierali co do jednego białe kołnierzyki, pokłócili się nawet o splątane niemiłosiernie i niedające się rozdzielić mankiety. I tak naprawdę nie wiedzieli, kim jest ten po europejsku ubrany mężczyzna rozdający im białe, francuskie koszule.

Ktoś całkiem obcy

– A więc i w tym względzie nic się nie zmieniło – chciałem się uśmiechnąć do starego Arthura, który pojawił się na ścieżce przy farmie, ale to nie był Arthur tylko ktoś całkiem obcy, ktoś, kto pomieszkiwał w jego pokurczonym, sczerniałym ciele. Wyglądał jak ktoś mały – tak jak wszyscy ludzie po śmierci.

Stary stracił pamięć, patrzył na mnie niewidzącymi oczyma. Patrzył sobie. Ślizgał się wzrokiem. Może te oczy jednak coś widziały, ale tam, wewnątrz nie znajdowały odpowiedzi, zachęty, nagany, pochwały, korekcji – jasny promień światła, który przepuszczały przez siebie, odbijał się od wyblakłych pokrowców, które ktoś ciasno ponaciągał na zgromadzone tam obrazy, przeżycia, skojarzenia. Jak przed przeprowadzką. Nie, to przesada tak mówić – Arthur czasami schylał się, podnosił z ziemi byle jaki liść i wsadzał go sobie do ust tym samym wyćwiczonym ruchem z dawnych czasów, kiedy zdolny był jeszcze odróżnić tytoń od trawy. Ten ruch został z całego Arthura. Coś jeszcze? Aaa, przypomniałem sobie, prosił o chleb, ale bez przekonania, bez widocznego uczucia głodu.

Wtedy uciekłem. Schowałem się. I jeszcze raz, podobnie jak to robiłem we Francji, przywołałem z zakamarków pamięci to upragnione spotkanie, które poddawałem reżyserii już od tylu lat. Widziałem je i uśmiechałem się do niego, recytowałem nasz dialog i byłem pewny, że nie padnie żadne inne zbędne słowo. Miał wyjść z krzaków obciążony koszem, w którym pobrzękiwały słoje z wężami. Widziałem jego radość i zaambarasowanie, bo przecież śpieszył się do sklepu pana Singha, żeby przehandlować te żmije i kupić sobie bańkę spirytusu. „Zaczekaj tu, łotrze – miał powiedzieć – skoczę tylko po naftę do tego zdziercy i kolonialisty Singha i już jestem, już jestem, zabobonny katoliku, wybielałeś mi niemiłosiernie od tego nadmiaru łaski!”. A ja, żeby go zezłościć, miałem odpowiedzieć: „Nie ma sprawy, idę z tobą!”. Ale to prawdziwe spotkanie trwało zaledwie kilka sekund. Nie miałem odwagi uściskać starego, staliśmy przez chwilę naprzeciw siebie, a potem każdy poszedł w swoją stronę. Prosiłem Boga, żeby we mnie wreszcie pękło to coś tresowane przez lata, brane w karby, przysłaniane udawaniem. Żeby się rozwiązało. Prosiłem o łzy – dobre, ciepłe, słone. Uwalniające. Nic nie zyskałem. Za to kręciłem się wokół kilku myśli, pewnie tego potrzebowałem. Jak ja to wszystko zdołałem przetrwać? To całe życie Tam. Wielu świadków tego życia już zniknęło. Co za ulga! I okazuje się, Szanowny Lwie, że moje życie nie jest wcale takie różne od życia innych ludzi. Nie jest ono różne – z cieniami i jasnościami, jak to zwykle bywa. I byłem wreszcie u siebie. I byłem dumny, że tyle potrafiłem przetrwać.

Nicole

Wróciłem. Ale byłem nigdzie, bo nikt na mnie nie czekał. „Cóż za tani tragizm” – myślałem poirytowany i starym, wypróbowanym odruchem próbowałem kpić z siebie – „a czego oczekiwałeś po tylu latach?! Po tylu latach!” – powtórzyłem. Z cichą nadzieją, że znajdzie się ktoś gotowy temu z miłości zaprzeczyć.

