Kartki z dziennika

Kartki z dziennika

Pytam Anto o wojnę. Siedzimy u niego w małej celi. Był wtedy w Zagrzebiu. Ich nie tknęło, choć jeden z braci zginął. Podobno przez przypadek. Ale czy tak można mówić o wojnie? Przypadek?

Dzień pierwszy

„Croatia – be inspired”, sztandarowy slogan turystyczny opisujący atrakcje, które czekają na przybywających. I jeszcze taki, który zauważyłem na autostradzie: „Chorwacja – mały kraj na wielkie wakacje”. To niedaleko stąd Papież wołał: „kto może do końca odczytać tę kartę waszych dziejów, narody bałkańskie, i twoich dziejów, Europo?”. Mocne słowa, które mówił na gruzach miasta, a wspomnienia wojny były bardzo świeże. Ale to nie wszystko, bo w końcu najważniejsze wtedy, w Sarajewie w 1997 roku, brzmiało – „Powstań, masz rzecznika wobec Ojca, Jezusa Chrystusa Sprawiedliwego (…) Tylko On potrafi nam przynieść pokój zrodzony z miłości i skłonić nas do przebaczenia i pojednania”.

Wjeżdżamy nocą. Podnoszę zmęczoną głowę i choć jeszcze nic nie widać, kierowca informuje, że zaraz Zagrzeb. Rozmawiam ze starszą kobietą siedzącą obok. Mieszka tu od dwudziestu ośmiu lat. Nie wyobraża sobie powrotu do kraju. Poprawia się szybko, bo to tu jest jej kraj. Pytam o wojnę. Na chwilę milknie. Potem mówi, przeszukując wspomnienia, że właściwie się nie bała i cały czas mieszkała w domu, tu w Zagrzebiu. Tylko córkę z dzieckiem odesłała do Polski, gdy z okien domu zobaczyła, jak ustawiają artylerię i jak strzelają. Wtedy się bała. „Ja o tym nigdy nikomu nic nie będę umiał powiedzieć” – kończy swój jednostronicowy dziennik z wojny w Sarajewie jeden z mieszkańców. Jego wyznanie notuje w chropowatych esejach antypolitycznych Dubravka Ugreąić. Jej brutalna szczerość i drapieżność ustawiają ją w jednym rzędzie z tonem znanym z pism Oriany Fallaci, ale jej bezsilność, niemoc i wrażliwość na krzywdę mają odcień pisarstwa Hanny Krall. To jest taktyka upartego szukania zwyczajnej mądrości, oczyszczania sądów i rezygnacji z intelektualnych popisów na rzecz pokornego (jak tu się ciśnie, by dopisać „cichego i pokornego sercem”) poszukiwania prawdy, a w końcu odwagi jej głoszenia, bo rzeczywistość nie znosi pustki. „Jakim brzemieniem jest dusza nieśmiertelna”, odpisuję od Adama Zagajewskiego. Naszym wrogiem jest nijakość, zło, przeciętność, bezguście. Toczymy tę walkę nieustannie i – jak mówią bohaterowie serialu Pitbull – trzeba uważać, gdzie jest barykada, żeby zbójom za szybko ręki nie podać.

Pięknie wytyczona łańcuchami tuneli szosa wyprowadza nas na drugą stronę światła, nad szeroko rozłożoną równinę. Jedziemy bladym świtem i już widać, jak wstaje słońce. – To nie były łatwe czasy – kontynuuje starsza pani – trzeba było wiele rzeczy przemóc, trzeba było z siebie wiele rzeczy wygrzebać, wiele rzeczy zapomnieć. Chciałbym pochylić się nad historią tego kawałka ziemi, szukać przyczyn konfliktu, ale w końcu jestem tu tylko na chwilę. Za krótko, żeby przeniknąć sprawy. Zresztą nie jestem na to przygotowany. Zasłaniam się innymi i jeszcze raz sięgam do Jana Pawła: „Powracam zatem dzisiaj do tamtej myśli i do tamtych słów, które pragnę dziś powtórzyć, aby mogły przeniknąć w świadomość wszystkich tych, których zjednoczyło bolesne doświadczenie waszej ziemi, wszystkich ludów i narodów rozdartych wojnami: Przebaczamy i prosimy o przebaczenie. Jeżeli Chrystus ma być waszym rzecznikiem u Ojca, nie możemy nie wymawiać tych słów. Nie możemy podjąć trudnej, lecz koniecznej drogi przebaczenia, wiodącego do głębokiego pojednania”. Jeżeli Chrystus…

