Kołdra

W dialog małżeński wpisany jest wysiłek budowania miłości oraz chęć darowania win. Są one zasadą religijną. Wyraża się w nich tajemnica zaślubin. Relacja zawiązująca się podczas sakramentalnego obrzędu jest podobna do naszego związku z Panem Bogiem między innymi w tym, że Stwórca gotów jest do wybaczenia wszystkiego, nawet gdyby miał za to umrzeć na krzyżu.

Przyszła do mnie kiedyś pewna para przeżywająca trudności. Mężczyzna rozpoczął rozmowę od pytania: „Jak ojciec sądzi, jeśli mąż jest zmęczony, to żona powinna mu pomóc, prawda?”. W jego pytaniu zawarta była prośba o rozstrzygnięcie, które mógłby użyć przeciw żonie. Na to kobieta mogłaby odpowiedzieć jedynie obroną. Taki sposób prowadzenia sporu nie prowadzi do pojednania. Tymczasem, gdyby mąż powiedział o sobie: „Jestem czasami tak zmęczony, że jedyną rzeczą, jakiej pragnę, jest to, abyś była ze mną”, przekazałby prawdę o tym, że mimo trudności i zmęczenia tęskni za obecnością żony i w ten sposób chce tworzyć ich małżeństwo. Wysiłek porozumienia się ma wymiar głębszy niż tylko psychologiczny, odsłania teologiczną prawdę o stworzeniu małżonków do jedności.

Dziś w świadomości ludzi rozmywa się pojęcie rodziny. Gubią się wartości takie, jak: wierność, posługa wobec współmałżonka oraz dzieci, budowanie wspólnoty z najbliższymi. Dla wielu osób nie są to rzeczy najważniejsze, a niektórzy nawet ich nie rozumieją. Dobrze, jeśli zostają zastąpione przez przyjaźń lub zaangażowanie społeczne, gorzej, jeśli w ich miejsce pojawia się ubóstwienie spokoju, pieniędzy, pracy czy zdrowia. Postawy takie kształtowane są między innymi przez media, które zniewolone presją wiadomości komercyjnych i bulwersujących, podają informacje o zjawiskach patologicznych lub nietypowych. Wśród zwyczajnych par, przeżywających ogromne problemy, istnieją jednak ludzie, którzy traktują swoje powołanie do życia w małżeństwie jako fundament — coś najistotniejszego. Od ich osiągnięć duchowych i wspólnotowych zależeć będzie sposób radzenia sobie pozostałych małżeństw z nie rozwiązanymi trudnościami. Elity tej nie tworzą ludzie idealni, lecz osoby pracujące po kilkanaście godzin dziennie, noszące swoje krzyże, na przykład opiekujące się obłożnie chorymi członkami rodziny… Niektóre mają problemy z przebaczeniem zdrady czy okazaniem zaufania. Inne toczą ze sobą wojny wszędzie i przy każdej możliwej okazji. Mimo to decydują się na uczestnictwo we wspólnocie rodzinnej, a tym samym rozpoczynają żmudne zmagania prowadzące do jedności.

Podczas Spotkań Małżeńskich, w których uczestniczę jako duszpasterz, podążamy specyficzną ścieżką wiodącą od natury do łaski, od dialogu ludzi do odkrycia obecności Boga w nich. Rodziny odkrywają cud historii, którą tworzą, wspaniałość budowania czegoś więcej niż funkcjonalnej wspólnoty. Uświadamiają sobie konieczność dawania siebie innym, bycia dojrzałym człowiekiem, który wchodząc w bardzo bliską relację, nie traci swojej niepowtarzalnej osobowości. Jedynym wzorem, jaki warto małżonkom pokazywać, są oni sami i ich wzajemny dialog, rozumiany jako powierzanie się sobie nie tylko przez słowa, gesty, postawy i wszystko co składa się na bycie razem. Ich spotkanie musi być możliwie głębokie, szczere, otwarte na przebaczenie. Dzięki temu konkretna rodzina ma szansę stać się wyjątkowa. Wspólnota dwóch osób, realizująca swoją miłość również poprzez bycie dla dzieci, pozwala im znaleźć indywidualne powołanie, odkryć w sobie wezwanie do miłowania tą miłością, którą ukochał nas Bóg. Dotyczy to każdego z nas: zakonników, osób pojedynczych (świadomie nie używam terminu samotnych), ale w szczególny sposób wyraża się w życiu małżeńskim. W Księdze Rodzaju czytamy, że dobrze jest, kiedy mężczyzna nie pozostaje sam, lecz łączy się z kobietą, po czym stają się jednym ciałem, to znaczy żyją jednym życiem. Wtedy w pełni mogą realizować swoje ludzkie możliwości. Oznacza to, że na nowy sposób upodabniają się do Boga, mocniej wchodzą z Nim w więź miłości. Całkowita przemiana i rozwój miłości małżeńskiej dokonuje się jednak głęboko, na poziomie duchowym, a nie tylko w sferze rozwiązywania problemów psychologicznych. Staje się możliwa dzięki łasce sakramentalnej, która pomaga realizować to, czego człowiek naprawdę pragnie.

