Kiedy Jezus przychodzi w glanach

Kiedy Jezus przychodzi w glanach

Nie lękajcie się powiedzieć „tak” Jezusowi i iść za Nim jako Jego uczniowie. Wówczas w waszych sercach zagości radość i staniecie się błogosławieństwem dla Polski i świata.

Jan Paweł II

Z przeszłości słów kilka

Od wielu lat w gronie przyjaciół szukaliśmy dróg docierania do młodych ludzi z ewangelią, która jest zawsze tylko i aż propozycją. „Tylko”, ponieważ można ją odrzucić, nie przyjąć jej. „Aż”, bo człowiekowi w jego wolności nigdy się ona nie narzuca, nie kusi łatwym życiem, nie daje tanich obietnic bez pokrycia.

W 1998 roku, podczas intensywnej formacji ewangelizatorów, którą przeżywaliśmy z kilkusetosobową grupą w Gubinie, odwiedził nas biskup Edward Dajczak. Wracał z Żar, gdzie modlił się z ewangelizatorami na placu Woodstock, święcąc postawiony na polu krzyż. Powiedział wówczas, że powinniśmy być tam, gdzie inni potrzebują Jezusa, a tak mało jest tych, którzy mogą dzielić się Nim.

Był to ostatni z kursów wakacyjnej Szkoły Nowej Ewangelizacji, po którym wielu z ewangelizatorów dołączyło do spotkania na Woodstock. W sercach tych, którzy jeździli do Jarocina, Mrągowa, Gorzowa, rodziło się pragnienie zrobienia czegoś więcej.

We wrześniu 1998 roku, podczas spotkania w Paradyżu u rektora Seminarium Duchownego, wraz z biskupem Edwardem i kilkoma księżmi postanowiliśmy tak pracować cały rok, by dodać odwagi katolickiej młodzieży, z którą działamy na co dzień, i przygotować ją do podjęcia dzieła Nowej Ewangelizacji w takich warunkach, jakie stwarza nam coroczna impreza Przystanek Woodstock.

Zawiązał się komitet organizacyjny ogólnopolskiej inicjatywy ewangelizacyjnej „Młodzi — Młodym” pod sztandarem Przystanku Jezus. Zaprosiliśmy do przygotowań młodzież z całej Polski zaangażowaną w życie Kościoła.

Jako Wspólnota św. Tymoteusza przyjęliśmy propozycję zorganizowania zaplecza całego przedsięwzięcia. Stworzyliśmy biuro, prowadziliśmy korespondencję, umawialiśmy spotkania, podpisywaliśmy umowy.

Kiedy wieść o inicjatywie ewangelizacyjnej poszła w świat, bardzo szybko odpowiedzieli na nią muzycy z różnych formacji. Moim doradcą został znany muzyk, Darek Malejonek. Muzycy też chcieli ewangelizować, tak jak potrafią, śpiewem — dlatego powstał pomysł chrześcijańskiej sceny. Było zupełnie inaczej niż przy organizowaniu jakiegokolwiek festiwalu. Nikt nie mówił o pieniądzach, każdy chciał dać coś od siebie, a powód był jeden: „Ja też zostałem znaleziony przez dobrego Boga i chcę innym pomóc”.

Przygotowania uruchomiły lawinę telefonów, listów i modlitwę wielu naszych przyjaciół z Polski i z zagranicy. Doświadczaliśmy, że Jezus otwiera przed nami drzwi. Dla mnie był jeszcze jeden ważny głos, który do dziś słyszę. W listopadzie 1998 roku, w czasie kongresu międzynarodowych służb Odnowy Charyzmatycznej, mieliśmy prywatne spotkanie z Janem Pawłem II w Watykanie. W czasie tej audiencji Papież z naciskiem powiedział: „Idźcie pracować w winnicy Kościoła, ponieważ to nie jest czas, by odpoczywać”.

Cały ciężar bezpośrednich przygotowań przyjęli na siebie ludzie świeccy, mimo swoich codziennych obowiązków. Spotykaliśmy wielu wspaniałych ludzi i wśród księży i biskupów, i między biznesmenami.