Dzień drugi

Kościół, przy którym mieszkamy, nosi wezwanie świętego Mikołaja. Czy to ten święty, który dawał grzecznym dzieciom prezenty, a mniej grzecznym rózgi!? Łapię się na tym, że sam wtłaczam go w taki schemat. A gdzie o tym, że swoim parafiankom nakazywał zbierać posag dla wątpliwie prowadzących się kobiet, a dla niepoznaki nocą wrzucał biednym pieniądze przez okno i uciekał w przebraniu? Skąd nam się wzięło, że go tak traktujemy po janosikowemu? Dawał rózgi niegrzecznym, a prezenty zasłużonym. Mikołaj to jest pytanie o sprawiedliwość i łaskę. Mówimy łaska, myślimy wyrównanie rachunków. Ot, nasze myślenie. Choćbyśmy mieli pokutować przez setki lat, chętnie się na to zgadzamy, bo przeważa poczucie zasłużonej kary i odpłaty za popełnione czyny. A gdzie miłosierdzie, a gdzie fakt, że umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami?!

* * *

Nasz współbrat, dominikanin ojciec Anto o ciepłym uśmiechu i dużej otwartości zaprosił nas do siebie. To brzmi odważnie i rodzinnie: „zaprosił”. To zmniejsza dystans i jest bardziej familijne. A przecież przyjechała nas sześćdziesiątka. O wiele więcej niż może pomieścić klasztor. Sprawiamy wrażenie taboru cygańskiego. Setki bagaży, mniejszych i większych, siatki, gitary, bębny, namioty, jeszcze płetwy, karimaty, rowery, sterty jedzenia, plecaki rozmiarów wszelakich. Z łatwością opanowujemy teren, zaglądamy do wszystkich pomieszczeń, oswajamy mury. Anto jest otwarty i mówi – bądźcie gospodarzami. Co w obliczu tak kolorowego najazdu pozostaje mu powiedzieć? Klasztor piękny, tuż nad zatoką. Mały balkon w naszym pokoju z widokiem po horyzont i zachód słońca. Placyk z kamienną ścieżką dookoła budynku. Gdy morze jest wzburzone, fale biją mocniej i zalewają kamienie. Trudno wtedy przejść.

Dzień trzeci

Korcula. Zaledwie trzy tysiące mieszkańców wyspy. Życie skupione na tych kilku miesiącach turystyki, kiedy trzeba się „odkuć” i mieć nadzieję, że wystarczy do następnego roku. Miasto jakby pocięte szablą wzdłuż. Równe uliczki. Zatoka, skaliste przylądki, kilka mniejszych zatoczek, nadbrzeżne skały i plaże, choć tych ostatnich jak na lekarstwo. Naokoło w wodzie setki rozbawionych, krzyczących dzieci. Co jakiś czas od lądu nadciągają wielkie czarne chmury, ulewa się zbiera i cofa, fala coraz niespokojniej bije w kamienne murki, flagi trzepoczą mocniej. Czuć słony zapach, gdy nachylić się nad wodą. W nocy festony kolorowych żarówek rozświetlają ulice, wokół rzędu kebabów i pizzerii. Smutna rzeczywistość naszych czasów, zauważa Roberto Salvadori i trzeba mu przytaknąć. Koloryt śródziemnomorski zanieczyszcza się masowym wypoczynkiem. Lokalny styl ujednolica się w zalewającej cały świat fali złego smaku. Kuchnia wcale nie z tysiąca, ale tylko jednej, jedynej globalnej nocy.