Przebaczenie

W encyklice o Duchu Świętym Papież napisał, że „człowiek żyjący w pełni” — a osoba realizująca swoją miłość we wspólnocie rodzinnej jest kimś takim — staje się „miejscem kondensacji Bożej obecności”. W tym dopatruję się charyzmatu małżeństwa. Jest ono miejscem teologicznym, miejscem obecności działającego Boga. Oznacza to w praktyce nieustanną gotowość do pogłębiania więzi poprzez stały wysiłek budowania porozumienia i jedności. Sobór Watykański II dialog określa nie tylko jako metodę, ale również jako sposób obecności Kościoła w świecie współczesnym, drogę do pojednania, drogę ekumeniczną. Analogicznie świadectwem małżeństwa wobec świata oraz miejscem pogłębiania jedności wspólnoty ludzkiej jest wewnętrzny dialog pomiędzy mężem i żoną. W tę rzeczywistość wpisany jest wysiłek budowania miłości oraz chęć darowania win. Są one zasadą religijną. Wyraża się w nich tajemnica zaślubin. Relacja zawiązująca się podczas sakramentalnego obrzędu jest podobna do naszego związku z Panem Bogiem, między innymi w tym, że Stwórca gotów jest do wybaczenia wszystkiego, nawet gdyby miał za to umrzeć na krzyżu.

Pokazując istotę więzi małżeńskiej, czasem posługujemy się analogią do Trójcy Świętej. I mimo iż w żaden sposób nie potrafimy w pełni wyobrazić sobie zależności między Osobami Boskimi, warto uświadomić sobie sakramentalny wymiar przysięgi składanej drugiemu człowiekowi przed ołtarzem. Jest to ślubowanie Boga, które wypowiada mąż żonie, a żona mężowi. Słowa Bożej obietnicy trwają jako zobowiązanie przez całe życie, słowa te spełniają się we wspólnocie zaślubionych w miłości, wierności i uczciwości aż do śmierci. Dzięki temu Stwórca poprzez człowieka–współmałżonka objawia swoją miłość. Aby to lepiej wyjaśnić, posłużę się przykładem. Podczas każdej modlitwy — na początku i na końcu — wykonujemy znak krzyża, ale w gruncie rzeczy odtwarzamy tylko ten sam znak, który został w nas wpisany podczas rytu chrztu jako symbol podobieństwa do Chrystusa Ukrzyżowanego. Tak samo małżonkowie pozostający w dialogu powtarzają przysięgę Boga, która podczas zaślubin, została wpisana w ich życie.

Potrzebuję rozmowy o nas…

Oczywiście wysiłek porozumiewania się pomiędzy mężem i żoną musi być uczciwy. Rządzą nim elementarne zasady opisane w podręcznikach psychologicznych. Trzeba nauczyć się słuchać drugiej osoby tak, aby w pełni zrozumieć to, co chce nam przekazać. Jeśli odpowiedzią będzie atak, drugi — zraniony — zamknie się w sobie. W płaszczyźnie teologicznej stanie się tak, że małżonek, wypowiadając raniące słowa, zasłoni sobą Boga, którego ma objawiać. Nie będzie znakiem Bożej miłości, którą ma uobecniać. W postawie wrogości czy niechęci nie sposób dostrzec podobieństwa do miłości Boga.

Odwołajmy się do przykładu. Rozmawiała ze mną pewna kobieta, która bała się o męża zapracowującego się w sposób zagrażający zdrowiu. Człowiek ten miał już nawet dwa poważne wypadki drogowe będące właśnie skutkiem zmęczenia. Udało nam się wymyślić sposoby, które mogłyby służyć ochronie jego życia. Jednak pod koniec spotkania moja rozmówczyni zauważyła: „Powiedział mi ojciec o nim i o mnie, a ja potrzebuję rozmowy o nas”. Zrozumiałem wówczas, że potrzeba innego rozwiązania. Żaden pomysł, który dotyczył tylko jednego z nich, nie był dobry. Doświadczyłem wtedy tajemnicy świętości ich wspólnoty, pomimo że aktualnie znajdowali się dość daleko od siebie.