– Po tylu latach? – usłyszałem głos Nicole sprawnie lawirującej z tacą ciastek i konfitur wśród pochylonych nad parującymi baliami praczek – myślisz, że można sobie tak bezkarnie wrócić, szurnąć grzecznie nogami i powiedzieć, no, jestem… Nicole jest taka pewna siebie, mogłaby konkurować z każdą paryską konsjerżką. Pewnie dlatego wszyscy tu myślą, że jest szczęśliwa.
– Zjedz sobie konfitur, a ja ci coś opowiem. Był sobie kiedyś chłopiec. Wyszedł z domu. Miał wrócić na kolację. No i wrócił.
– Chwalić Boga – mruknąłem i dalej wylizywałem spodeczek z wiśniowych konfitur.
– Zaczekaj, to nie wszystko. Wrócił, ale w tym czasie minęło już 70 lat!
– Niemożliwe!
– Przecież to bajka!
– Właśnie – przytaknąłem uspokojony – bajka i dlaczego właśnie 70 lat?

Nie wiedziała, zezłościło ją to. Milczała.

– Będziesz tęsknić – stwierdziła z satysfakcją, bacznie mi się przypatrując.
– No i stałeś się mężczyzną, jak się to mówi oględnie, jednym z niewielu tu – hałasowała, zbierając filiżanki i spodki. Pewnie myślała o młodym ojcu Ragout, który nie wrócił znad Sommy.
– Tęsknić? Nie wiem. Nie zrobiłem jeszcze solidnego obrachunku. Tęsknić, hm, musiałbym mieć, droga Nicole, jakiś punkt zaczepienia, kilka solidnych kawałków z przeszłości, zwartych, skondensowanych, konkretnych. Nie przeczę, gdzieś przecież są, wydarzyły się wszak, ale dotąd nigdy nie były dla mnie odniesieniem, bo zajmował mnie dzień dzisiejszy, niosący jak rzeka przypadkowo zagarnięte po drodze rzeczy, zajmowała mnie obrona przed nim – jak przed ciosem, szturchańcem, policzkiem. Ile było w tym urojenia, ile zwierzęcego instynktu, czujności, ile perwersji wreszcie w smakowaniu wieczornego spokoju, kiedy wiedziałem, że już nikt nie przyjdzie, niczego nie zażąda, o nic nie oskarży. I płytki, przerywany sen, zazdrość o ten sen, który miał zregenerować moje siły przed następną walką prawdziwą czy wymyśloną. Tęsknić? Nie wiem. Zajmuje mnie teraz co innego – jak im to wszystko przekazać, no wiesz, to życie, które tam wiodłem. Życie trudne do przekazania. To śmieszne, ale chciałem kiedyś wszystko opisać, wszystko, co dzieje się w jednej chwili. Był taki dzień, w którym wstałem i pomyślałem, że wszystko mogę i że to dopiero jest początek! Cóż stanie się ze mną i opisywanym światem, kiedy siły tej będzie co dzień więcej i więcej, kiedy ruszy lawina… Ale poniosłem klęskę. Nie ma o czym mówić. Taka strata czasu szukać odpowiednich słów u innych, którzy próbowali tego samego – zapewne w tym czasie wokół działo się coś o wiele ciekawszego. Tak, głupota moja była wielka, pamiętam, jak z czcią przyjąłem to zdanie, że być może nie wszystko ode mnie zależy, ale prawie… Wstań i twórz! Oto zasada, gdziekolwiek jesteś. Bo grzechem zasadniczym jest bezpłodne życie. Motywacja takiego wysiłku była również kusząca i szlachetnie podana – żeby inni nie musieli zaczynać od początku i nie borykali się z podobnymi trudnościami. Czy jest coś, co mogłoby być podjęte właśnie po mnie? Wątpię. Również z tego względu, że życie nie jest surowcem, nie, nie jest gliną, nie jest papierową masą, co prawda płynie w nas, jest w nas, ale zarazem trzyma się od nas w bezpiecznej odległości. Być może lepiej pozwolić mu dokonać się w nas.
– Ty nas nie lubisz i dlatego nie będziesz tęsknić – pokiwała z przekonaniem głową Nicole – ale nie widziałeś prawdziwej Francji. Prawdziwa Francja leży nad Gavem. Nie zdążyłeś tam pojechać. W Lourdes jest wszystko naprawdę, Jej obecność, nasza obecność, nic tam nie jest przesadzone.
– A kalectwo ludzi? – zapytałem, odstawiając na tacę wylizany spodek.
– Kalectwo? – powtórzyła mechanicznie Nicole jakby wyrwana ze snu – kalectwo, mój drogi, to też my. Może nawet przede wszystkim my. Układaj i urządzaj sobie wszystko według swojej woli i upodobania, a mimo to przekonasz się, że zawsze trzeba cierpieć albo dobrowolnie, albo z musu. Nie ma innej drogi do życia. Aniołowie zazdroszczą ludziom, że ci mogą cierpieć.
– Obecność – powtórzyła zamyślona.