Pewnego wieczoru zostaliśmy zaproszeni do rozgłośni radiowej i mówiliśmy o tym, co przygotowujemy wraz z młodzieżą dla młodzieży. Otrzymywaliśmy wiele telefonów ludzi, którzy obiecali swoją modlitwę i poparcie. Kiedy wróciłem nad ranem do domu, wszedłem do biura, by zostawić teczkę. Zobaczyłem, że na sekretarce jest pozostawiona wiadomość. Byłem jednak tak zmęczony, że poszedłem spać. W południe odsłuchałem wiadomości i nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę: jeden z biznesmenów deklarował pokrycie kosztów wynajmu sceny dla chrześcijańskich muzyków podczas Przystanku Jezus.

W lutym 1999 roku, kiedy widzieliśmy, że całe dzieło i jego wizja rozszerza się, nabiera odpowiednich kształtów, skontaktowaliśmy się z panem Jerzym Owsiakiem, przedstawicielem Przystanku Woodstock. Z jego inicjatywy spotkaliśmy się 1 marca w Żarach. Później wiele razy rozmawialiśmy przez telefon. Za każdym razem, kiedy byłem w Warszawie, kontaktowałem się z sekretarzem pana Owsiaka, panem Bogdanem, ale z samym panem Jerzym już nigdy nie doszło do spotkania, ponieważ był zajęty. Nie wiem dlaczego, ale od samego początku wyczuwałem pewną dozę nieufności z jego strony. Dostawaliśmy różne listy o treści zupełnie innej niż to, co później można było usłyszeć w mass mediach. I, niestety, tak już zostało do końca.

28 lipca 1999 roku, w Zespole Szkół Zawodowych w Żarach, mieliśmy ostatnie spotkanie organizacyjne, na którym za pośrednictwem pana Bogdana zaprosiłem Jerzego Owsiaka na chrześcijańską scenę w przededniu Przystanku Woodstock. W kilka dni później otrzymaliśmy zaproszenie od pana Jerzego Owsiaka na otwarcie jego Przystanku. Skorzystaliśmy z niego.

Jak się ksiądz zachowuje?

Tydzień przed rozpoczęciem Przystanku Jezus nasi bracia i siostry intensywnie pracowali, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Jeszcze czekały mnie oficjalne spotkania z przedstawicielami służb, domówienie poprawek, poinformowanie o odwołaniu — ze względów bezpieczeństwa — chrześcijańskiej dyskoteki, i można było przyjmować ewangelizatorów z całej Polski.

Przyjechało blisko tysiąc osób. Było to doświadczenie pięknej młodzieży, nie różniącej się prawie w niczym od tej, która za kilka dni przyjechała na pole Woodstock.

Rozpoczęliśmy rekolekcjami prowadzonymi przez biskupa Edwarda Dajczaka. Dzień i noc modlitwa przed Najświętszym Sakramentem, a popołudniami przebywanie z tymi, którzy już wiele wcześniej przyjechali na Przystanek Woodstock. Tym spotkaniom towarzyszyła twórczość chrześcijańskich zespołów muzycznych. Tutaj pod sceną bawiła się młodzież, różnokolorowa i z różnych subkultur. Chrześcijanin to nie jest człowiek nawiedzony, z różańcem w ręku, z głową w chmurach i nie umiejący po ludzku pogadać i zrozumieć codziennej rzeczywistości. Wspólna zabawa to część chrześcijańskiej spontaniczności, natury młodości, sposobu wyrażania wnętrza i uczuć. Dlatego nieobce były i takie obrazki:

Gdy na naszej scenie grał zespół „Tymoteusz”, wraz z moim kolegą Rafałem zaczęliśmy razem z punkami skakać przy scenie. Po chwili do mojego kolegi podeszła starsza pani i zaczęła go uświadamiać: „Jak się ksiądz zachowuje? Jak ksiądz chce z nimi skakać, to niech zdejmie sutannę!”. Rafał przytulił tę panią i powiedział jej: „Niech mi pani powie, jak mam powiedzieć tym ludziom, że ich kocham i że Jezus ich kocha”. W tym czasie podszedł do mnie chłopak z dziewczyną: „Widzimy, że ksiądz jest autentyczny, może się ksiądz nad nami pomodlić?”. Okazało się, że ładnych kilka lat nie byli w kościele, nie zapamiętali nawet najprostszych modlitw, jednak tego dnia płakali z radości, gdyż zaprosili Jezusa do swojego życia i doświadczyli Jego miłości 1.

Z momentem oficjalnego otwarcia Przystanku Woodstock, wyłączaliśmy aparaturę na naszej scenie, w czasie gdy na dużej scenie odbywały się koncerty. Tak się wcześniej umówiliśmy.