Inną sytuacją, w której to sobie uświadamiam, jest spotkanie z małżonkami od kilkunastu lat walczącymi o porozumienie. Nie potrafią go osiągnąć i bardzo się ranią. Gdyby ich bycie ze sobą służyło jedynie realizacji czysto ludzkich tęsknot: mieszkania z kimś drugim, czułości, zaspokajania potrzeb seksualnych, motywacja do życia we dwoje okazałaby się zbyt mała. Fakt, że znajdują siły do pokonywania niekiedy potwornych przeciwności, jest świadectwem działania ukrytej łaski sakramentalnej, która sprawia, że mimo wszystko chcą żyć w jedności i zbliżają się do niej. Powołanie do tworzenia małej wspólnoty, jaką jest rodzina, wymaga ogromnego wysiłku i umiejętności przetrwania w sytuacji próby.

Gdybym był sam

Oczywiście nie sposób tego wszystkiego przewidzieć na początku budowania małżeństwa. Niemalże każda para nowożeńców sądzi w głębi serca, że ominą ją trudności. Większość narzeczonych deklaruje: „Chciałbym, żeby było nam dobrze lub żeby wybrana przeze mnie osoba była zadowolona”. Na marginesie warto wspomnieć, że bardzo rzadko zdarza się, by ktoś wspominał o swoich potrzebach: „Boję się być sam, pragnę mieć kogoś przy sobie”. Życie w małżeństwie szybko weryfikuje te słowa, bo budowanie szczęścia własnego, drugiej osoby czy też wspólnego, okazuje się celem niewystarczającym. Dążeniem zaś, które przynosi prawdziwsze owoce, jest budowanie jedności. W związku z tą fundamentalną wartością małżonkowie niejednokrotnie doświadczają diabelskiej pokusy zmiany stanu czy miejsca. Diabeł podsuwa myśl, że gdzie indziej byłoby łatwiej i lepiej. Mówi, by żyć we wspólnocie, ale nie z tymi osobami co dotąd. Pojawia się też zwodzenie: „Czy przypadkiem nie tracę czegoś ważnego, pozostając z moimi najbliższymi? Może mógłbym być kimś naprawdę wielkim lub poważanym, gdybym był sam?”. Ludziom zmagającym się z takimi podszeptami można powiedzieć, że właśnie pozostawanie w więzi pomaga w osiąganiu pełnej dojrzałości osobistej każdego z małżonków. Nie zapomina się wtedy o swoich pragnieniach, ale realizuje je poprzez sakramentalne przymierze, w sposób nieegoistyczny, mobilizujący do wzrostu. Ten wzrost zauważa się jednak dopiero po dłuższym czasie.

Pewna młoda para otrzymała w darze od krewnych piękną, ciepłą, puchową kołdrę. Prezent był bardzo cenny, lecz małżonkowie długo nie mogli z niego korzystać, bo kołdra była dla nich stanowczo za mała. Zawsze w nocy któreś z nich ściągało ją na swoją stronę i druga osoba marzła. Nie pozostało im nic innego, jak spać pod śpiworami. Dopiero kilkanaście lat po ślubie, gdy dzieci wyrosły na tyle, aby wyjechać samodzielnie na obóz, musieli oddać im śpiwory i powrócić do zapomnianej kołdry. Wtedy przekonali się, że ona im teraz całkowicie wystarcza. Dzięki temu uświadomili sobie, jak bardzo zdołali się zbliżyć do siebie, mimo iż tego długo nie dostrzegali. Na tej podstawie można sformułować zasadę zachowania swojej tożsamości w małżeństwie: „Tym bardziej jestem sobą, im bardziej jestem z tobą”. Żartobliwie powiedziałbym, że mąż i żona tym bardziej stają się sobą, im lepiej mieszczą się pod jedną kołdrą.

Papież określa to w teologiczny sposób, mówiąc, że człowiek realizuje się jako osoba poprzez bezinteresowny dar z siebie. To stwierdzenie dotyczy każdego chrześcijańskiego powołania, ale szczególnie odnosi się do małżeństwa. Punktem startu dla małżonków jest jednak budowanie wspólnoty tak, by dorosnąć do tego, że staną się ofiarą składaną dla drugiego i z nim w miłości. Punktem wyjścia zatem musi być próba tworzenia bliskości, pogłębiana nieustannym dialogiem. Dopiero po pewnym czasie dwoje ludzi naprawdę realizuje swoje powołanie przez oczyszczone z wszelkiego egoizmu darowanie siebie drugiemu. Można nawet powiedzieć, że w pełni małżeństwem jest się dopiero po wielu, wielu latach wspólnego życia.

