Koloratka

Koloratka

Ksiądz Wacław wszedł na peron. „Boże święty. Wojna czy co?”. Morze głów. Spojrzał na tablicę informacyjną. I w tym momencie uświadomił sobie, że kupił bilet na pociąg legendę — koszmar z Przemyśla do Szczecina. Zrezygnował z ekspresu o 16.40, bo pośpieszny jechał o 13.05, bez miejscówek, ale za to przeszło trzy godziny wcześniej. Nie zapytał tylko, skąd on jedzie. A na dodatek była to niedziela i wszyscy wracali po weekendzie.

— Gośka, wskakujemy do I klasy — wydał komendę.

Gośkę spotkał na dworcu, nie zdążyli zamienić z sobą jeszcze zdania poza tym, że jadą oboje do Wrocławia. Chodzili razem do liceum. Nie widział jej chyba ze dwadzieścia lat.

— Głupia sprawa. Nie wiem, czy będę miała na dopłatę. Wszystko straciłam w Krakowie — oznajmiła.
— Tym się nie przejmuj. Już, już — przynaglił ksiądz Wacław.

* * *

— Czy są dwa wolne? — spytał, zaglądając do pierwszego z brzegu przedziału. Z drugiego krańca wdzierała się już nawałnica. Korytarz był wypełniony ludźmi. Wolał nie ryzykować dalszych poszukiwań.
— To zaljeży. Jedno by się znalazło — rzekł gruby mężczyzna z piwem w ręku i w rozchełstanej flanelowej koszuli. Spojrzał przy tym znacząco na Gośkę. Na jego owłosionej klatce piersiowej wisiał olbrzymi, niczym biskupi, złoty krzyż.
— O, to drugie też będzie wolne — dodała korpulentna kobieta — bo ta pani, co tu siedziała, poszła do córki.

Nie czekając na przyzwolenie Niedźwiedzia, ksiądz Wacław zaczął wpychać Gośkę wraz z bagażami do środka. Uratowani. Padając na siedzenie, potrącił rękę sąsiada i bryzga spienionego piwa poszła na jego spodnie.

— Nie szkodzi — skomentował Niedźwiedź. — Kupi się następne. Szef też się napije.
— Nie, ja dziękuję — odparł ksiądz Wacław z wymuszonym uśmiechem.
— Spokojnie, ja stawiam. „Królewskie”, pięć złoty puszka. Taniutko.

W tym momencie spostrzegł przypatrującego mu się dobrodusznie z naprzeciwka mężczyznę około sześćdziesiątki, o twarzy zawodowego boksera po skończonej karierze. Spłaszczony nos ulokowany był na prawym policzku. Po obu stronach tego jegomościa siedziały starsze panie, obie obfitych kształtów. Jedna ufarbowana na kasztan — ta ich wsparła — i blondynka.

„O Boże, aleśmy trafili!”, jęknął ksiądz Wacław w duszy, a na głos powiedział:

— No, to mamy szczęście.

Smród, ścisk i wspaniałe towarzystwo. Mokra nogawka nasączona piwem nie poprawiała samopoczucia. Wymienił uśmiechy i zaczął się zastanawiać, jak zacząć rozmowę z Gośką. W liceum byli bratnimi duszami. Przez krótki czas między nimi nawet coś było, ale… W tej chwili Niedźwiedź szturchnął go w łokieć, pokazując jakiś okazały cygański budynek za oknem.

— Patrz pan. Tamten pałac to wywaliła sobie ta żydowica Suchocka. Ile ona tam forsy utopiła. Sama już tam nie mieszka, tylko trzyma tego swojego synalka, co z Murzynem zmajstrowała. Teraz UOP go pilnuje za nasze pieniądze…Te, k…a, Żydy, krwiopijce. Panie, nie ma na świecie gorszego stworzenia jak Żyd! — podniecił się Niedźwiedź i zawinął wolną ręką, jakby miał grzmotnąć w niewidzialny stół.

Ksiądz Wacław chciał z punktu zareagować. Zaczął kręcić głową na znak protestu. Tak się składało, że byłą premier znał osobiście i wiedział, że ludowa wyobraźnia przypisywała jej willę w każdej niemalże miejscowości Polski. Zanim jednak zdołał wypowiedzieć słowo w jej obronie, poczuł jak Gośka gwałtownie ściska go za ramię. Zbliżyła z czułością usta do jego ucha i szepnęła:

— Siedź cicho. Nie dyskutuj.

Uśmiechnięty Bokser z naprzeciwka zdartym, ochrypłym głosem rzucił konfidencjonalnie:

— Proszę się nie krępować. Jak jest ochota, przytulić się do mężusia… Ja to rozumiem, sam jestem człowiek gorący i kochliwy… Gdyby szanownego małżonka nie było, sam bym się panią zaopiekował. Państwo nie mają za złe, lubię pożartować.