Klimat spotkań był specyficzny, a określało go prawo młodości — szczerość, bezpośredniość i autentyczność:

Podszedł do mnie Piotrek, 2 metry wzrostu, dobrze zbudowany. Wszystkich, których spotykał na drodze, rozpychał na boki, siarczyście przeklinając. Okazało się, że tego dnia nic nie jadł, więc zaproponowałem mu, że przyniosę coś do jedzenia. Akurat został jeszcze wojskowy bigos. Kiedy podawałem mu talerz bigosu z chlebem, popatrzył na mnie z niedowierzaniem i zapytał: „To za darmochę? Nie chcesz mnie nawracać?”. „Przecież miłość jest za darmo — odpowiedziałem. — Jeśli nie będziesz chciał, to Jezus do Ciebie nie przyjdzie. On jest dżentelmenem i nie wchodzi z butami w niczyje życie”. Na drugi dzień znowu się spotkaliśmy. Piotrek podbiegł do mnie, zaczął mnie ściskać i krzyczeć: ”To ksiądz dał mi wczoraj jeść, jeszcze trochę, a zacznę wierzyć w tego waszego Chrystusa”.

Jednak z dnia na dzień było coraz trudniej. Nasz lazaret, czyli miejsce, gdzie zbieraliśmy z pola Woodstock młodzież, która przedawkowała alkohol czy narkotyki, niestety okazał się kroplą w morzu potrzeb:

W nocy o pierwszej wracałem z adoracji, nagle usłyszałem głos: „Niech ksiądz mi pomoże, bo zaraz umrę!”. Odwróciłem się i zobaczyłem młodego człowieka. Miał może 18 lat. Był akurat „na gigancie”. Okradli go z pieniędzy, ubrań, nie miał gdzie spać, co jeść, okazało się, że jest nosicielem wirusa HIV. Wziąłem go do lazaretu. Okazało się, że nie ma już miejsca. Ludzie leżą na podłodze, salezjanie jednak, na moją prośbę, znaleźli jakiś kąt do spania dla niego. Jak wielkie było me zdumienie rano, gdy się okazało, że rozmawiał z kapłanem, wyspowiadał się i przyszedł do mnie. Powiedział, że chce rzucić narkotyki. Rozpoczęliśmy starania odnośnie katolickiego ośrodka odwykowego.

W wielu sytuacjach, w których się znajdowaliśmy, nie pozostawało nam nic innego, jak tylko modlić się za naszych młodszych braci i siostry, którzy doświadczali jedynie złudnych namiastek wolności, przyjaźni czy też bardzo wąsko traktowanej miłości. W tłumie owładniętym unoszącym się kurzem, między namiotami przechadza się młoda dziewczyna z zawieszoną na szyi kartką, na której widać wyraźny napis: „Oddam się za 5 zł”, i niestety nie był to żart.

Nie brakowało jednak pięknych spotkań. Pewnego dnia do Leszka przyszedł chłopak, którego okradziono i nie miał nawet butów. Jak tu wracać do domu? Leszek, nie namyślając się długo, zdjął swoje jedyne buty i ofiarował je oniemiałemu z niedowierzania nastolatkowi. Sam mówił później, że to wielka radość dać, nie spodziewając się niczego w zamian.

Innym razem, kiedy w nocy szliśmy z biskupem Edwardem przez pole Woodstock, zadałem mu pytanie, jak czuje się w takiej nowej sytuacji. Odpowiedział z ujmującą prostotą: „Gdyby z tego placu można było zrobić diecezję, chciałbym być jej pasterzem”. Chwilę później w jego ramionach, pod krzyżem postawionym w chrześcijańskiej wiosce, wylądował młody chłopak, który dopiero co odszedł od spowiedzi i radował się tym, że może się spotkać i tak zwyczajnie porozmawiać ze swoim biskupem.