Cały dorobek życia

Każde małżeństwo jest inne i nie da się ustalić jednego, wspólnego dla wszystkich modelu. Mówienie o prawidłowościach zachodzących w życiu zaślubionych sobie ludzi musi być zawsze traktowane jako pewne przybliżenie, zwłaszcza, że wspólnota tworzona przez dwoje ludzi nie jest czymś statycznym. Wpisana jest w nią pewna dynamika, która stwarza nowe pola zagrożeń, jest też źródłem konfliktów oraz kryzysów. Człowiek co kilka lat zmienia się w sposób istotny. Nawet na poziomie biologii, uczucia męczą się mniej więcej po czterech latach. Nie są już tak intensywnie przeżywane i szuka się nowych doznań. W małżeństwie można zauważyć podobną prawidłowość. Pierwsze lata są zwykle walką o wszystko, wypełniają je próby negocjacji, dogadywania się, wymiany informacji, czyli rysowanie wspólnego obszaru życia. Wiele małżeństw, budujących prawdziwe więzi, twierdzi, że ten pierwszy okres był najtrudniejszy. Nawet późniejsze, niekiedy gwałtowne wstrząsy postrzegają jako mniej dotykające i raniące. Stopniowo, w miarę upływu przeżytych ze sobą lat, spotykają się na coraz głębszych obszarach. Dotychczasowy sposób komunikowania się, załatwiania spraw, planowania, decydowania, a wreszcie okazywania miłości przestaje wystarczać. Rozpoczyna się bolesne doświadczenie końca tego, co małżonków dotychczas łączyło. Takim ludziom trudno pomóc, bo nie wiadomo jeszcze, w którym kierunku powinien zmierzać ich rozwój. Jest to podobne do kryzysu wiary. Nie umiemy jeszcze rozeznać, w którą stronę należy iść, wiemy jednak, że trzeba iść w wierze dalej. Metodą, która pozwala przetrwać, okazuje się dialog bardziej intensywny niż dotąd. Po siedmiu, ośmiu latach małżeństwa dochodzi zwykle do ważnego przełomu. Konieczna jest przemiana zakochania, czyli w gruncie rzeczy fascynacji swoimi własnymi przeżyciami, w poważniejszą i dojrzałą decyzję o pogłębianiu więzi z drugą osobą. Jest to decyzja trudna, ponieważ człowiek, który ją podejmuje, pozornie nic w zamian nie może zyskać. Kolejną chwilą weryfikującą dorobek życiowy małżonków jest moment wyjścia dzieci z domu. Następny etap to czas większego niż dotąd zaangażowania społecznego. Kryzys dotyczy szczególnie tych, którzy już stworzyli dobre wspólnoty małżeńskie będące prawdziwie „miejscem kondensacji Bożej obecności”. Przez wiele lat byli oni dla innych świadkami wiary, w niezwykły sposób ubogacali swoją obecnością tych, którzy się z nimi spotykali. Takie pary z samej natury miłości chętnie angażują się w przyjaźnie. Ludzie często korzystają z ich obecności, po czym odchodzą, gdy zdołają już zaspokoić własne potrzeby. Małżonkowie dobiegający mniej więcej pięćdziesiątego roku życia sami często przeżywają poważną próbę. Dotyczy ona ich samych i jest jedną z najtrudniejszych, najboleśniej oczyszczających ich miłość. Muszą sobie zadać pytanie, czy myśleli, że przetrwa w nich coś więcej, niż ich — przecież trudne — małżeństwo. Wielu ludziom nie jest łatwo przyznać, że cały ich dorobek życiowy sprowadza się do umiejętności dogadywania się tylko z jedną osobą na świecie. Mogą się wprawdzie pocieszyć przeszłością, że umieli obdarzyć swoje dzieci wolnością, czyli pozwolili im zaistnieć jako odrębnym, niezależnym od siebie istotom związanym z nimi więzami krwi. Oczywiście diabeł podpowie wówczas: „Za mało osiągnąłeś w życiu, tylko podstarzałą żonę”. Pan Jezus będzie jednak powtarzał: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. Nawet gdyby miało to oznaczać wyłącznie jednego przyjaciela. Jest to głęboko chrześcijańska próba oczyszczenia miłości człowieka ze wszystkiego, co nie jest samą miłością. Takie próby przeżywały zawsze osoby święte. Jedynie o takiej miłości można powiedzieć, że jest ona na miarę miłości Pana Boga. Spotkania z małżonkami, którzy naprawdę są darem dla siebie, a przez to promieniują na innych, upewniają mnie, że można w małżeństwie zrealizować chrześcijańskie powołanie do miłości. W przestrzeni bowiem Ewangelii dzieje się tak, że to, co wydaje się głupie w oczach świata, w rzeczywistości okazuje się wielkie.

Kołdra
Mirosław Pilśniak OP

urodzony 5 lutego 1959 r. w Mosinie – dominikanin, z wykształcenia matematyk, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor wielu kompozycji muzyki liturgicznej, obecnych w śpiewniku Niepojęta Trójco....