W Wacławie się gotowało. „Co za kretyńska sytuacja. Uciec stąd”. Spojrzał na korytarz — nie wepchnie się już szpilki. Drzwi od przedziału były otwarte. Fala dymu papierosowego wdzierała się do środka. Ludzie z korytarza przyglądali się im, jakby wykupili bilety do teatru. Szczególnie przypatrywał się mężczyzna około pięćdziesiątki. Ksiądz dałby głowę, że już kiedyś go spotkał. „Co robić? Słuchać się nie godzi. Protestować i dyskutować z tymi ludźmi będącymi pod wpływem alkoholu się nie da. Zatrzymać pociąg czy co?”.

Tymczasem Niedźwiedź kontynuował swoje.

— Przez tych Żydów wszystkie nieszczęścia na świecie. Wszystkie wojny. A Hitler? Czemu wojnę rozpoczął? Żydki go zmusiły. Najpierw mu pieniędzy napożyczali, a potem procentem go zaczęli dusić, że nie miał wyjścia. I, k…a, o mało co by te zaraze wytępił. Ja bym mu pomógł, piecyk bym zmajstrował i mu pomógł. Tylko on też głupi był, bo niepotrzebnie wojnę z Polakami zaczynał.
— Panie, tak się nie godzi — odezwała się pulchna pani siedząca pod oknem. — Trochę pan sobie popił i takie rzeczy wygaduje. Ja też Żydów za bardzo nie lubię, ale żeby takie rzeczy wygadywać. Krzyżyk pan nosi, może i do kościoła pan chodzi…
— Jak ja bym raz na tydzień do kościoła nie poszedł, nie ogolił się, mordki kolońską nie posmarował, to bym nie wiedział, że żyję! — rzekł w uniesieniu rozanielony Niedźwiedź. — A nienawidzieć mam prawo. Zarazy jednej… Jakby się człowiek nie bronił, to by nas dawno zjedli. Żydki, Ukraińcy… Jeden czort. Pani młoda, to niewiele wie. Ja bym pani opowiedział, jak nas Ukraińcy wyrzynali pod Lwowem. Jak mi zamordowali ojca… Matkę powiesili, język i piersi jej obcięli. Dziesięć lat miałem i na to wszystko patrzałem. To byli ludzie?… To byli k…a…
— Ale Jerzy — wtrącił się Bokser, zamknąwszy oczy i kręcąc głową — tak nie możesz mówić… Wszędzie są dobrzy i źli ludzie. A nasi co z nimi potem robili…?
— Ty tam, Kazik, nie p… Komuna ci wodę z mózgu zrobiła. — Niedźwiedź odwrócił się do okna i delektował się piwem.
— Panie — szarpnął księdza Wacława za kolano Bokser. — Wyzywa mnie od komucha, bo ja do kościoła nie chodzę. Dobrze wie, że ja do żadnej partii nie należałem. Panie, przez czterdzieści lat żeśmy razem na lokomotywach jeździli. A teraz raz na tydzień zawsze po ten spirytusik do Przemyśla się skoczy.

Znacząco wskazał głową na półki, gdzie stały pokaźne torby. — Bileciki darmowe. Jakby człowiek miał chęć, to po całej Europie mógłby jeździć. Zobacz, panie, moje ręce, te blizny. Że ja je mam, to cud. Ile to człowiek musiał się naharować, zanim został maszynistą. Panie, słuchaj pan… Ja na religii się znam. W żadnym temacie mnie pan nie zagnie. Panie, ja Biblię to mam w małym palcu.

Na dowód tego pokazał wykrzywiony mały palec. Uśmiechnął się przechernie.

— Co, nie wierzy pan? Panie, słuchaj no… — Bokser przy każdej swej kwestii dawał księdzu Wacławowi znak głową, by się przybliżył. — Ja trzy i pół roku byłem w seminarium. W Krakowie. Ale nie wytrzymałem. No bo, panie, ja jestem pies na kobiety. Ja się dusiłem, ja bez kobiety nie wytrzymam. No pan rozumie. No czy pan by bez swojej gołąbeczki wytrzymał?

Ksiądz Wacław dopiero teraz uświadomił sobie, że Gośka przez cały czas była wtulona w jego ramię. Poczuł nagle bijące od niej ciepło. Udawała, że śpi. Widać jednak nie wytrzymała, podniosła niby zaspaną twarz i uśmiechnęła się do Wacława rozbawiona.

