Konsekwentnie i z miłością

W ramach katechezy powinno się iść w trzech kierunkach – po pierwsze, powinien to być przekaz wiedzy, po drugie, próba pogłębienia wiary, a po trzecie: wychowywanie.

Maciej Kosiec OP, Adam Szustak OP: Od kilkunastu lat uczy Siostra katechezy. Panuje przekonanie, że sytuacja mężczyzn, zakonników, kapłanów w Kościele jest uprzywilejowana, bo z natury i urzędu są przeznaczeni do głoszenia. Jak Siostra jako kobieta czuje się w Kościele, głosząc słowo Boże?

Patrycja Gradzi CSFN: Z pewnością nie jest to łatwe. Potrzebne jest do tego odpowiednie przygotowanie. Nie mam tu na myśli tylko zdobycia wiedzy teologicznej. Do katechezy dostałam się w sposób niespodziewany. Kilka dni przed rozpoczęciem lekcji religii w szkole dowiedziałam się, że mam uczyć. Wcześniej, nawet wstępując do zakonu, nie myślałam, że będę się tym zajmować, dlatego sytuacja, w której się znalazłam, była dla mnie bardzo trudna. Nie miałam ani odpowiedniego przygotowania metodycznego, ani pedagogicznego, dlatego równocześnie z podjęciem pracy katechetycznej, duszpasterskiej, podjęłam studia. Stawianie kogoś w takiej sytuacji nie jest dobrym pomysłem. Mówię to świadomie, ponieważ w wielu zgromadzeniach nadal postępuje się w ten sposób. Oczywiście nie we wszystkich szkołach da się coś takiego przeforsować, że ktoś przychodzi bez przygotowania i do tego jest odgórnie narzucony. Bogu dzięki, to się zmienia.

Głoszenie słowa Bożego przez kobietę, siostrę jest potrzebne. Doświadczam tego w mojej pracy duszpasterskiej, która jest przedłużeniem pracy katechetycznej. Widzę, jak to funkcjonuje na różnego rodzaju wyjazdach rekolekcyjnych, gdzie jest kapłan i siostra. Uważam, że prowadzenie czy głoszenie Słowa z dwóch stron jest bardzo owocne. Z wieloma problemami młodzi ludzie nie przyjdą do księdza, bardzo często ze sprawą bardziej intymną łatwiej im przyjść do mnie jako kobiety. Co się tyczy samego głoszenia słowa Bożego z ambony, to myślę, że powinno pozostać w rękach kapłanów. Dla kobiety powinno się zostawić sferę spotkań w grupie, sferę dyskusji.

Czy Siostra w swojej pracy katechetycznej i animacyjnej nie ma poczucia dyskryminacji (choć może jest to zbyt odważne słowo)? Czy nie jest tak, że księża stawiają siebie wyżej i próbują Siostrę podporządkować?

W sytuacji, kiedy ktoś próbował traktować mnie bez szacunku, dawałam do zrozumienia, że nie zgadzam się na to. Domagałam się partnerskiej współpracy i jasnego podziału obowiązków. Tam, gdzie to nie było możliwe, nie podejmowałam współpracy, wyjaśniając, dlaczego.

Nawet jeśli wiedziałabym, że w oczach księdza wykonuję niewiele znaczącą pracę „siostrzyczki”, to sama umiem zobaczyć wartość i sens tego, co robię.

Czy przez formację zakonną siostry są tak nastawiane do pracy z kapłanami, aby pełnić wobec nich rolę służebną?

W moim zgromadzeniu nie widzę takiej tendencji, by wyrabiać w nas niedojrzale rozumianą służebność wobec kapłanów. Spotkałam jednak wiele sióstr z różnych zgromadzeń, które swoją służbę w Kościele traktowały w kategoriach bycia służącą.

