„Kolędy polskie” Włodka Pawlika

„Kolędy polskie” Włodka Pawlika

Włodek Pawlik, Kolędy polskie, Polonia Records 2004

Wbrew pozorom pisanie o kolędach dzisiaj to sprawa niezwykle trudna. Nagrywają je bowiem od jakiegoś czasu wszyscy: wielkie orkiestry najznakomitszych filharmonii, wybitni śpiewacy, operowe diwy, gwiazdy i megagwiazdy muzyki pop, kapele folklorystyczne, aktorzy, aktorki, amatorzy, dzieci i instrumentaliści. Od połowy listopada coraz bardziej udziwnione aranżacje i arcywyrafinowane wykonania kolęd i pastorałek pobrzmiewają dosłownie wszędzie – w supermarketach, restauracjach, na bazarach i stacjach benzynowych. I zdecydowanie bardziej do tańca niż do różańca…

Tylko czy rzeczywiście taka powinna być fonosfera Bożego Narodzenia? Przecież rodzi się Dzieciątko inne niż wszystkie dzieci i radość tych narodzin winna być zupełnie inna. W Ewangelii św. Łukasza czytamy, że gdy Symeon błogosławił małego Jezusa, powiedział do Maryi: „a Twoją duszę przeszyje miecz, aby wyszły na jaw zamysły serc wielu”. Zatem w szczęście, w macierzyńską wszechogarniającą radość już na początku wpisany zostaje ból, troska i niepokój…

Bardzo się cieszę, że na powyższe niepokoje i smutną refleksję jest odpowiedź, czyli wyjątkowa propozycja kolędowa, jaką przygotował pianista Włodek Pawlik. To płyta sprzed kilku lat, która nie traci na swej aktualności – a wręcz przeciwnie… Dwanaście najbardziej znanych polskich melodii kolędowych wybrzmiewa w ascetycznie nastrojowych dźwiękach fortepianu. Spokojnie i melancholijnie, klasycznie (Gdy śliczna Panna), barokowo (Dzisiaj w Betlejem), jazzowo (Przybieżeli do Betlejem, Bóg się rodzi), subtelnie (Jezus Malusieńki), cicho (Lulajże Jezuniu). Prosto i bardzo świadomie…

Mam wrażenie, że to są kolędy grane „przez” Maryję, przez Jej doświadczenie – doświadczanie. Nie ma tu fanfar, zadęcia, krzyku, przytupu i rytmu disco, ale… On jest i Ona. Te dźwięki nie są tylko układem następujących po sobie funkcji harmonicznych – one opowiadają nam pewną historię, przenoszą w konkretną rzeczywistość. I to nie jest rzeczywistość ustrojonych bogato choinek, pachnących makowcem ciepłych domów – tylko rzeczywistość zimnej szopy, stajni pełnej zwierząt, żłóbka wypełnionego sianem i wszechogarniającego chłodu. Ale to też muzyczna rzeczywistość – śpiewają tu pasterze, wielcy królowie, my śpiewamy i Ona. Nie ma nic piękniejszego, gdy dziecku śpiewa jego mama…

Kiedy kończę pisać te słowa, brzmi Lulajże Jezuniu, nasza córeczka właśnie usnęła, a za oknem zaczyna sypać śnieg. Nie wierzę w zbiegi okoliczności. (KC)