— No nie — przytaknął Bokserowi ksiądz Wacław, chcąc zadowolić Gośkę i stwierdziwszy, że tym wyznaniem uratuje się, traktując to wszystko jako urojenie… A potem wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczął dyskutować. — To dlaczego pan poszedł do seminarium?
— A co ja, panie, miał do gadania? Ojciec z proboszczem ustalili i tak musiało być.
— No dobrze, ale w seminarium mieliście jakieś rozmowy wstępne.
— Jakie rozmowy? Panie! Mój proboszcz z rektorem to byli kumple. — Bokser uśmiechnął się, machnął ręką. — Panie kochanieńki, pan nie zna tego świata. Ja nie chcę tu opowiadać tych wszystkich historii, bo małżonka słucha. Panie, ja się tam napatrzyłem dosyć na zboczenia i to wszystko. Od tego czasu do kościoła nie chodzę. Zresztą, panie, naprzeciwko mnie mieszkają księża. Garaże do swoich samochodów postawili większe niż kościół. Ja, panie, wolę na rybki skoczyć i tam się pomodlić. Nie no, ja uznaję, że światem rządzi siła wyższa, ale obłudy nie trawię. Jednych szczują przeciw drugim. Ten ksiądz Jankowski na przykład, pajac jeden, żyje jak magnat. Tylko mercedes, antyki, bursztynowe ołtarze stawia. Czy to Panu Bogu jest potrzebne? Ludzi na tych Żydów napuszcza. Pan Jezus kazał wszystkich kochać. No nie jest tak? A co w kościele mówią…
— I prawidłowo, bo ten naród ciemny jak tabaka w rogu. Bogactwa mu zazdroszczą, Żydki p…. Wreszcie te Unie Wolności z sejmu wyp… Po tylu latach ten naród zmądrzał. Ale te Żydki są takie cwane, że ich drzwiami wywalisz, a oknem wlizą. Nie ma siły na nich. Taki Balcerowicz, to ci będzie tak słodziutko pie…, że ci się uszy powykręcają. A tju, tju, tju — Niedźwiedź przybliżył swoją dłoń do twarzy i przemawiał do niej dziecięcym karykaturalnym głosikiem, jakby mu na niej siedział rzeczywiście Balcerowicz o rozmiarach Tomcia Palucha.

Bokser na wywody kolegi tylko mrużył oczy i kręcił głową. Zbliżywszy się po raz kolejny do księdza Wacława, szepnął mu na ucho:

— Panie, on tak tylko gada, ale serce ma dobre. Zawsze tak jest, jak wypije. Ja to mam zasadę na trasie dwa piwka i spokój.

Pulchna kobieta siedząca pod oknem wtrąciła się do dyskusji.

— Jakby tak panów z sobą skrzyżować, to by dobry człowiek wyszedł. Pan nienawidzi wszystkich, ale wierzący i katolik — zwróciła się do Niedźwiedzia. — A pan niewierzący, ale dobry i wszystkich kocha — spojrzała na Boksera.
— Co? On niewierzący?! — zareagował gwałtownie Niedźwiedź. — To, k…a, nie ma na świecie takiego maszynisty, co by w Boga nie wierzył. W każdej jednej lokomotywie krzyżyk wisi! A pan inteligent wierzy? — nie wiedzieć czemu zwrócił się Niedźwiedź do księdza Wacława.
— Co wierzy? — odparł zaskoczony.
— No w Boga!
— Nie — odpowiedział ksiądz Wacław, chcąc zaprotestować przeciwko paranoi, w której się znalazł.

I w tej chwili Gośka spojrzała na niego zdziwiona, z jakimś wyrzutem. A Niedźwiedź dodał z triumfem:

— A od razu wiedziałem, że komuch…

* * *

Stali na peronie we Wrocławiu. Wymaglowani niemiłosiernie. Śmierdzący dymem, a ksiądz Wacław dodatkowo piwem, którym się oblał.

— No, tośmy się spotkali — roześmiała się Gośka. — Po dwudziestu latach. Całą drogę ani słowa. Przepraszam za to przytulenie, ale musiałam udawać, że śpię, żeby mi dali spokój. Nadal mieszkasz we Wrocławiu?
— Nie, jestem przejazdem, chcę tylko odwiedzić matkę.
— Ale najpierw wstąpisz do mnie. Zapraszam. Nie wykręcisz się. Musimy sobie wszystko opowiedzieć. Nigdy się taka okazja nie powtórzy. Obrączki nie nosisz. Nie powiesz mi, żeś kawaler?
— W pewnym sensie.
— Rozumiem, ja też już jestem rozwiedziona.
— Nie. Widzisz… ja jestem księdzem — uśmiechnął się Wacław.

* * *

Gośka krzątała się po kuchni, co chwilę zadając pytania.

