Klątwa

Mandaty rąbię, pokwitowań nie wystawiam. W domu żona, troje dzieci. Gdyby nie te mandaty, jak by nam za sto siedemdziesiąt hriwien cały miesiąc wyżyć…? Wiem, że to niedobrze, ale wszyscy tak robią, a to znaczy, że mechanizm nie taki jak trzeba. Ktoś na górze nie pomyślał…

Nasza wieczorna rozmowa z władyką Jonafanem zupełnie niespodzianie dopełniła się niecałe dwa tygodnie później, choć do mojego wyjazdu z Ukrainy Władyki już nie spotkałem. Dowiedziałem się z czasem, że przeniesiono go z Sum do Kijowa.

Z różańcem w dwie godziny

Tymczasem niedługo po sumskich uroczystościach grypa zwaliła z nóg tamtejszego proboszcza, ojca Feliksa Święcickiego.

Przyszło prosić współbraci z pobliskiego Charkowa — na Wschodzie dwieście kilometrów to najbliższe sąsiedztwo — o pomoc. W takiej sytuacji się nie odmawia, tu ludziska zbyt długo na kapłanów czekali, jakże więc ich bez niedzielnej Mszy świętej zostawić? Sałtowscy misjonarze od świętego Wincentego ŕ Paulo wydelegowali na niedzielę do Sum ojca Janka, podhalańskiego górala. Zaraz po święceniach Duch Święty i władze zakonne rzucili go na zieloną Ukrainę. Pokochał ją, wrósł w nią, zjeździł jej drogi wzdłuż i wszerz. Cóż to dla niego dwieście kilometrów po dziurach i lodzie? Pojechał…

Służył w tych Sumach tak, jak potrafi. Przyjęli go sumczanie jak zwykle serdecznie, tu ludzie tacy są. Podzielą się, czym kto może. Przetrzymali ojca Janka do późnego wieczora, dobrze nakarmili, na noc zatrzymać chcieli i pewnie by został, gdyby nie sałtowskie dzieciaki. Od rana miał z nimi zajęcia zaplanowane, czy mógłby im zawód sprawić…?

Była już pewnie dziesiąta wieczór, kiedy ruszył w drogę. Spieszno mu było. Myślał sobie: samochód dobry, z różańcem w dwie godziny przelecę.

Zapomniał chłop, że posterunek DAI–u (Derżawnoj Awto–Inspekcji, po polsku byłaby to Państwowa Inspekcja Drogowa) na granicy obwodów sumskiego i charkowskiego nie rzuca się w oczy. Tam o mandat nietrudno. Ograniczenie prędkości do czterdziestu na godzinę, pędzisz bratku stówką i płacisz.

Ciężka noga

Zagapił się i ksiądz Janek, a oni na to czekali. Kiedy zobaczył migające światła, zrobiło mu się zimno i gorąco. Przycisnął hamulce, ale było już za późno.

— Psiakrew, znów przegapiłem DAI–czników…

A trzeba powiedzieć, że rzeczywiście ojcu Jaśkowi takie „zapomnienie” nie pierwszy raz się przydarzyło. Ciężką ma chłopak nogę…

Wyszło ich dwóch. Wokół ciemnica, oprócz policjantów ani żywego ducha.

— Byle mi tylko nie sprawili łomotu, byle tylko trzeźwi…

Nie bez powodu tak myślał, kiedyś taka historia przytrafiła się ojcu Gienie. Przeleżał w szpitalu blisko pół roku. I to tylko za to, że zwrócił takiemu mientowi (mient — odpowiednik polskiej „gliny”) uwagę, iż stróż prawa pijany nie powinien na drogę wychodzić.

— Dobry wieczór.
— Komu dobry, to dobry, ale niech będzie: dobry wieczór…

Zauważyli sutannę. Dla Rosjan czy Ukraińców na Wschodzie różnice pomiędzy prawosławną riasąkatolicką sutanną są praktycznie niezauważalne. Ojciec Janek na dodatek brodaty, prawdziwy, wschodni batiuszka...

Wy swiaszczennik? [Czy Pan jest księdzem?]
— Tak, jestem księdzem…
— Naruszył ksiądz przepisy, tu jest ograniczenie do czterdziestu. Widzieliśmy, że ksiądz hamował, ale i tak osiemdziesiąt pozostało…
— Tak, wiem. Zagapiłem się. Przepraszam.
— Proszę wysiąść, ksiądz pójdzie z nami.

No, to już nie przelewki. Wokół noc ciemna, barak DAI i pustkowie. Tych dwóch: krzepkich, uzbrojonych. I Janek, z różańcem… Wyszedł z samochodu. Idą w stronę baraku. Raptem jeden skręca za barak i powiada:

— Proszę, ksiądz pójdzie ze mną…

Mój Boże, znaczy będzie prać. Ot tak, bez specjalnego powodu. Strach to takie ludzkie uczucie. Nie opuszcza cię nawet wtedy, gdy różaniec masz w dłoni…

Ciężkie serce

Poszli za barak, przodem DAI–cznik, za nim przestraszony ojciec Janek. Policjant zatrzymał się, odwrócił do Janka. Co się dzieje? Janek nie mógł tego wszystkiego pojąć: stojący przed nim silny, młody mężczyzna, cały drżał…

Otiec, wy diejstwitielno swiaszczennik? [Ojcze, czy Pan jest rzeczywiście księdzem?]
— Tak, jestem księdzem…
— To dobrze. Sława Bohu… Ja muszę z księdzem porozmawiać, ale niech mi ksiądz najpierw powie: czy może ksiądz zdjąć przekleństwo? Czy może ksiądz…?