* * *

Spacer po mieście. Wszędzie blisko, na odległość kilku minut. Uliczki wąskie, ale ułożone według schematu. Dość szybko pustoszeją. Właściwie przed północą zamykają knajpy i stragany. Katedra Świętego Marka błyszczy złotem w nocnych reflektorach. Fronton i portal nad wejściem to minitraktat o historii zbawienia. Adam i Ewa, jak wsporniki podtrzymujący na swoich barkach Izajaszową pełnię czasu – lwa, który kładzie masywną łapę na koźlęciu. W środku Chrystus z księgą życia. Wymowne. Ta płaskorzeźba nad nami to zapowiedź, że my wszyscy tu obecni, tak jak jesteśmy – pan przy automacie z colą, pani wycierająca ceratowe obrusiki, chłopcy składający krzesła i chowający je do baru, przygodni turyści z Hiszpanii i Polski – wszyscy staniemy przed Tym, który sądzi, i zdamy sprawę z naszej miłości. Gdzie była? Pomiędzy marzeniami o czymś nieosiągalnym, czasem, który uciekał przez palce, tanią lekturą, emocjami wokół tańców na lodzie czy betonie, kolorowymi obrazkami Internetu, SMSami o niezwykle ważnych sprawach?

Pijemy Karlovacko. Nie jest to browarnicza Liga Mistrzów, by zacytować mojego współbrata z klasztoru, raczej zdegradowany do czwartej ligi klub – choć niewątpliwie z wielkimi tradycjami.

Dzień czwarty

Dubrownik. Przy wejściu na Starówkę informacja, że przez blisko rok, na przełomie 1991 i 1992 roku miasto było oblężone i prawie 70 proc. zabytków zostało zniszczonych. Przez ten rok zginęło prawie 3 tys. osób. Nie lubię określeń „jeden jedyny”, „najpiękniejsze miasto”, „jedno z najwspanialszych miast świata”, „perła Adriatyku”. Nawet nie dlatego, że odruchowo wzbudzają dystans i ochotę na przekomarzanie i szukanie dziury w całym. To raczej wrodzona ostrożność przed uleganiem pretensjonalności i sile naiwnej poetyki. Dubrownik jest nierealnie piękny i jak wszystkie tego typu miejsca wydany do ostatniej tajemnicy i uliczki na żer wielkiej fali turystycznej. Rozebrany w detalach na miliony zdjęć. Obnażony i bezbronny, bo wszystko musi być odkryte i uwiecznione, nawet jeżeli to tylko mechaniczny ruch migawką. Bo „coś” się dzieje, bo „się wydaje” ciekawe, bo tego jeszcze nie mamy w albumie. A wszystko po to, żeby „zjeść kawał żaru”, jak mówią Włosi. W hordach turystycznych, aż się prosi zapytać: Jak możecie tu wytrzymać?! To prowokacyjne pytanie, bo przecież z tego żyjemy. Dubrownik jest nie do wytrzymania. Gigantyczne kolejki, ulice, które przypominają ogromne śmietniki, tłumy spoconych i wrzeszczących cudzoziemców. Irytujące małe sklepiki, stragany oferujące tandetne pamiątki z napisem „Made in Croatia”, szaliki i ręczniki w białoczerwoną szachownicę. Czy to powinno dziwić? Czy ten bunt z naszej strony, w domyśle lepszej, oświeconej i zdystansowanej ma jakieś uzasadnienie? Patrzymy z dumą i wyższością, bo sami tacy nie jesteśmy? Co więcej, jesteśmy dumni z naszego przekonania, że właśnie my mamy klucz do spotkania z obcym i fascynującym miejscem.

Skręcamy, bo nie warto defilować głównym deptakiem. Wspinamy się bocznymi uliczkami między stosami wywieszonej bielizny i wystawionymi przed domami ogromnymi doniczkowymi kwiatami. Pod ścianami koty, bo w końcu to szczurze miasto. Najbardziej niezwykłe skrzyżowanie kolorów, ras i charakterów. Stajemy chwilę w cieniu. Jakaś kobieta wychodzi przed dom i po chwili zamaszystym ruchem kieruje w nas wiadro brudnej wody, okraszonej mało subtelnymi słowami.