Trafiłam do katechezy bezpośrednio po pierwszych ślubach. Każdego dnia uczyłam się współpracy z księżmi. Gdybym wtedy nie zadbała o siebie, o granice i zasady, to przypuszczam, że byłoby bardzo trudno. Opiszę jedną z sytuacji. W naszej parafii jest problem z salkami. Ksiądz wszedł do mojej salki z ministrantami, wiedząc, że za piętnaście minut zaczynam tam swoje spotkanie. Siostra, która wychodziła z tej sali, powiedziała: „Nie wiem, czy ksiądz tutaj długo pobędzie, bo za chwilę siostra Patrycja zaczyna tu spotkanie ze scholą”. Na co ksiądz powiedział: „No trudno, to będzie musiała poszukać innego miejsca”. Siostra nic nie powiedziała, bo mnie zna, i pomyślała tylko: „No, zobaczymy za chwilę, kto wyląduje na dziedzińcu, ministranci czy schola”. Poszła do kancelarii, a chwilę później zobaczyła ministrantów na dziedzińcu parafialnym.

Nie mogę sobie pozwolić na brak szacunku tylko dlatego, że jestem siostrą. Niestety, wielu ludzi uważa, że siostra jest o stopień niżej od kapłana. Często same siostry reagują tak, że kiedy mają zrobić coś z księżmi, przyjmują bierną postawę, uciekają w kąt i do wszystkiego się stosują. Same ustawiają się w takiej pozycji, żeby nie stwarzać problemów, albo dla świętego spokoju. Ale co to jest ten święty spokój!? Mam udawać kogoś innego i nie mieć swojego zdania na dany temat?

Chcę jednak dodać, że doświadczyłam ze strony wielu kapłanów zrozumienia, szacunku i po partnersku układającej się współpracy.

Wzorem byłaby partnerska współpraca z jasnym podziałem kompetencji.

Tak. I ten podział nie może przebiegać w taki sposób, że siostra realizuje pomysły księdza.

Czy ten sposób myślenia, a zatem i postępowania Siostry wobec księży, nie powoduje w zgromadzeniu reakcji, na przykład przełożonych, którzy widzą, jak Siostra funkcjonuje?

Wiele moich sióstr myśli podobnie i tak stara się układać współpracę. Człowiek uczy się na swoich błędach. Na początku było tak, że otwarcie i na bieżąco opowiadałam, jak wygląda moja praca, co się działo w parafii i w szkole. Z czasem zaczęłam mówić o wycinku tego, co się dzieje. Nie chciałam budować w innych wyobrażeń, że nie rozumiem swojej misji życia zakonnego. Kiedy bowiem mówiłam o moich relacjach z księżmi, spotykałam się z dwiema reakcjami: „No, wreszcie jest ktoś, kto nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać” albo też: „O, znalazła się rewolucjonistka, która chce wychować księży, zamiast zająć się sobą”. A ja po prostu chciałabym bardzo, żeby to tak funkcjonowało w mojej pracy duszpasterskiej i też w pracy innych sióstr; chciałabym, żeby nie pokutowało myślenie, że ode mnie nic nie zależy. Zależy, i to bardzo dużo. Relacje we współpracy siostry — kapłani w parafii nie zależą tylko od księży, ale w dużej mierze zależą to od tego, jak siostry to ustawią.

Czy Siostra jest w tym samotna, czy też są siostry, które myślą podobnie?

Jak już wspomniałam, w tej kwestii czuję wystarczające zrozumienie w mojej wspólnocie. Wśród katechetek jest siostra, która ze mną pracuje w parafii i zobaczyła, że to nie może tak być. Sądzę, że dużo się nauczyła, obserwując, w jaki sposób ksiądz się do niej odnosi, a jak się odnosi do mnie. Widziała, że to nie jest efekt tego, że on się mnie boi, bo pracuję dłużej, tylko, że jeśli ksiądz mówi do mnie podniesionym głosem, to odpowiadam: „Może ksiądz do mnie stanowczo mówić, ale proszę, żeby ksiądz nie krzyczał, bo nie jestem małym dzieckiem, które się księdza przestraszy. Ja też potrafię krzyczeć”.

Jak wspólnota odnosi się do pracy katechetycznej sióstr?