— Z Grzegorzem masz jakiś kontakt?
— Nie…
— A że Hanka do Stanów wyjechała, to wiesz? Pojechała z mężem, ale wrócił już sam.
— Nie, Gośka, wiesz, ja zupełnie straciłem kontakt. Po maturze wyjechałem z Wrocławia — rzucił Wacław w kierunku kuchennej ściany.
— Zaraz cię podszkolę, kto, z kim i jak daleko zaszedł — Gośka wyszła z tacą, na której się piętrzyły smakowicie przyrządzone kanapki. — Jeszcze tylko wyciągnę wino, które mi koleżanka przywiozła z Izraela. „Carmel”, podobno świetne. Trzymałam je na specjalną okazję, no i się nadarzyła.

Zapaliła stojącą na stole świeczkę i zwróciła się do Wacława:

— Jak to się stało?
— Co?
— Że zostałeś księdzem. Nie wyszło ci z kobietami? — nalała wina do kieliszków.
— Jak widać — Wacław rozłożył ręce usprawiedliwiająco.
— Nie uwierzę, mogłeś mieć od wyboru do koloru.
— Powołanie.
— Co to znaczy?
— Że chce się kochać wszystkich…
— To do tego trzeba być księdzem?
— Tak mi się wydawało. Jak człowiek ma rodzinę, to najpierw musi ją kochać. A ja pokochałem Jezusa, a przez Niego chciałem kochać innych.
— Podziwiam was, ale nie rozumiem tego waszego celibatu — napełniła znowu puste kieliszki. — W końcu nie muszę rozumieć… co tam, moje związki z Kościołem są luźne. Kiedyś chodziłam co niedzielę do kościoła. Byłam przykładną katoliczką. Co dwa, trzy miesiące do spowiedzi. Do czasu ślubu. Potem wszystko się zmieniło. Mąż do kościoła nie chodził. Nie wywierał na mnie jakichś nacisków. W ogóle na tematy religijne z sobą nie rozmawialiśmy. Jedyna jego religijna deklaracja, którą pamiętam, to że lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować na starość, że się nie grzeszyło. Typowa filozofia używania życia. Nie przeciwstawiałam się. Osiem lat temu zaszłam w ciążę. Nie byłam już taka młoda. No i… usunęłam… Zabiłam dziecko, jak mówicie. Nie ma sensu opowiadać, jak to się stało. Nie chcę nikogo oskarżać. Siebie za to wszystko winię, choć on mnie do tego namówił czy nawet zmusił. Szykowała mu się świetna praca za granicą, dziecko mogło wszystko pokrzyżować. Kiedy spostrzegłam, co zrobiłam, wpadłam w rozpacz. Ciągle płakałam. Każde zakichane urządzenie ma w sobie bezpieczniki, tylko człowiek może zrobić wszystko, nic go nie powstrzyma…

Ksiądz Wacław widać chciał coś powiedzieć, ale Gośka kontynuowała opowieść, patrząc w odległy punkt.

— Mój mąż najpierw próbował mnie pocieszać i uspokajać, ale to nie dawało rezultatu. Wściekł się na mnie i powiedział, że nie ma zamiaru patrzeć na moje cierpienie. Zaczął szukać sobie pocieszenia gdzie indziej. I wkrótce usunął mnie ze swojego życia. Nawet wtedy za bardzo nie protestowałam. Ocknęłam się, gdy wyjechał z Polski. Do kościoła już wtedy nie chodziłam. Powiedziałam sobie, że tylko ja ten krzyż mogę nieść, który sama sobie sprawiłam. Potem raz nawet wybrałam się, ale to, co wtedy usłyszałam, utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę cierpieć. Drzwi Kościoła się dla mnie zamknęły. Chciałam nawet po tym kazaniu popełnić samobójstwo. Jakieś dwa lata później była kolęda. Nagle wbrew sobie powiedziałam ministrantom, że przyjmę księdza. Przyszedł jakiś nowy. Nie znałam go. Zaczął się dopytywać o moje związki z parafią. Powiedziałam mu wszystko bez udawania. Czekałam, aż wygłosi mi naukę. Nic. Milczał. Rozryczałam się. A on przytulił mnie i trzymał mnie tak długo, aż się uspokoiłam. Potem powiedział, że Bóg czeka na mnie. A ja, że chyba z moim dzieckiem na kolanach, i znowu zaczęłam ryczeć. Nigdy nie wiemy, co nas prowadzi do Boga, powiedział. Nieraz idziemy do Niego przez grzech i upadek. Rozmawialiśmy jeszcze jakiś czas, trudno to zresztą nazwać rozmową. Próbował mnie jakimiś zaklęciami wyrwać z mojego stanu. Dał mi nazwisko jakiegoś księdza, który jak mówił, jest mądrzejszy od niego w tych sprawach i na pewno mi pomoże. Nigdy się do niego nie zgłosiłam. Wcześniej zjawiła się u mnie moja przyjaciółka, która postanowiła mnie wyciągnąć z mego dołka na swój sposób.

