Kartka z Ferrary

Kartka z Ferrary

Rysa, reż. Michał Rosa, wyst. Jadwiga Jankowska-Cieślak, Krzysztof Stroiński, Polska 2008

Czemu w zanadto jednej osobie? Tej a nie innej? I co tu robię? Wisława Szymborska, Zdumienie

Kto uwierzy w to, że historie logiczne bez zagadek i luk, historie, w których wszystko jest zrozumiałe, bywają nieprawdziwe, a rzeczy, których nijak nie da się wytłumaczyć, zdarzają się naprawdę? I w to, że wciąż się bronimy przed zdaniem sprzed trzydziestu lat – „człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, a życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość” (Redemptor hominis)? Nie, nie jesteśmy głupcami, raczej się łudzimy, a mijające lata domykania historycznych rozrachunków odkładają tomy analiz, w których wszystko zostało powiedziane. Idę za Hanną Krall całe życie zbierającą dowody na nieprzypadkowość przypadkowych losów, dowody, jak mówi sama, na „boskie istnienie”. „Jeżeli Bóg jest – pisała – jest i diabeł. Czy zatem wszystkie losy są jednego autorstwa?”. Była wojna, ktoś kogoś ukrywał, pomagał, przynosił chleb i nagle wydał, doniósł. Dlaczego? Nie wiemy, może zmęczony napięciem sytuacji. Ktoś miał być rodzicem chrzestnym żydowskiej dziewczynki, by dać jej alibi po aryjskiej stronie. Zgodził się, był przekonany i pewny decyzji, a potem nie przyszedł na umówioną godzinę, zerwał kontakty. Dlaczego? Umysł jest bezradny, jąka się, prosi o cud, a potrafi powiedzieć tylko tyle, że „życie na ziemi jest prawdziwe, a nie daje się logicznie wytłumaczyć”. To też wypis z Hanny Krall.

Fragmenty z genealogii ocalonych, choć szokujące, nie są odległe od naszych czasów. Popatrzmy na filmową historię. Jan i Joanna, małżeństwo z kilkudziesięcioletnim stażem. Budzą sympatię od pierwszej sceny. Przypadkowo czy nie, otrzymują kasetę wideo z fragmentem telewizyjnego programu, w którym były esbek, obecnie pracownik IPNu, opowiada, że Jan przed laty został zwerbowany do służby i wżenił się w rodzinę Joanny, aby donosić na jej ojca, działacza Mikołajczykowskiego PSLu. Punkt wyjścia filmu, punkt kulminacyjny, coś jakby południe życia, „jak upicie się, najmocniejsze, ale już w tym samym momencie zaczyna się trzeźwienie” (Olga Tokarczuk), początek erozji wieloletniego zaufania. Niszczący dla obu stron, bolesny proces. Są w nim wszystkie elementy: paradoksalna konieczność (bo brak dowodów materialnych) wiary w słowa esbeków; wyobcowanie – zarówno tych, którzy są podejrzani, jak i tych, którzy podejrzewają, bo sprawa współpracy jest tematem tabu; w końcu poczucie utraty tożsamości prowadzące na granicę choroby psychicznej. Historia o tym, jak ktoś zawiódł się (czy to nie za małe słowo?) na kimś, kto obiecywał miłość. Ciąg dalszy, po dokonaniu odkrycia, że to, co przez lata było uznawane za prawdę, okazało się obłudą i kalkulacją. A przynajmniej wszystko na to wskazuje, choć reżyser stara się podsuwać różne tropy. Joanna i Jan grzęzną w mętnych próbach wyjaśnień. Jesteśmy świadkami roztrzaskiwania się hierarchii wartości, świata pewności i zawierzeń, który został uznany za swój, którego ram było się pewnym. Film niczego nie rozstrzyga, ogranicza się do stawiania pytań i stara się równomiernie rozłożyć akcenty na „za” i „przeciw”. I stąd może jego słabości. Liczne tropy, które podsuwa reżyser, zgromadzone w jednej krótkiej historii, dają całość zanadto wykoncypowaną, jakby nieufającą w atrakcyjność samego życia, poszukującą metafizyki tam, gdzie jej nie ma. Historia kobiecego szaleństwa, narastającego wstrętu do męża, poszukiwanie prawdy w domniemanej agenturalnej przeszłości, żal, wyznaczenie pokuty, samozniszczenie, utrata wiary w miłość – wszystko to, im bliżej końca, dryfuje w stronę uogólnienia rodem z Tołstoja: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są szczęśliwe w taki sam sposób; każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa po swojemu”. Zdaje się, że to mało jak na pulsujące podskórnie wezwanie do relektury życia, siedzenie na brzegu rzeki i płakanie, choć…