Kościoły bez zachwytu. Sporo kiczu i tandety. Franciszkanie pozbierani z wszelkich możliwych stylów, sprawiają wrażenie chaosu. Całość przesiąknięta naftaliną bijącą z wielkich kotar odgradzających wnętrze od żaru ulicy. Katedra Panny Marii, zmasakrowana podczas bałkańskiej wojny, nosi do dziś w ścianach rany po ostrzale. Z szybkością odbudowana, może nawet za szybko, bo zalegające na ścianach współczesne „dzieła sztuki” aż się proszą, by „potraktować” je Słonimskim: „Kto wymyślił ten kuriozalny wystrój powinien być zmoczony smołą, unurzany w pierzu i wysłany po naukę do szewca, przynajmniej byłby jakiś pożytek”. Najlepsze wrażenie, choć wiem, że zabrzmi to ciut pysznie, sprawia nasz dominikański kościół. Może też z tego powodu, a może przez wrodzoną zapobiegliwość, jako jedyni wprowadziliśmy opłaty i biletujemy wejście. Smutny pan, który broni furtki, mówi tonem dobrze znanym: – „No co ja mogę, muszę tu być, muszę i już, nie mogę was wpuścić, kazali mi pilnować, nie ja to wymyśliłem, wykonuję tylko rozkazy”. Pokazuję „licencje na spowiadanie” – dowód mojej wiarygodności – i po chwili już jesteśmy po drugiej stronie zasieków. Skrawek ogrodu z przysadzistymi drzewkami mandarynek, rozrosłe bananowce. Jest cicho i ciepło. Kamień chłodny układa się w masywne podpory i delikatne kolumienki pomiędzy nimi razem z koronkowymi ornamentami dają wrażenie lekkości.

Dzień piąty

Korcula w porcie śmierdzi zjełczałym tłuszczem. Na wielkich patelniach smażą się dziwne ryby. Makrele, morszczuki? Nie wiem. Poza głównym nurtem restauracyjnym, udekorowanym i wystylizowanym na lokalny koloryt, na obrzeżach miasta znajduję małe smażalnie, w których zapachy wątpliwej proweniencji mieszają się z sobą, a dwa małe kundle merdają wesoło ogonami, podłapując to, co spadnie z klejącej się lady. Ciepło i duszno, wiatr bije od Atlantyku i przynosi resztki zielonych wodorostów i fragmenty styropianu. Siadam na gorącym kamieniu i zajadam dziwnie wyglądającą, choć bardzo smaczną rybę, podaną na szarej tacce. Popijam to nieśmiertelną colą. Tak, warunki i krajobrazy mogą się zmieniać, ale cola łączy i przypomina, że wszyscy jesteśmy jedną wielką kapitalistyczną rodziną i nieźle nam się powodzi.

* * *

Rozmowa z proboszczem. Sympatyczny i opalony pan w średnim wieku przyjmuje nas w swoim gabinecie udekorowanym zdjęciami i reprodukcjami malarskich mistrzów. Wszystko elegancko i ze smakiem rozmieszczone na ścianach, trudno znaleźć jakąś wolną przestrzeń. Całość przypomina bardziej ekspozycję muzealną niż gabinet. Nad głową gospodarza nasz produkt eksportowy – obraz „Jezu, ufam Tobie”, co ciekawe jeszcze w pierwotnej wersji Eugeniusza Kazimirowskiego. Siadamy i razem z Anto przedstawiamy nasze pomysły na te kilka dni, ostrożnie opowiadając, by nie spłoszyć naszego rozmówcy. Chodzi o to, żeby się pomodlić. Spróbować wspólnie. Z innymi, z turystami. Że to dziwne trochę, że procesja po mieście? No tak, ale już po chwili, powoli dobierając słowa, uśmiechając się i przyznając rację słusznym pomysłom, zasadności podjętych kroków, ważnych horyzontów duszpasterskich i czegoś tam jeszcze, z całą bezwzględnością przycina do korzenia nasze plany, sugerując, że wszelkie działania modlitewne w kościele się zaczynają i w kościele kończą. Retorycznie pyta i sam odpowiada, a co by było, gdyby po waszym wyjeździe ktoś z parafian zapytał, dlaczego nie ma takich akcji na co dzień, czy nie pomyśleliście o tym? Klniemy pod nosem, cedząc, że przecież o to nam chodzi, by pytali. Kłaniamy się grzecznie, wymieniamy uprzejmości i wychodzimy. Jeszcze zanim zdążymy odejść, nasz gospodarz wybiega za nami, krzycząc, że zapomniał powiedzieć, że ma tu muzeum katedralne i chętnie pokaże i nie trzeba płacić za bilety, a młodzież pewnie się zainteresuje.