* * *

Ksiądz Wacław się nie odzywał. Podparł dłonią twarz i słuchał.

— Wacek, mam prośbę, zapomnij teraz to wszystko, co ci powiedziałam. Nie, nie próbuj mi mówić nic mądrego. Żadnego pocieszenia ani moralizowania. Jeżeli jesteś w stanie patrzeć na mnie jak na Gośkę, którą znałeś przed laty, proszę bardzo, jeśli nie, to już lepiej idź.

Ksiądz Wacław spojrzał na Gośkę, uśmiechnął się i westchnął.

— A teraz wino włoskie — oznajmiła z werwą Gośka, zmieniając całkowicie nastrój, jakby skończyła się jedna odsłona teatralna. — Żydowskie napełniło ten pokój smutkiem. — Podeszła do szafki wyciągnęła z niej butelkę „Chianti”. — Otwórz, a ja doprowadzę się do jakiegoś stanu.

Wróciła po chwili, przebrana. Zdjęła sweter i była teraz w śliwkowej rozpinanej koszulce z krótkim rękawkiem.

— No, to rozlej.
— Może starczy?
— Nie, in vino veritas. Jeszcze ci wszystkiego o sobie nie powiedziałam. Nie pytasz się, kim w ogóle jestem.
— No właśnie.
— A więc Gosia ukończyła historię, z wybitnymi ocenami. Zostałam na uczelni, zrobiłam doktorat, a potem… potem zmieniłam firmę i poszłam do prywatnego wydawnictwa, bo tam znacznie lepiej płacili. Teraz idzie trochę gorzej, ale jakie wymagania może mieć samotna czterdziestoletnia kobieta. Na życie starcza.

Druga butelka wina zaczynała działać. Oboje czuli, jak coraz szybciej krąży w nich krew. Gośka delikatnie przysunęła się na kanapie. Niby od niechcenia odgarnęła Wacławowi grzywkę z czoła.

— Proszę, ani jednego siwego włoska. A ja już od paru lat muszę sobie farbować. Ten celibat ci jednak sprzyja. Mniej stresów. Jedzonko podane, rachunki płaci kto inny. W sumie mądrze się urządziłeś, łatwiej ci dotrzeć do celu. W końcu nieważne, co kto robi, byle dotarł do celu. — Tym razem ręka Gośki wylądowała na szyi Wacława. Ksiądz delikatnie odłożył ją na jej kolana i uśmiechnął się.
— O co chodzi? Żałujesz mi odrobinę czułości, a mówisz, że po to zostałeś księdzem, by obdarowywać wszystkich miłością. Boisz się o swój celibat? Celibat to samotność, ja nie chcę ci jej odebrać. Nasze samotności spotkały się jak ptaki w locie i zaraz pofruną w swoich kierunkach. A zresztą celibat narodził się w historii i w historii zginie. Nie znam się na teologii, ale jestem historykiem i coś niecoś na ten temat wiem.
— Gośka, nie żartuj. Nie będziemy teraz dyskutować o celibacie, bo to nie ma sensu, w każdym razie celibat to nie tylko samotność.
— Dlaczego nie mamy rozmawiać? Boisz się, że zabrakłoby ci argumentów?
— Trochę za dużo alkoholu.
In vino veritas.
— Raczej gorączka zmysłów.
— To chyba wy to tak traktujecie. Dla was wszystko jest seksem. Albo ucieczką od niego. Chcę tylko trochę uczucia. Ale to dla was coś obcego, coś, czego się boicie. Boicie się, że ktoś zdobędzie nad wami władzę.
— Nie boję się uczuć.
— To dlaczego drżysz o ten swój celibat? Nie masz rodziny, możesz kochać każdego. Na czym ta twoja miłość ma polegać?
— Chyba najlepiej będzie, jak już pójdę.
— Wacek, nic ci nie zagraża. Możesz zrobić dobry uczynek, ja potrzebuję odrobinę uczucia, która pozwoli mi przeżyć. W imię dawnej… przyjaźni. Raz jeden. Nikt się o tym nie dowie. Możesz być pewien, że nigdy później nie będę cię dręczyć, wydzwaniać. Po prostu los nas zetknął dziś. Chcę, żeby ktoś ze mnie zdjął ten ból. Potrzebuję potwierdzenia, że nie jestem trędowata.
— Nie jesteś trędowata. Masz ranę, która wymaga zupełnie innego leczenia. Chcesz, żebyśmy zadali sobie nowe rany?

Spojrzał na nią. W jej oczach kołysały się dojrzałe łzy.

Zacisnął z całej siły powieki, żeby zniknął ten koszmar. Już drugi raz dzisiaj nie potrafi uciec. Koniec dyskusji. Wstał gwałtownie.