W mojej wspólnocie na dwadzieścia pięć sióstr sześć katechizuje. Jesteśmy zatrudnione w różnych parafiach Krakowa. Chociaż katecheza jest już w szkole od trzynastu lat, jest niewielkie zrozumienie tego, że pewne rzeczy są nam narzucone z góry i to, iż wychodzę na kolejną konferencję klasyfikacyjną, to nie jest żadną moją radością, to mój obowiązek, podobnie jak to, że wprowadzono w szkole komputerowy system oceniania, to też nie jest mój wymysł. Muszę każdą ocenę wprowadzić do komputera, a to wymaga czasu. Myślę, że musi się sporo przeobrazić w myśleniu sióstr, aby zobaczyły, że moja praca w parafii i w szkole w porównaniu z tym, jak to było przed wprowadzeniem religii do szkoły, wygląda zupełnie inaczej. Kiedyś siostry szły do salki, odbywały katechezę i nie miały dodatkowych obowiązkowych spotkań wynikających z wymogów stawianych przez Ministerstwo Edukacji.

Jak Siostra ocenia powrót religii do szkoły i funkcjonowanie katechety jako członka rady pedagogicznej, wchodzenie w system tworzenia planów, przestrzegania przepisów, które obowiązują każdego nauczyciela.

Mam trochę ułatwioną sytuację, gdyż od czasu powrotu religii do szkół pracuję cały czas w jednej szkole. Moje relacje z nauczycielami, z dyrekcją są naprawdę dobre i nie mam żadnych problemów. Gdy pani dyrektor przydziela mnie do komisji czy zleca mi czynność ponadprogramową, przyjmuję to ze spokojem, bo wiem, że to nie jest jej wymysł, żeby mnie upokorzyć albo też zlecić mi coś dodatkowego, żeby zatkać dziurę. Wiem, że wynika to z tego, iż ona chce, abym miała w tym swój udział, i dlatego jestem w komisji, która tworzy np. plan wychowawczy szkoły. Braliśmy udział w konkursie „Szkoła z klasą”. Zostałam przydzielona do komisji, która miała za zadanie wykazać, w jaki sposób szkoła inspiruje uczniów zdolnych i słabych do pracy nad sobą i do zdobywania wiedzy, nowych umiejętności. Uważam, że katecheza w szkole nie może sprowadzać się do tego, że „oduczę” swoje 18 czy 20 godzin, które mam w etacie, i z racji tego, że jestem katechetką, nie powinnam mieć już innych obowiązków. Dwa lata temu zostałam wybrana przez uczniów na opiekuna Rady Uczniowskiej. Było to dla mnie miłe zaskoczenie, gdyż uczę w gimnazjum, a ten okres życia uczniów cechuje się dużym, niekiedy irracjonalnym krytycyzmem wobec Kościoła i jego oficjalnych przedstawicieli. Myślę, że takie dodatkowe formy zaangażowania katechety należałoby postrzegać jako plus, oczywiście w kontekście konkretnej osoby. Tego nie da się generalizować, są różne relacje w szkołach, czasami trzeba lat, by nauczyciele zaakceptowali katechetę jako członka rady pedagogicznej.

Plusem jest szersza możliwość oddziaływania, a czy są jakieś minusy dodatkowych zajęć w szkole?

Oczywiście, że są. Takimi minusami są wszystkie zobowiązania dotyczące oceniania. Gdyby ode mnie zależało, to na pewno nie byłoby ocen na katechezie. Dosłowne traktowanie katechezy jak każdego innego przedmiotu, na którym muszę zrobić sprawdzian, odpytywać uczniów, zadać pracę domową, jest niekorzystne. Jeśli jednak tego nie zrobię, to w okolicach listopada pojawia się karteczka od pani dyrektor: „Brak ocen z kartkówek, siedmiu uczniów nie ma oceny z odpowiedzi ustnej, tylko jedno zadanie domowe ocenione”.

Chciałabym, żeby katecheza znalazła się poza systemem oceniania takim, jaki teraz obowiązuje w szkole na innych przedmiotach.