Siedzimy pod murem miasta w „nastroju nieprzysiadalnym”. Świetlicki byłby z nas dumny. Ten strach o Kościół, żeby się nam nie wylało, nie rozlazło, żeby nasz z trudem budowany świat nagle się nie rozsypał, jest jak jest, ale trzymajmy duszpasterski przyczółek, żeby potem nie mówili, że to „ten”, który pozwolił na te brewerie, żeby nie było etykietki, że zapisał się jako nieudany reformator i to za jego czasów się rozwaliło. Czy to dlatego wymyślamy w Kościele wirtualne zagrożenia, mnożymy zasieki problemów i szukamy słów wytrychów, o tym, że młyny mielą powoli, że są różne punkty widzenia, że nie „idzie”, tylko „kroczy”, że nie „boi się”, tylko „rozważa”. Wszystko po to, żeby potem tryumfalnie oznajmić, że jednak mamy na to ratunek i wiemy, jak rozwiązać problemy, tylko mi zaufajcie, nic nie róbcie pochopnie, tylko ufajcie. Dokąd to prowadzi? Siedzimy, tępo rzucając kamyki do wody.

Tak, tak, pastwię się z upodobaniem i z trudnością dociera do mnie – hola, hola, zły człowieku, czy i ty chcesz odejść? Masz ochotę się wyprzeć? Dociera do mnie ten moment, w upalny dzień gdzieś w Chorwacji, i przywołuję w pamięci słowa księdza Grzegorza Rysia, z rekolekcji przed święceniami, słowa, które brzmią cicho i zatrważająco mocno – zastanawiasz się nad grzechem Kościoła? Nic prostszego. Popatrz w lustro. Jak się z tym czujesz, czy już teraz oddasz klucze i pójdziesz do domu? Do domu, czyli gdzie…

* * *

Detal kuchenny u sióstr w klasztorze, tuż obok naszego. Zdaje się możliwy tylko w miejscach, w których obecne są siostry. W innych, ku rozpaczy wielu broniących ostatnich bastionów przyzwoitości, zapanowała kuchnia męska, to znaczy taka, że żeby coś zjeść, trzeba posprzątać. O mój rozmarynie… Przyjmij całą legię cudzoziemską sztućców naszego Krakowa, od tych niewinnych z napisem PKP, po ten jeden złowrogi z napisem SS. Siostrzane życie, ciut podkolorowane, ciut wyśrubowane, gdzie każdy drobny kurz natychmiast jest ścierany, a w złą stronę opadający liść fikusa natychmiast obrywany. Pięknie powiedziane – ludzkość, kobiecości. No, kobiecość to rozumiem, ale gdzie ta ludzkość? Wracając. Tu detal opiera się na kolorach noży używanych podczas posiłków. Rano z brązową rączką, na obiad z niebieską, a na kolację z czerwoną. Wszystko starannie przechowywane w odpowiednich szufladach, z delikatnym emblematem właściwego koloru. Gdy tylko zajdzie potrzeba, szybko zmienia się kolory obrusów, dopasowując je do „nastroju” poszczególnych posiłków. Wszystko układane niby od niechcenia, ale z jakim wyczuciem.