— Słuchaj, Gośka, ja muszę… — i w tej chwili zobaczył jej piersi. Fala gorąca uderzyła mu gwałtownie do głowy. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Poczuł dotyk rąk na szyi, a potem wilgotne rozpalone usta musnęły jego czoło. Po jego policzku spływy łzy Gośki.
— Tylko ten jeden raz…

Resztką sił zerwał się i ruszył do drzwi. Po chwili stał na klatce, schodowej i wpatrywał się otępiały i rozdygotany w na wpół zasuszone kwiatki stojące na parapecie. Cofnął się. Zadzwonił raz jeszcze do drzwi. Otworzyły się gwałtownie.

— Przepraszam, ale zapomniałem torby.

Po chwili owionęło go rześkie wieczorne powietrze.

* * *

Ocknął się gwałtownie ze snu. Otrząsnął się kilka razy. Zaczął ręką rozmasowywać walące jak młot serce. Wodził wzrokiem po ścianach rodzinnego domu, żeby się uspokoić. Wszystko dokładnie tak samo, jak przed dwudziestoma laty, gdy go opuszczał. Zatrzymał spojrzenie na dużej fotografii. Matka z ojcem, stoją nad sofą, na której siedzi wraz z bratem i siostrą. Ewa i Jerzy. Ojciec zmarł dziesięć lat temu. Brat zginął przed pięcioma laty w wypadku. Przypomniał sobie czasy, gdy wszyscy stawali przed tą fotografią i wspólnie ją komentowali. Teraz pozostała tylko fotografia, matka, Ewa i on. Rozglądał się dalej po pokoju. Nie przybył ani nie ubył żaden mebel. Czas stanął. Ale tylko w tym pokoju. Sięgnął po leżący na stoliku brewiarz i zatopił się w modlitwie. Zza drzwi dochodziły go odgłosy krzątania się po kuchni. Odłożył modlitewnik. „Stwórz, Panie, we mnie serce czyste”, powtórzył słowa psalmu. Wstał i otworzył drzwi. Na twarzy matki pojawił się ciepły uśmiech.

— I jak tam? Wyspałeś się, synku?
— Tak. Miałem tylko koszmarny sen, że nie zdałem matury. Często mi się to śni. Dziwne. Przecież miałem same piątki i jedną czwórkę. Spotkałem wczoraj w pociągu Gośkę. Pewnie dlatego mi się przyśniła matura. Nie miała pojęcia, że zostałem księdzem. Jak tam, mamo, u ciebie?
— Dobrze, bardzo dobrze.
— Pieniędzy ci nie brakuje?…
— Nie, broń Boże. Jeszcze Ewie z emerytury dołożę. U nich się nie przelewa.
— Co się u nich dzieje?
— Nie najlepiej. Kłócą się ciągle w Tomkiem. Tomek dostał wypowiedzenie. Pracy znaleźć nie może. Kasia mówi, że się wyprowadzi z domu, bo inaczej tam zwariuje. Ewa się nie zdradza ze wszystkim, ale jak do niej zajdę, to często widzę, że płakała. Parę lat temu byli tacy szczęśliwi. Nowy samochód, mieszkanie, życie się do nich uśmiechało. A teraz Tomek ciągle narzeka na ustrój, na Kościół, na wszystko. Wszyscy złodzieje, oszuści, a księża jeszcze tych oszustów błogosławią. Prezes, który go zwolnił, podobno wielki krętacz. Dorobił się na krzywdzie pracowników, a codziennie jeszcze wyrzeka, że musi utrzymywać bandę nierobów. Coś tam z jakichś podatków dał na Kościół, więc ksiądz go od ołtarza dał wszystkim za wzór. Tomek był świadkiem tego. Powiedział, że jego noga już w tym kościele nie postanie. Ma dość Kościoła, który błogosławi gnojków. Jeszcze gorzej mówi, ale nie będę ci powtarzać. Kościół zawsze będzie trzymał z bogatymi. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu biegał do kościoła, księdza Popiełuszkę nad biurkiem wieszał. Wiesz, jak to on, gorąca głowa, sądy zawsze skrajne. Teraz czyta taką gazetę „Fakty i Mity”. To podobno jakaś obrzydliwość. Nie wiem, bo w rękach tego nie miałam. Podobno jeszcze gorsze niż to „Nie” Urbana. Tyś to widział?