Skoro Siostra uważa, że sposób oceniania i wymogi są nieadekwatne do specyfiki katechezy, a jednocześnie Siostra to wszystko wykonuje, to jak Siostra w sobie to godzi i jak odbierają to dzieci?

Na początku roku zapisujemy nasze wymagania: że na przykład raz w semestrze jest sprawdzian, że może być niezapowiedziana kartkówka. Te założenia i wymagania ustalam z uczniami. Oczywiście trzy czwarte zależy ode mnie. Nie mogę stanąć przed klasą i powiedzieć: „W zasadzie to w ogóle bym nie wprowadzała ocen, niczego nie sprawdzała, no ale muszę, bo takie są wymagania”. To położyłoby sprawę katechezy na dzień dobry. Wielu uczniów, którzy przychodzą do mnie na katechezę z innej szkoły, dziwi się, że te wymagania ustalam z nimi na pierwszej lekcji. Kiedy jednak wszystko jest od początku ustalone, katecheta ma się do czego odwołać, bo wiadomo, że to jest zapisane, to także podpisują rodzice. Nie można oczywiście stawiać sprawy na ostrzu noża, bo są różne sytuacje i to trzeba rozstrzygać, ale to musi odbywać się przed całą klasą. Jeśli robię wyłom, muszę to uzasadnić. Nie ma sytuacji, że zostajemy po lekcji religii i rozmawiamy na ten temat. Myślę, że wtedy katecheta bardzo wiele by stracił. Powoduje to od razu niepotrzebne domysły reszty, na niekorzyść katechety oczywiście.

Co jest celem katechezy? Zdobycie wiedzy na temat Pisma Świętego, religii? Pogłębienie wiary? W jaki sposób to weryfikować?

Nie można rozdzielić pogłębiania wiedzy religijnej od działania katechety, który ma pomóc wejść młodym ludziom w osobisty kontakt z Bogiem, czyli pogłębiać wiarę. Myślę, że w ramach katechezy powinno się iść w trzech kierunkach — po pierwsze, powinien to być przekaz wiedzy, po drugie, próba pogłębienia wiary (próba dlatego, że nie można powiedzieć, iż to się da zrobić), a po trzecie: wychowywanie.

Często jest tak, że kiedy robię podsumowanie całorocznej pracy w konkretnej klasie, to na pierwszy rzut oka jestem przerażona, bo okazuje się, że nie zrealizowałam przynajmniej połowy programu. Jednak gdy przejrzę tematy albo metody, które były w ramach katechez pozaprogramowych, to mam w sercu ogromną radość, ponieważ wiem, że pomogłam tym ludziom zobaczyć, że ich spotkanie z Bogiem będzie możliwe wtedy, kiedy będą umieli się spotkać z samymi sobą i z innymi ludźmi. Pokazałam im, że to nie może być tak, iż znam wszystkie modlitwy, przykazania, mam ogromną wiedzę, znam nawet na pamięć parę cytatów z Biblii i zupełnie nie reaguję na to, co dotyczy drugiego człowieka, potrafię przejść obok niego obojętnie, wręcz mu dokuczyć albo traktować go jak powietrze. Kościół jest przecież wspólnotą.

Uważam, że katecheza jest taką lekcją, na której trzeba rozmawiać o tym, co aktualnie uczniów nurtuje. Zignorowanie tego będzie dla nich oznaczać, że albo katecheta nie wie, jak się do tego ustosunkować, albo, co jeszcze gorsze, że nie traktuje ich poważnie. Chce przeforsować swoje, zrealizować program.

W środowiskach katechetów dość często pojawiają się głosy o tym, że oficjalnie realizowany program nie przystaje do rzeczywistości. Czy Siostra stara się go realizować, czy też ma własny projekt?

Zapytałam na spotkaniu przygotowującym do nowego roku szkolnego, co zrobić w sytuacji, gdy żaden z programów mi nie odpowiada. Usłyszałam, że muszę przyjąć jeden i w jego ramach wprowadzać swoje nowości i stosować takie metody, jakie uważam za właściwe. W mojej praktyce wygląda to tak, że jeśli uważam, iż jakiś temat nie powinien być realizowany, to go nie realizuję, a w jego miejsce wkładam taki, który uważam za dobry.