Byli na polu także sataniści, młodzież, która najczęściej przez ciekawość lub dla zabawy wchodzi do takich formacji, nie zdając sobie sprawy, że jest kierowana w stronę programowego zła, a kiedy to odkrywa, nie wie już, jak z tego wyjść. Ci nowi próbują grać cwaniaków; szpan i możność ostentacyjnego manifestowania pogardy dla chrześcijan jest ich stylem. Kiedy niektórzy z nich zauważają w końcu, że zbliżają się coraz bardziej do totalnego bezsensu, w którym trudno jest żyć, rozpoczyna się wołanie o pomoc. Jednego razu odprawiliśmy egzorcyzmy nad satanistą, ponieważ chłopak nie potrafił sobie dać rady z sobą i mimo wcześniejszej spowiedzi, przeżywał nieuzasadniony lęk i niepokój. Po modlitwie doświadczył pełnej wolności dziecka Bożego, wyrzekając się zła.

To są chwile i spotkania, które trudno opisać, bo noszą w sobie całe brzemię ludzkiej nieporadności wobec grzechu, pragnienia wolności i bezsilności w rozwiązaniu problemów, a zarazem niemożliwego do zdefiniowania doświadczania działania Boga, który przynosi całkowitą wolność i dar nowego życia.

Gdzie był Bóg?

W jakże wielu przypadkach młodzi ludzie na co dzień są samotni, czują się nikomu niepotrzebni, oszukani. Dowiadujemy się o tym z listów, które otrzymujemy, a także od ludzi spotkanych na Woodstock. Z niektórymi z nich utrzymujemy nadal kontakt. To, co spotykamy wśród młodzieży na Przystanku, to nie zawsze tylko chwilowe rozluźnienie i pragnienie dobrego zabawienia się w odlotowej atmosferze totalnego luzu. To życie, bardzo poważne, krzyczące często ku nam z prośbą o pomoc. Bardzo trudnymi doświadczeniami dla mnie były spotkania z młodymi, którzy zostali wyrzuceni ze swoich rodzinnych domów i przez cały rok włóczą się po kraju, kombinując, jak przeżyć, bo nie mają dokąd wracać. Chciałbym w tym miejscu oddać głos jednej z naszych sióstr:

Pięknie było mówić o Bogu i Jego miłości, choć czasem brakowało słów i argumentów, np. gdy chłopak, który uważał się za satanistę, krzyczał: „Gdzie Bóg był, gdy ojciec mnie bił, gdy matka mnie biła, gdy złamali mi nos?”. Co mu powiedzieć? Jak im to zrekompensować, tym biednym bitym, zaniedbanym, opuszczonym dzieciom, których rodzice nie umieli się nimi zaopiekować, zajęci swoimi niedosytami, swoją frustracją? Rodziny są chore, rodzą i wychowują chore dzieci, które zakładają chore rodziny i proces ten rozszerza się, choruje całe społeczeństwo pełne ludzi głodnych miłości, a niezdolnych ją dać.

Mam nadzieję, że książka przygotowywana na podstawie świadectw osób, które były na Przystanku Jezus, odda klimat tamtych dni i wyświetli prawdę o tym, jak Jezus dotykał serc młodych ludzi. Będzie nosić tytuł dość prowokacyjny, ale także bardzo wymowny: „Kiedy Jezus przychodzi w glanach…”. Wierzę bowiem w to mocno, że gdyby nie było innego sposobu, by dotrzeć z prawdą pełną miłości do serca człowieka, by źródło miłości nie zostało niedostrzeżone, Jezus nie wahałby się założyć glanów. Tylko czy nam wystarczy odważnej miłości?

Ewangelizacja prowadzona na Przystanku Jezus pokazuje, że słowa Jana Pawła II: „Jezus nie stoi z dala i nie pozostawia was samych wobec tego wyzwania. Jest zawsze z wami, aby przemieniać waszą słabość w moc”, nie są słowami bez pokrycia. Za tą obietnicą, która wypływa z Bożego Słowa, rzeczywiście stoi Jezus Chrystus, który umarł i zmartwychwstał, który ma moc przemienić słabość każdego z nas w moc pięknego życia.

Smutne żniwo

Kilka miesięcy temu spotkałem się z Markiem Kotańskim, który dzielił się tym, co obecnie robi dla tych, których społeczeństwo chętnie określa mianem młodzieży z marginesu. Wspomniał wówczas, że co roku, po Przystanku Woodstock, do jego ośrodków trafia duży procent młodzieży, która pytana o pierwszy kontakt z narkotykami, wskazuje, niestety, na tę imprezę, gdzie jednym z naczelnych haseł jest „Stop narkotykom!”.