— Tak, raz czy dwa w Internecie. Prowadzi to taki były ksiądz.
— Swoją drogą, czasami jak Tomek wygaduje na proboszcza, to nie wiem, co mu odpowiedzieć. Proboszcz rzeczywiście trochę za bardzo za pieniędzmi lata. Samochód super sobie kupił. Jedni mówią, że obrotny, dba o parafię, drudzy, że pazerny. Nieraz to się modlę, żeby Pan Bóg dał księżom dużo pieniędzy, żeby nie musieli się o nie łasić do bogatych i siać zgorszenia. Proboszcz żartem powiedział, że tak było zawsze w historii, że kościoły budowali grzesznicy, bo oni czuli, że muszą swe grzechy odkupić. Ale co ja ci tu tyle opowiadam, przecież ty wiesz lepiej, jak jest. Powiedz, synku, czy ty jesteś szczęśliwy?
— Tak, mamo…
— Tyle się modlę za ciebie… Jerzy nie żyje, Ewa taka dobra dziewczyna i tak im się życie marnuje. Ciebie nie mam. Cieszyłam się, że życie oddałeś Panu Bogu. Ojciec był taki dumny.
— A teraz już się nie cieszysz?
— No cieszę się, ale jak tak słyszę ciągle, jak na was nalatują…
— Mamo, nie przesadzaj. A wiesz, ilu nas rozpieszcza? O wiele gorzej bywało. Gwoździe w tonsury księżom wbijali. Jak ktoś poszedł na księdza, bo mu się marzyło wygodne życie, to może i cierpi, jak się nie urządził, ale ja, mamo, nie po to zostałem księdzem. Czasem, gdy ksiądz jest prześladowany i biedny, to lepiej potrafi współczuć z ludźmi.
— A jak ci się teraz układa z proboszczem?
— Jeszcze nie wiem, właśnie jadę na nową parafię.
— Jak to? Coś się stało? Nic nie mówiłeś, że będziesz przenoszony.
— Nie, mamo, to normalne. Wikary musi co jakiś czas zmienić parafię. Rzeczywiście z proboszczem nie żyło mi się najlepiej. Prawdę mówiąc, w ogóle mi się nie żyło. Ale byłem szczęśliwy, miałem wielu przyjaciół w parafii. Kolegów mam wspaniałych.
— Spotykasz się z Krzysiem i Pawłem? Byliście nierozłączni.
— Z Pawłem rzadko się widuję, został proboszczem we wsi koło Szczecina. Nie mamy czasu. A Krzysiu… rzucił kapłaństwo, ma żonę i dwójkę dzieci…
— Boże, świat się wali…
— Na pewno nie z tego powodu, mamo. Zawsze tak było. Część księży się wykrusza, znajduje swoją drogę w sposób spóźniony. Może jest teraz trochę tego więcej, ale Kościół się nie zawali. Mamo, zostawmy te tematy. Jest dobrze, jest bardzo dobrze. Dam mamie trochę pieniędzy dla Ewy, tylko niech to mama tak zrobi, żeby nie dowiedziała się, że to ode mnie. Lepiej niech Tomek o tym nie wie.
— No przecież będziesz teraz potrzebował na przeprowadzkę.
— Żadna przeprowadzka, trochę książek i komputer. I pamiętaj, mamo, wszystko się wyprostuje. Ewa będzie jeszcze z Tomkiem bardzo szczęśliwa.
— Skąd wiesz?

Syn przejechał znacząco palcem pod nosem i uśmiechnął się do matki.

* * *

Ksiądz Bronisław zaprowadził Wacława do jego nowego mieszkania. Dwa pokoje z łazienką.

— Proszę, niech ksiądz złoży bagaż, odpocznie, prysznic, wszystko, co trzeba. O wpół do drugiej czekam na księdza z obiadem i wtedy sobie porozmawiamy.

* * *

Obiad był smaczny. Kurczak w potrawce. Proboszcz, jak wyznał, preferował kuchnię dietetyczną. Lekarz mu zalecił, aby na siebie uważał.

Wstał od stołu i podszedł do dębowego kredensu. Wyciągnął butelkę koniaku.