Zdawało mi się, że wiem, o czym mówi. Miałem takie chwile. Coś, co od ciebie kompletnie nie zależy, coś, co przychodzi z zewnątrz, coś, co układa rzeczy na właściwych półkach, porządkuje sprawy, dzieli je na ważne i nieważne. Kiedy już nie myślimy o sobie, bo to całkiem nieciekawe, i nie mierzymy wszystkiego miarą własnych oczekiwań. Obecność? Robi się cicho i nieprzebrane kombinacje skojarzeń rozpadają się w pył. Zaczynamy słuchać. Być może w takich momentach zdolni jesteśmy do podjęcia największej ofiary. Obecność jest podobna do tego stanu, którego przed bitwą doświadczali tej wojny siedzący w okopach. Musimy, rzecz jasna, zaopatrzyć te opowieści w znak plus, żeby nie kłóciły się z pokornym pokojem objawionym w Lourdes: „Znika wtedy strach i to już sygnał, że zbliżają się ogromne, potężne moce”.

Zdolność widzenia spraw najzwyklejszych

Włóczę się teraz wokół opustoszałej farmy Msabu. Jeszcze trochę i skończą mi się ostatnie pieniądze, podrze się to eleganckie ubranie, rozejdą się buty. Być może wtedy wrócę, skąd wyszedłem. Być może. Jakie to ma znaczenie. Lęk przed chłodem i głodem? Próbuję o tym nie myśleć. Zajmuje mnie co innego. To, że się myliłem. Czekając na mocny akord, wydarzenie, które byłoby akumulacją właśnie obecności. Żeby móc powiedzieć: „Ach, Karomenya, więc żyłeś właśnie po to, by oglądnąć i przeżyć ten wybuch, tę jasność, tę ulewę sensu. A więc żyłeś dla tej chwili! Twoje niezdarne opowieści, spotkania przypadkowe, marnotrawienie czasu, miotanie się, pracowitość i wychodząca od ciebie dobroć, która z perspektywy czasu niczego nie ocaliła, niczego nie wniosła, pragnienie miłości, choroby i upokorzenia znalazły wypełnienie w tej oto chwili! Zatem to ty wygrałeś, ty budzący niecierpliwość znawców kompozycji, mistrzów, którzy swoje dzieła rozpoczynają od trzęsienia ziemi, a potem z wprawą dozują przeżycia o jeszcze większej sile! Ty budzący zażenowanie głów pełnych mądrości, które odbywając naradę nad tobą, nie mogły dojść, dlaczego to, a nie tamto uważasz za godne opowieści, dlaczego wybrałeś spotkanie z tym, a nie z tamtym człowiekiem!”.