Czy zdarza się, że w jednym roczniku są dwie tak różne klasy, że nie da się zrealizować tego samego programu?

Często się tak zdarza. W tym roku miałam cztery klasy trzecie gimnazjum i w jednej z klas realizowałam coś zupełnie innego niż w pozostałych trzech, ponieważ skład był wyjątkowo trudny wychowawczo, powiedziałabym, że taki, który absolutnie nie był nastawiony na zdobywanie wiedzy religijnej i katechezy w tej klasie odbywały się wokół wychowania, uświadamiania sobie, kim jestem, jakie wartości sobą prezentuję, jak realizuję swoje zainteresowania, jak spędzam czas wolny, jakiej słucham muzyki. Gdyby ktoś z boku przejrzał tematy przeprowadzone w tej klasie, to uznałby, że to w ogóle nie była religia, że to nie ma nic wspólnego z katechezą, jednak jestem przekonana, że ma bardzo wiele. Jeśli jest temat „Hierarchia wartości”, to nie jest on zupełnie oderwany od treści religijnych. Na pewno nie jest to ścisła katecheza według schematu, który jest ustalony: kerygmat, wprowadzenie, nawiązanie do sytuacji egzystencjalnej uczniów. Z pewnością taki schemat w odniesieniu do tego typu katechez dodatkowych musi zostać złamany, bo jeśli zrealizuję go na siłę, to będzie to bardzo sztuczne. Uczniowie to wyczują i mogę być pewna, że nie osiągnę tego, co chcę.

Trzeba chyba nie spać, żeby przygotować te wszystkie programy i modele dla każdej z klas. Czy Siostra czasami nie czuje się niewolnicą tej pracy? Nie chciałaby Siostra sobie odpuścić?

Jest taka pokusa, żeby sobie podarować, pomyśleć, już dziś mam dosyć, idę spać, a jutro jakoś to będzie. Zdarzyło mi się, że sobie podarowałam i bardzo szybko tego żałowałam. Uczniowie mają niesamowite wyczucie, kiedy katecheza jest przygotowana, i cieszą się, kiedy są traktowani poważnie. Kiedy katecheta nie wie zupełnie, co zrobić z ostatnimi dziesięcioma minutami i rzuca hasło „to możecie sobie teraz porozmawiać”, kładzie katechezę na łopatki.

Katecheza z początku lat 90. i teraz to dwie różne rzeczywistości. Wtedy katecheta był obecny tylko na tej godzinie, którą miał wyznaczoną według planu. Podobnie zresztą funkcjonowały duszpasterstwa, kilka ustalonych godzin w tygodniu. Teraz duszpasterzem jest się 24 godziny na dobę. To się wiąże z konkretną pracą, ale też z konkretnym poszukiwaniem i przygotowaniem nowych rzeczy…

Katecheza z lat 90. i obecna to dwie różne rzeczywistości, natomiast nie zgadzam się, że duszpasterzem powinno się być 24 godziny na dobę. Trzeba mieć czas dla siebie, wspólnoty, w której się żyje, przyjaciół, a nade wszystko dla Boga.