Dzień szósty

Pytam Anto o wojnę. Siedzimy u niego w małej celi. Był wtedy w Zagrzebiu. Ich nie tknęło, choć jeden z braci zginął. Podobno przez przypadek. Ale czy tak można mówić o wojnie? Przypadek? Rozmawiamy łamanym niemieckim. Łamanym przeze mnie, niemieckim ze strony Anto. Śmiesznie, ale jest cierpliwy. Mówi, że wojna to jest opowieść o wielkiej ludzkiej solidarności. Ale ta historia się komplikuje w każdym następnym akapicie opowieści. Choć opowiada ze swadą, nie wierzy, że potrafię to zrozumieć i objąć. W końcu nie jestem stąd. Mało kto był solidarny ze Słoweńcami, kiedy wojna się zaczęła, a oni zaraz po wojnie zamknęli granicę państwa. Chorwaci z nikim nie byli solidarni i mało kto solidaryzował się z nimi. Serbowie nie mieli współczucia dla nikogo i nikt nie okazywał im zrozumienia. Z Albańczykami to już w ogóle trudno mówić. I tak się kołowrotek kręci. A na to wszystko jeszcze zaszłości. Także tu, na Korculi. Komunizm i Tito wciąż są ciepło wspominani przez jej mieszkańców. Nikt by się nie zdziwił, gdyby usłyszał przysięgę „na Tito”, tak jak przysięga się na grób babci czy Pana Boga. Czy jest możliwy pokój? Pokój mamy teraz, tylko ludzi żal. Bo trudno zapomnieć. Wymienia pochód miejscowości – Srebrenica, Krajina, Kosowo, Żepa, Kravica, Potocari, Vukovar, Tuzla…To nie są to tylko nazwy geograficzne. Już nie. Zamiast analiz i kontekstów, opowiada historię. Tak jest lepiej. Nie wikłamy się. Nikt nam nic nie zarzuci.

Dziewczynka z Bośni, która widziała, jak żołnierze zabili jej rodziców, znalazła się w szpitalu psychiatrycznym i na pytanie psychologa, czego się boi najbardziej, odpowiedziała: „Ludzi”. Ale większość jest już zmęczona tym rozpamiętywaniem. Idzie nowe pokolenie, oni chcą po prostu żyć. Jak wszędzie. „Dziwi cię to?”. Czuję, że nie powinno, ale coś wewnątrz podpowiada inaczej. Anto mówi, że to się zaciera, że blakną zdjęcia tych, którzy odeszli.

Jeszcze raz Dubravka Ugreąić. Przejąć się jej wyznaniem. Nie oswajać słów: „Ja! Ja jestem winna, bo nie zrobiłam nic, by powstrzymać wojnę. Tak, jak nic nie zrobiłam, kiedy przed ponad dziesięcioma laty oglądałam w telewizji serbską policję, okładającą pałami kosowskich Albańczyków. Tak, jak nic nie zrobiłam, kiedy ujrzałam przed kilku laty wschodzącego boga wojny, a wkrótce potem drugiego. Nie polałam się benzyną na znak protestu przeciwko wojnie i nie spaliłam publicznie. Nie zwracałam uwagi na nieustanną produkcję kłamstwa, pozwoliłam, by przepływało obok mnie niczym brudna woda. I tak dalej, i tak dalej. Moje działania są niezauważalne, na ogół pozostawały na papierze. Zbyt późno rozgniewałam pisaniem swoje środowisko. Nie udało mi się nawet umrzeć ze wstydu. To, że inni też tego nie zrobili, mnie nie usprawiedliwia”.

Ugreąić wie, co mówi, bo pisze zza dalekiej granicy o tym, co bliskie i co zostawiła. Ma poczucie winy i żalu, że mogło być inaczej. Wieczorem wiersz, odgrzebany z archiwum „Sztuki i Narodu”. Zbudzony ze snu Gajcy nie wierzy i łudzi się, że wszystko to tylko przesłyszenie, że zmysły kłamią, bo zbyt są pobudzone. Ufność Wczorajszego musi się załamać, zlęknąć rzeczywistości, przemienić w walkę. Wszystko w tym jest powiedziane. Trzeba się tylko pochylić i zobaczyć swój los w tym, że naiwne i młode śpiewne słowa trzeba zamieniać, by godziły jak oszczep.