Ci spośród nas, którzy mogli służyć najbardziej potrzebującym, dali takie świadectwo tego czasu:

Posługiwałem w lazarecie dwie noce. Przynoszono ludzi nieprzytomnych od alkoholu lub środków odurzających, często zasikanych. W trakcie tej posługi zdarzali się też tacy, którym ukradziono namioty, karimaty, śpiwory. Widziałem młodzież z torebkami foliowymi napełnionymi rozpuszczalnikiem, który wąchała.

Dlaczego Przystanek Jezus?

Przystanek Jezus na pewno nie był konkurencją dla Przystanku Woodstock. Nie to stanowiło cel tej inicjatywy. Zamiar był prosty: być w służbie młodzieży przyjeżdżającej na Woodstock. Jeżeli ktoś widzi w tym, co robimy, zagrożenie dla siebie lub konkurencję, jest nam bardzo przykro, ponieważ oznacza to odepchnięcie dłoni ludzi gotowych do służby człowiekowi. Nasi bracia i siostry starają się ewangelizować przy okazji wszelkich zgromadzeń młodzieży.

Przystanek Jezus nie jest to żaden osobny festiwal, ale ewangelizacja w bardziej rozbudowanej formie, której do tej pory na naszym podwórku może nie widziano. Jest to jednak to samo dzieło, które prowadzi Kościół od dwóch tysięcy lat. Ewangelia jest ta sama, choć zmieniają się środki wyrazu i komunikacji.

Wielu jest ludzi, którzy zachęcają nas do budowania własnych dróg, na których można by ewangelizować. Posądza się Kościół, że pasożytuje na innych. Jestem zapraszany na różne spotkania, konferencje, kongresy i widzę, jak wiele jest festiwali, spotkań młodzieżowych, które gromadzą ogromne rzesze. Jesteśmy i tam. Jako przykład takich inicjatyw można podać: Międzynarodowy Ekumeniczny Festiwal Muzyki Chrześcijańskiej „Song of Songs” w Toruniu, Ogólnopolski Festiwal „Pokój i dobro” w Zielonej Górze, Ogólnopolski Festiwal Piosenki Chrześcijańskiej „Fantastyczne śpiewanie” w Tarnowie, Festiwal Piosenki Religijnej „Sacrosong” w Krakowie, Ogólnopolski Studencki Festiwal Piosenki Religijnej „Żakeria” w Lublinie. Istnieje jeszcze wiele innych, jak na przykład młodziutki, ale jakże piękny festiwal „Młodzi i Miłość” w Matemblewie koło Gdańska. Będąc tam, spotkałem wspaniałą młodzież, bawiącą się przy równie ostrej muzyce jak na Przystanku Jezus. Klimat tych spotkań jest jednak zdecydowanie inny. Tutaj mówi się, dyskutuje o odpowiedzialności, pięknie miłości małżeńskiej, byciu w służbie drugiego człowieka. Te festiwale są jakby drugim stopniem pewnej drogi, którą pokonuje dzisiejszy młody człowiek. Nie można jednak pominąć tego pierwszego, którym wczoraj był Jarocin, a dziś jest Przystanek Woodstock.

Myślę, że dobrze podsumuje to wszystko zdanie jednej z naszych sióstr:

Wyjeżdżałam z Przystanku Jezus ze świadomością, że gdyby Jezus chodził dziś po świecie, to pojechałby na Woodstock, a nie do naszych malowanych świątyń i pięknych katedr, i chwała Mu za to!

Naszym zadaniem nie było nawracanie, upominanie, przyciąganie na siłę do Kościoła czy reklamowanie Jezusa. Chcieliśmy przede wszystkim być z tamtą młodzieżą i zaświadczyć o Chrystusie, który jest obecny w naszym życiu, aby ci, których spotkaliśmy, nie mogli powiedzieć: „Nie słyszeliśmy o Chrystusie!”.

1 Cytowane fragmenty zostały zaczerpnięte z przygotowywanej właśnie książki Kiedy Jezus przychodzi w glanach… oraz z korespondencji nadesłanej do biura Ogólnopolskiej Inicjatywy Ewangelizacyjnej Przystanek Jezus w roku 1999.

Kiedy Jezus przychodzi w glanach
Artur Godnarski

urodzony w 1969 r. – kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, asystent Katolickiego Stowarzyszenia w Służbie Nowej Ewangelizacji Wspólnota św. Tymoteusza, inicjator i organizator „Przystanku Jezus”. Mieszka w Gubinie....