Czy przypadkiem ludzie wszczynający wojny nie myślą podobnie? Czy liczba uśmierconych ludzi nie jest proporcjonalna do siły ich oczekiwania na objawienie? Być może sami prowokują wojny nie tylko z nudów i nadmiaru energii, z którą nie wiedzą, co zrobić, ale właśnie by przybliżyć moment, sprowokować objawienie? Tymczasem moja podróż nauczyła mnie czegoś całkowicie odmiennego i bezgranicznie trudnego do akceptacji. Z wolna przestałem pogardzać zdarzeniami, które w swojej zwykłości, rytmie i kolorze, w całej tej swojej bezkrwistej banalności są dla większości ludzi okazją do samooskarżeń i hodowania uczucia zawodu. Albo nadawania przeszłości rangi, która wcale się jej nie należy. Albo budowania przyszłości, które nie jest niczym innym, jak eliminacją potencjalnych sprawców naszych przeszłych i teraźniejszych nieszczęść. Jeśli na coś jeszcze czekam, Szanowny Lwie, to właśnie na wiarę. Czyli na tę zdolność widzenia spraw najzwyklejszych i ludzi jak najbardziej przypadkowych – tak aby tworzyli oni zapowiedź przyszłych rzeczy, rzeczy, które Ciebie tak bardzo obchodzą i które pochodzą od Ciebie, a nie od nas. Nie mam wciąż odwagi nazwać tego niebem, ale przecież Ty wiesz, że tak właśnie należy to nazwać. Lecz równocześnie zdaję sobie sprawę z mojej wielkiej choroby, która wiarę oddala, opóźnia i wyśmiewa. Być może nie należy jej podtrzymywać, zwracając na nią szczególną uwagę, przypisując jej wielkość i wszechmocność zniszczenia, ale zapewne nie można inaczej, bo nazywa się ona pychą.

Potrzeba było aż tak wielkiej podróży, żeby ją ujawnić, nazwać, osaczyć. Dlatego nie żałuję ani jednej mojej przegranej, ani jednej kompromitacji i odrzucenia, bo tylko upokorzenia mogą doprowadzić do prawdziwej pokory. Wiem, nie nadymałem się i nie wywyższałem nad innych, nie myślałem, że jestem lepszy i mądrzejszy, co innego mi dokuczało w tej chorobie. Chciałem, ba, wręcz żądałem od innych „czystych” dowodów na ich bezinteresowność, miłość, poświęcenie. Zapewne w jakimś sensie jest to odruch sierocy. Nie oszczędzałem, rzecz jasna, i samego siebie, pytałem z bólem, czy warto czynić dobro, skoro nasze intencje nie są do końca czyste, a przecież dobro należy czynić tylko dla niego samego. Tak, to powinien być jedyny wystarczający motyw. Teraz już wiem, że tak działać może jedynie Bóg. Oczywiście, mogę się mylić w rachunkach, ale nie sądzę, żebym w tym wypadku był daleko od prawdy. Być może Msabu to właśnie miała na myśli – całą tę przypadkową podróż, tę bezcelową szamotaninę i walkę o utrzymanie się na powierzchni sytego i kastowego społeczeństwa, te zdarzenia, na które nie miałem wpływu a które z kogucią odwagą próbowałem interpretować z pozycji ofiary? Być może to właśnie miała na myśli, kiedy w swojej sławnej dziś książce na stronie 231 zanotowała: „Za pięć lub sześć lat Karomenya albo przeżyje ogromne cierpienie, albo zostanie nagle uniesiony do nieba”. Dlaczego „albo”? Czyż Bóg nie jest zdolny ofiarować nam darów z lewej i prawej ręki?

Nie potrzebowałem potwierdzenia, a jednak Bóg chciał, abym wiedział, że jest zdolny. Nie miałem przecież czego szukać tak daleko od farmy Msabu, na tych ogromnych podgórskich pastwiskach z trawą mogącą zakryć całego bawołu. A jednak tam poszedłem. Modliłem się do Niego, wychwalając Jego stworzenie. To było kłamstwo, że nikt tu na mnie nie czekał, czekał On. Śpiewałem Mu więc jak dawniej: „Ile masz krów, Stworzycielu, Ojcze?!”. A On odpowiadał mi ni to z ziemi, ni to z nieba: „Tyle samo, ile wczoraj”. I popisywałem się przed Nim, recytując wiersze przywiezione stamtąd: „Jakim się urodziłeś, takim zostaniesz, / Wiele również może zdziałać niedola / I rygor; ale najwięcej / Znaczy narodzenie / I promień światła, który / Pada na nowo narodzonego”.

Tak właśnie było, Szanowny Lwie, promień światła zbudził mnie i zobaczyłem obok siebie drżącą dziką kózkę. „Co to jest, co to jest?!” – zapytałem zdziwiony. To był ogień. Ogień, który nas otoczył i który napierał na nas. A kiedy świat stał się mały jak kurza chrząstka, zakrzyknąłem na pożegnanie i powitanie: „Ogniu, otwórz się, ogniu! Karomenya wstępuje do nieba!”.

KONIEC

Karomenya wstępuje do nieba!
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...