Dzień siódmy

A więc to jest Dalmacja?! Egzotyka, barwna, kipiąca muzyką, jak w filmie. Nie powiem „nie”, bo lubię. Razi brak zahamowań w upiększaniu opisu, bo wciska się w każdym miejscu na papierze. Taki krajobraz nie istnieje, robię zdjęcia, żeby pokazać niedowiarkom, że jednak to prawda, jest taki kolor wody i taki odcień nieba. Oliwki, oleandry, pnie korkowe, agawy i kaktusy. Przekornie dodam: brakuje tu tylko jeleni na rykowisku. Landszaft wyszedłby pierwsza klasa. Nadmorski bulwar, droga do klasztoru, z wysokimi palmami wzdłuż nabrzeża, błyszczące kadłuby eleganckich jachtów od Australii po Francję i jeszcze niemieckie „merole” i „audice” zaparkowane pod domami. Ano, panie, ludzie się wczasują… Miasteczko położone na małym cyplu. Ceglany mur wyrasta wprost z morza, w południe leniwego i spokojnego jak powietrze. Ponad domami na okolicznych wzgórzach rzędy cyprysów. „Cyprysy, zieleniejące nawet zimą, wcale nie mają służyć za inspirację do melancholijnych sentymentów, jak to sobie wyobrażali romantycy. Wręcz odwrotnie” – pisał Merton przy okazji spaceru po klasztornym cmentarzu. Dodawał, że „spoczywać w Chrystusie znaczy żyć, a cmentarz jest Jego symbolem”. Uśmiecham się, bo znajoma mówi, że zawsze wszystko sprowadzam do ostateczności, że zawsze to samo – Chrystus i wieczność, armaty i działa, zamiast strzelania z kapiszonów na wiwat. Czy nie mogłoby być tak normalnie – plaża, słońce, lody, koralowce? No właśnie, dlatego fragment z Umizgów Mickiewicza: „Czy zachwalony cyprys, długi, cienki, chudy! Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy? Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie: Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie”.

Dzień ósmy

Ile się musiał tłumaczyć Iwaszkiewicz czytelnikom „Wiadomości Literackich”, gdy w swoim reportażu z Włoch zamiast o tym co ważne i słuszne dla Italii, pisał o głupstwach, nieistotnych dla czytelników. A było tak. Gdy wyjeżdżał z Conegliano, małej wioski na drodze z Udine do Wenecji, to mijał na stacji naczelnika, który jedną ręką odprawiał pociąg, a w drugiej trzymał puchatego pieska. I jak mówi, doznał objawienia, że nie można opisać tego co widział słowami, że nalot na marmurach Rzymu, pienistość marmurów Wenecji, błękit wzgórz otaczający Florencję, to znaczy tyle tylko, żeby poigrać słowami, bawić się w szermierkę. I te słowa to jego akt kapitulacji. Wspominam o tym, bo moim obrazem z Chorwacji nie są mury Dubrownika, lazurowe morze, kołyszące się palmy, rakija i bryza od morza, tylko Radko, kierowca autobusu. W ciemnych okularach à la George Clooney, w nienagannej niebieskiej koszuli i błyszczących od żelu włosach zaczesanych do tyłu, przez drogę z Korculi do Dubrownika karmił nas lokalnymi przebojami, z których w pamięci wrył mi się ten śpiewany przez zespół Prva Liga o wdzięcznym tytule Jedan život malo je. Gnamy po drogach przyczepionych do skalnego urwiska, gonimy na złamanie karku w rytm muzyki, by nagle stanąć w połowie i napić się kawy w przydrożnym barze. Bo tak trzeba i na pewno ktoś chce, nawet jakby nie chciał. Powoli, niech się pani nie spieszy i nawija ten kłębek, co pani wypadł z autobusu. Refleks jak z Bobkowskiego. Głupstwo. Nic to.

Tak zapamiętujemy, filtrujemy pamięć, okraszamy ją widokami i panoramami, ale w środku zostaje to, co wydaje się na zewnątrz głupstwem – piosenka, smak rakiji, skały na plaży, obraz nad ołtarzem w kościele mijanym po drodze, sałatka w barze na rynku. Nie ma co się oburzać. W 1988 roku, gdy Kieślowskiemu wręczano Feliksa za Krótki film o zabijaniu, z powodu infekcji nerek wychodził co 10 minut do toalety. I co 10 minut dołączał do niego Marcello Mastroianni, który wybiegał na papierosa. A potem dołączał Wim Wenders, który także co 10 minut przychodził i mył ręce. Kieślowski z lekkim dystansem opowiadał, że to właśnie jest jego wyobrażenie europejskiego kina – on ze swoją chorobą nerek, Marcello z papierosem i Wim myjący ręce. A z drugiej strony Chorwacja, przez pryzmat kierowcy autobusu? To po to on jeździ za granicę, żeby teraz o jakichś kierowcach pisać?!

Kartki z dziennika
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...