Miał łzy w oczach, wyraźnie nie mógł się skupić. To, co miał powiedzieć, było dla niego szczególnie ważne.

— Proszę, niech mi Pan powie, o co chodzi.
— Widzi ksiądz, ja jestem mientom… Pewnie ani lepszym, ani gorszym, takim samym mientom jak wszyscy moi koledzy. Mandaty rąbię, pokwitowań nie wystawiam. W domu żona, troje dzieci. Gdyby nie te mandaty, jak by nam za sto siedemdziesiąt hriwien cały miesiąc wyżyć…? Wiem, że to niedobrze, ale wszyscy tak robią, a to znaczy, że mechanizm nie taki jak trzeba. Ktoś na górze nie pomyślał…

Bić nie będzie, ale czyżby zamierzał spowiadać się? Tu, w środku nocy? Na drodze?

— Przedwczoraj miałem, jak dziś, służbę. Tyle że za dnia. Widział ksiądz, tu ograniczenie do czterdziestu. Dla nas to może i dobrze, że posterunek niewidoczny, ograniczenie niewyraźne. Można więcej zarobić… Koło południa patrzę — pędzi taki. Pędzi sto dwadzieścia. Ksiądz to zauważył i hamował, a tamten nic. Myślę: noworuski jaki albo mafioso? Zatrzymuję go. Stanął. Podchodzę do samochodu i własnym oczom nie wierzę. W tym jeepie siedział swiaszczennik

Boże mój, o co mu chodzi? To wszystko przestało już być niebezpieczne — stało się intrygujące…

Swiaszczennik to swiaszczennik. Ja wszystkich was szanuję. Ja ze wsi, mamusia jeszcze dzieckiem mnie ochrzciła i krzyżyk na drogę do armii dała. Ale tak naruszać przepisy? Musiałem mu wypisać mandat. Wypisałem, nawet dałem uczciwie pokwitowanie. A ten jak nie zacznie na mnie krzyczeć, od bezbożników wyzywać. Gdyby tylko krzyczał, ale on zaczął przeklinać. Taki czerwony na twarzy najpierw mnie wyklinał, potem moją rodzinę, żonę, dzieci, wszystkich. Mnie, to rozumiem. Zdenerwowałem go, ale dlaczego moją żonę i dzieci? Co oni winni?

Mówiąc to, cały trząsł się, łzy wielkie jak groch poszły mu z oczu. Ileż w nim było bólu…

Otiec, możetie li wy sniat’ eto prokliatije? [Ojcze, czy może Ojciec zdjąć to przekleństwo?]
— Tak, mogę… Uklęknij.

Uklęknął. Ojciec Jan położył mu dłonie na głowie. Teraz sam miał łzy w oczach. Modlił się nad nim w ciszy, Bożemu Miłosierdziu żarliwie polecał jego i jego rodzinę. Potem, jak prawdziwy ojciec, przycisnął jego głowę do swojej piersi, pobłogosławił. Podniósł z ziemi. Na koniec powiedział mu:

Słuszaj, brat… Ja nie wiem, co to był za ksiądz, który cię przeklinał. Nie wiem, czy to w ogóle był ksiądz. Księdzu, a i każdemu człowiekowi, nie wolno innego człowieka przeklinać. Bóg jest Miłością. On kocha ciebie i twoich najbliższych bardziej, niż ty sam siebie i ich kochać potrafisz. On dla ciebie i dla nich poszedł na krzyż, dla ciebie zmartwychwstał, dla ciebie pozostał z nami po wszystkie dni, aż do skończenia świata. Czy kapłan, sługa Tego, który tak bardzo kocha ciebie i mnie, może kogokolwiek przeklinać? I jeszcze za to, że wypełniłeś swój obowiązek? To twoja praca, twoja służba. Ważne, żebyś ją uczciwie wykonywał. Na przyszłość nie bój się, nie bój się żadnych przekleństw. Boża Miłość jest niepomiernie większa od całej złości włożonej we wszystkie przekleństwa świata. Pamiętaj o tym i nie bój się… Nie bój się!

Policjant wyprostował się, na jego twarzy pojawił się delikatny, jakby nieśmiały uśmiech. Zanim ojciec Jaś się zorientował, chwycił go za rękę i z całej siły jego dłoń ucałował.

O mandacie za przekroczenie prędkości zapomnieli obaj: ojciec Jan, który się go spodziewał, i szczęśliwy policjant, który powinien był go wystawić…

Ruszył Jan w dalszą drogę. Jechał już wolniej. Myślał o tym księdzu, który może na chwilę, w gniewie, zapomniał się… Kim był? Czy nie z tych wyświęconych po ośmiomiesięcznych kursach? A może z tych istinno–prawosławnych? Przypomniał sobie jednego z takich sałtowskich batiuszków, który, zaproszony kiedyś do szkoły, tłumaczył dzieciom, że katolicy to poganie, którzy wyznają bożka o imieniu katol...

I do nich pójść trzeba, i oni potrzebują naszej modlitwy, naszej miłości. Potrzebują więcej niż ktokolwiek inny.

„Żniwo wielkie — robotników mało!”

Klątwa
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...