Różnica między katechezą z początku lat 90. a obecną wynika również z przyspieszenia dojrzewania dzieci i młodzieży, bo tematy, które na przykład na początku lat 90. realizowałam w klasie siódmej czy ósmej, teraz trzeba realizować najpóźniej w klasie piątej. Pytania, które są zadawane przez uczniów, niejednokrotnie mogą wprawić katechetę w zadziwienie: skąd w takim małym człowieczku rodzą się tak dorosłe pytania i wątpliwości. W związku z tym wymaga to ustawicznego kształcenia się. Nie myślę tutaj o odgórnym kształceniu się, że ktoś robi studia podyplomowe, chodzi na sympozja, aczkolwiek to też jest ważne i potrzebne. Mam na myśli kształcenie indywidualne katechety, to znaczy, że próbuje on zobaczyć, z jaką młodzieżą czy z jaką grupą przychodzi mu pracować, czym ci ludzie się interesują, i w tym kierunku próbuje się rozwijać. Niejednokrotnie jest tak, że w wielu dziedzinach wiem mniej niż oni. Oczywiście można podejść do tego w ten sposób, że mam do tego prawo, ale też jeśli chcę poważnie traktować swoje przygotowanie do lekcji, mam obowiązek słuchać tego, co mówią ludzie młodzi, tego, o czym chcą rozmawiać. Jeśli chcę dyskutować, to muszę wiedzieć coś na ten temat. Nie będę przecież się wymądrzać czy wracać do stereotypów sprzed lat, jeśli to nie jest odpowiedź na pytanie, jeśli to ich w ogóle nie satysfakcjonuje. Myślę, że tutaj bardzo ważne jest wsłuchiwanie się na bieżąco w to, co oni sygnalizują czy słownie, czy przez swoje zachowanie na lekcji. Młodzież często nie powie, ale pokaże, nie zawsze jest tak, że złe, agresywne zachowania uczniów na katechezie czy wobec katechety są tylko wynikiem braku kultury czy chamstwa. Czasem jest to sygnał, że robisz coś źle, że jest nudno, musisz coś tu zmienić, bo ich to nie interesuje.

Jak zachować się w sytuacjach kontrowersyjnych — wobec chamstwa czy nieprzyzwoitości?

Zarówno model „policjant”, jak i „kumpel uczniów” nie są dobrym rozwiązaniem. Wychodzę z takiego założenia, że daję młodzieży odczuć, że chcę jej dobra, i nawet wtedy, kiedy próbuje zachować się nietypowo, nie przestaję kochać. Jak to wychodzi w praktyce? Młodzi znają wymagania i ich z tego konkretnie i konsekwentnie rozliczam. Podam banalne przykłady: jeśli na początku roku ustalamy, że na lekcji religii nie żujemy gumy, to nawet jeśli miałabym zwrócić trzem osobom podczas jednej lekcji religii uwagę na ten temat, robię to. Ktoś powie, że to jest walka z wiatrakami, bo przecież wyciągnie następną gumę. Moje doświadczenia są takie, że jeśli od początku ich z tego rozliczam, ale nie na zasadzie krzyku, straszenia, lecz konsekwentnie i z miłością stawiając im wymagania, to przynosi owoce. I dlatego myślę, że nie mam takich nietypowych zachowań na katechezie. Nie dochodzi do tego, że ktoś zachowuje się skrajnie chamsko, bo reaguję na każde najmniejsze złamanie ustalonych zasad. Oczywiście są próby przeforsowania przez młodych czegoś po swojemu. Wysłuchuję tego, co mają do powiedzenia w danej kwestii, pokazuję, że być może tak będzie, jeśli potrafią być wierni we wcześniejszych ustaleniach.

Kumplowskie podejście wobec młodzieży nie jest skuteczne. Musi być jasny podział — ja jestem człowiekiem dorosłym, a oni tymi, którzy do tej dorosłości zdążają i pewne zasady nie mogą tutaj ulec zachwianiu. Nie może być tak, że się dostosuję do ich prób ustawienia mnie na równi z nimi. Postawa policjanta też nie jest dobra. W takiej roli mogę występować, kiedy jestem na przerwie na korytarzu i mam przydzielony dyżur. Pilnuję wtedy, żeby nie palili papierosów, nie wychodzili przez okno itd. Aczkolwiek moje doświadczenia są też takie, że na przerwach mogą się odbywać bardzo sensowne dyskusje. Czasami po dwóch, trzech dniach ktoś podchodzi i nawiązuje do tego, co było ostatnio na katechezie, bo akurat w tym momencie to do niego dotarło albo go to intryguje, a nie miał odwagi publicznie tego powiedzieć w klasie.

Czy stara się Siostra mieć stały kontakt z rodzicami czy też tylko w sytuacjach kryzysowych?