* * *

Choć może jednak to wszystko to zabieg celowy i Michał Rosa wie, co robi. Zgadzam się, jest w tym filmie coś z ducha Bergmana, ale zdaje mi się, że bardziej przypomina on dzieła drugiego z pożegnanych w ubiegłym roku wielkich reżyserów – Michelangela Antonioniego. Jednym z istotnych elementów filmów mistrza z Ferrary było pytanie o to, czy niebo nad nami nie jest puste. A może szydzi sobie z naszej niedoli? Zwykle pokazywał je, opowiadając o ludzkim doświadczeniu poszukiwania sensu, który nie jest dany raz na zawsze, jako naturalne zabezpieczenie. Poszukiwania sensu bardziej przypominającego drogę, którą się gubi i której się szuka po omacku w ciemnościach. Podobnie jak u Antonioniego, nie pada w Rysie słowo „Bóg”. Życie bohaterów jest całkowicie zlaicyzowane. Z drugiej strony słowa i symbolika to przecież nie wszystko. Czyż niewidzialność nie jest Boskim przymiotem? Załóżmy, że tego wszystkiego reżyser jest świadomy, i stąd mogą wynikać filmowe konsekwencje tak skonstruowanego świata, w postaci boleśnie przeżywanej przypadkowości własnego istnienia, korodującego wraz z rozpadem związku uczuciowego. To szukanie własnych tożsamości, tytułowa rysa, którą zdefiniować można zarówno jako niechlubną przeszłość Jana, jak i jako obłęd Joanny. Urwanie filmowej historii w pół zdania przypomina natomiast finał z Powiększenia. Tamto schylenie się po nieistniejącą piłkę było zgodą na fikcję świata, przyjęciem reguł w pozorowanej grze. Przed takim dylematem stają Jan i Joanna. Czy jest dla nich inne wyjście?

* * *

Wierzę, i nie jest to zgrabny chwyt moralisty, że ratunkiem jest wyjście z błogosławieństwem, miłością czynną i zgodą na ofiarę do końca swoich dni. Nie uprawiam żonglerki słowami, ale próbuję opisać stan, który jest udziałem nie tylko bohaterów filmu, ale wielu z nas, bo bardziej ukochaliśmy śmierć niż życie. Ten stan dla duszy objawia się tym, że żyjemy pod presją tak wielkiego bólu z powodu zagubienia, przegrania życia, że jedynym pragnieniem jest prośba, żeby nas nikt nie dotykał, nikt nie pocieszał, nikt nie stawiał na nogi, nic nie kazał. Żebyśmy tkwili w psychologicznym potrzasku niemożności odkrycia prawdy (tak jak w filmie). Jest Ktoś, kto zna to wszystko, wszystkie nasze małe prywatne piekła, bez prawa dostępu, zamknięte w prostym „nie chcę”, „nie potrzebuję”. Zna je i w nie wstępuje. Wyrywa nas pytaniu „Po co to wszystko?” podsuwanemu „życzliwie” każdemu z nas w chwilach utraty poczucia sensowności podejmowanych działań. On idzie w poprzek koncepcji człowieczeństwa „wrzuconego w istnienie”, unicestwiającego swoją przeszłość, lekceważącego przyszłość, które poprzez cierpienie i samotność pragnęłoby roztopić się w otaczającej go obcości.

Dlatego na razie Jan z Joanną przegrywają. Bo choć prawdą jest, że niewiele zostawimy po sobie, a mechanizm samozniszczenia jest w nas niezwykle aktywny, to sztuką nie jest wydobycie zła z siebie i nazwanie go po imieniu. Nie jest nią także proste wyparcie przeszłości, które mylnie weźmiemy za łaskę, czyniącą z nas nowych ludzi w oczach nas samych. Czym więc jest? Zabrzmi to trywialnie, ale jak wiele trywialnych prawd jest warte powtarzania. Powtórzę więc za Barbarą Skargą: „Istnieje coś takiego, jak sztuka życia. Ta sztuka, co jest stwierdzeniem banalnym, a mimo to rzadko branym pod uwagę, wymaga jasnych przejrzystych stosunków z innymi i nie może się budować na kłamstwie”. Dodajmy, choć reżyser zatrzymuje się przed ostateczną odpowiedzią, to posunięcie niekoniecznie będzie atrakcyjne, niekoniecznie godne tracenia czasu. Co więcej, początki praktykowania sztuki życia związane mogą być z odarciem ze złudzeń i samotnością. Tym bardziej że, ukąszeni psychologicznie, unikamy zaskoczenia i nie podejmujemy trudnych kroków na drodze szukania sensu. Stąd możemy się zatrzymać i z niedowierzaniem kiwać głową. Dziwić się, zawiedzeni, jak piękni dwudziestoletni – „Jak to, ale w takiej sytuacji, przecież to się nie godzi”, „Każdy ma to, na co zasłużył”, „Każdy miał szansę w swoich rękach”. Merton pisał, że „odtrącając naszą nędzę, odtrącamy tym samym Chrystusa, który kocha nas nie w naszej chwale, lecz w naszym najgłębszym poniżeniu”. Jeśli nie przejmiemy się tymi słowami, droga naszego życia będzie ucieczką donikąd i w końcu przyjdzie nam powtarzać za Herbertem – „Prometeusz śmieje się cicho. Jest to teraz jego jedyny sposób niezgody na świat”.

Kartka z Ferrary
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...