— Mówili mi, że najlepszy. Nie wiem, nie znam się na tym. Żeby było jasne: w tym domu nie nadużywa się alkoholu. Ja prawie w ogóle nie piję. Ale chcę, by ksiądz wiedział, jak bardzo się cieszę, że przyszło nam razem pracować dla Bożej sprawy. Mogę powiedzieć, że księdza dobrze znam. Czytałem książki. Staram się śledzić też artykuły w prasie. Jak ksiądz znajduje na to czas?
— Muszę wyznać, że jestem grafomanem, nie potrafię żyć bez pisania. Myślę, że to ma jakiś sens. Ludzie chcą wiedzieć, jak patrzymy na świat. Tyle przeżywamy, szkoda, żeby to wszystko ulatywało w powietrze.
— Niektórzy mówią, że ksiądz pisze w sposób nieco bulwersujący.
— Myślę, że nie przekraczam pewnych granic. Piszę to, co widzę, co słyszę, o czym marzę, o czym ludzie marzą, z czym nie mogę sobie poradzić, co mnie boli. Zraniony uzdrowiciel. Nasze rany powinny być źródłem uzdrowienia dla innych. Uwielbiam czytać Henriego Nouwena. Jak ma człowiek pisać nieszczerze, to lepiej w ogóle nie pisać. Pisanie musi być przynajmniej tak szczere jak nasze rozmowy, a może i bardziej.
— A jeśli tymi naszymi ranami ludzi nie uleczymy, tylko zgorszymy? Po co pisać o słabościach księży? Ludzie tylko czekają, żeby nas wziąć na języki. Raz im przeszkadza celibat, że to przeżytek, że to nieludzkie, a jak tylko ksiądz by ten celibat naruszył, to oskarżą go o rozpustę. Tyle tego antyklerykalizmu wokół. Czy my sami jeszcze mamy dawać pożywkę?
— Ale ja nie piszę o słabościach księży. Mnie zawsze interesuje słabość i wielkość człowieka w ogóle. Czy jak piszę o problemach małżeństwa, to znaczy, że jestem antyświecki? Antyludzki?
— Proszę mnie dobrze zrozumieć. Mnie się księdza pisanie podoba. O tak, zasłyszałem jedną czy drugą opinię. Tak. Jak ksiądz widzi, mam już swoje lata, jeszcze trochę i przyjdzie prosić o emeryturę. Chcę, żeby ksiądz wiedział, że jeśli miałby jakiś problem duszpasterski, czy dajmy na to osobisty, można do mnie zawsze jak do ojca.

Ksiądz Wacław uśmiechnął się.

— Co? Pewno się księdzu wydaje, że taki staruszek jak ja niewiele zrozumie — mrugnął porozumiewawczo proboszcz.
— Nie, wręcz przeciwnie. Przypomniało mi się tylko, jak biskup wysyłał mnie na pierwszą parafię. Zaprosił mnie na kawę i w pewnej chwili powiada: „Wiem, co tam o mnie powtarzają w diecezji. Urzędnik. Biskup powinien być ojcem. A ja, jak słyszę, że księża mówią, że im brakuje ojca, to sobie zaraz mówię: im bardziej mamusi brakuje”.
— Jak będzie taka potrzeba, to i mamusię postaram się zastąpić. Tak… No więc księdza poprzednik prowadził „Caritas”. Bardzo to dobrze rozkręcił. Ksiądz Waldek zajmuje się młodzieżą. Będzie dopiero wieczorem. Katechezy go wyczerpują. Trochę brak mu też siły przebicia. Nieraz przychodzi podłamany. Pierwszy rok po święceniach. Ma swoje grono oddanych duszyczek, ale mi się marzy, żeby tak pozbierać tych wszystkich, co widnieją w kartotekach, a jakoś do kościoła nie trafiają. Tak…

Widać było, że Księdza Bronisława męczyła jakaś niewypowiedziana sprawa.

— Jak ksiądz wie, nasz światek jest mały — rzekł w końcu. — Wszyscy o sobie wszystko wiedzą, a jak nie, to dowiedzą się wkrótce. Należę do prostodusznych, co w sercu, to na myśli. Chciałem się zapytać księdza, czy mogę na niego liczyć?
— Czy zasiałem jakiś niepokój swoimi wywodami?
— Nie, wszystko, co ksiądz mówi, bardzo mi się podoba, tylko… Hm. No dobrze, powiem jeszcze prościej. Czy ksiądz nie nosi się z zamiarem porzucenia sutanny?
— Nie, absolutnie. Czyżby mój ukochany proboszcz zadepeszował do księdza w tej sprawie?
— Parę tygodni temu był u mnie znajomy ksiądz z Wrocławia. Pochwaliłem się przed nim, że dostaję księdza na parafię. Pokazałem mu księdza książkę. Na okładce zdjęcie. Tak… No i przedwczoraj dzwoni do mnie. Mówi: „Słuchaj ten twój wikary to rzeczywiście artysta. Uważaj na niego. Dzisiaj widziałem go w pociągu. Przytulała się do niego pewna urocza dziewczyna. Nawet mówili o niej jak o jego żonie…”. Czy rzeczywiście mógł widzieć księdza?

Wacław uśmiechnął się szeroko.

— Tak, myślę, że chodzi o mnie.
— To znaczy?… Czy to już jest ten etap, że ksiądz nie zważa na pozory? Może mogę jeszcze pomóc?

Teraz już nie mógł się powstrzymać. Wybuchnął głośnym szczerym śmiechem, aż z oczu pociekły mu łzy.

— To takie śmieszne? — spytał proboszcz, gdy wikary wreszcie się uspokoił.
— Strasznie śmieszne i głupie. Nawet nie wiem, jak to księdzu opowiedzieć. Wracałem z gór, gdzie pojechałem, żeby pobyć trochę w samotności z Panem Bogiem, i na dworcu spotkałem koleżankę z liceum. W pociągu był straszny tłok, a ja nie miałem koloratki…