W szkole odbywają się zebrania, na których trzeba być, są też tzw. „dni otwarte”. Zwykle jeśli się pojawia problem, to proszę o skontaktowanie się ze mną. Mam również kontakt z rodzicami, który nie dotyczy sytuacji kryzysowych czy braku zdyscyplinowania uczniów. Zależy mi na tym, żeby był to kontakt bieżący. Natomiast, jeśli chodzi o relacje pozaszkolne, to mam opracowaną od lat praktykę. W ramach wyjazdów wakacyjnych z grupą, z którą pracuję cały rok, jeden dzień pobytu jest wspólny. Po pierwsze, rodzice nie przyjeżdżają wtedy każdego dnia, po drugie, to bardzo integruje rodziców z dziećmi, rodziców między sobą i też uczestników takiego wyjazdu, ponieważ oni zwykle coś dla rodziców przygotowują. Pewnego razu przygotowali podchody. I rodzice grupami, tak jak zostali do nich wylosowani, nie znając się wcześniej, szli razem do miejsca, gdzie było nasze wspólne spotkanie przy ołtarzu. To jest naprawdę świetna rzecz i jeśli katecheci mają odwagę coś podobnego zorganizować, choć to wymaga ogromnego wysiłku i wcześniejszej pracy, to jest to bardzo dobra metoda, żeby zobaczyć rodziców od innej strony, nie tylko jako kogoś takiego, kto przychodzi i wysłuchuje albo ma do katechety pretensje. Takie spotkania bardzo mi pomogły w kontaktach w szkole, bo jeśli rodzic przychodził i musiał nawet wysłuchać czegoś przykrego, to słuchał tego z zupełnie innym nastawieniem. Zresztą w ramach takich kontaktów potworzyły się też relacje rodziców między sobą i to też jest sympatyczne.

Czy praca katechetki nie przeszkadza Siostrze w byciu z Panem Jezusem, w poświęceniu czasu dla Niego?

Jakiekolwiek pomysły, przygotowania są poprzedzone moim spotkaniem z Panem Bogiem, choć może to nie zawsze jest wystarczająca ilość czasu. Na pewno nie jest tak, że moja praca duszpasterska jest poza moją zakonnością, ponieważ źródło i początek tego wszystkiego musi być właśnie w kaplicy. Jeśli próbowałam coś zrobić tylko według swojego pomysłu, a zabrakło przy tym czasu na modlitwę, to okazywało się, że albo coś szwankuje, albo wchodzą ludzkie ambicje i są z tego same problemy. Pojawiały się dąsy, obrażanie się.

Jednakże są takie momenty, kiedy bycie katechetką zakłóca moje życie zakonne. Trudno mi czasem pogodzić przygotowanie do prowadzenia katechezy z obowiązkami podejmowanymi w klasztorze. Musi ulec zmianie myślenie o naszej pracy apostolskiej. Nie chodzi o to, że mam całkowicie się jej oddać i zapomnieć, że żyję we wspólnocie zakonnej, ale też nie może być tak, że brakuje czasu, żeby się solidnie przygotować do katechezy. Wymaga to czasem jasnego powiedzenia, że czegoś nie zrobię we wspólnocie, bo muszę się przygotować dobrze do katechezy. Do tego potrzeba odwagi i to nie jest łatwe.

Połączenie pracy apostolskiej z życiem duchowym nie jest łatwe. Przychodzi zmęczenie, zdenerwowanie, zniechęcenie. Jednakże przechodząc różnorakie próby wewnętrzne, trudności, cierpienia, dostrzegam, że Jezus jest ze mną. Czuję się przez Niego kochana i czuję, jak mnie wspiera.

Siostrze się udaje, Siostra jest lubiana przez uczniów, przez siostry, które Siostrę rozumieją. Czy nie obawia się Siostra pychy, zarozumiałości, poczucia, że: pierwsza się odważyłam, bo jestem twarda, potrafię się przeciwstawić…

Może to dziwne, ale nie mam takiego poczucia, ponieważ ciągle mam świadomość, że mogłabym to zrobić lepiej, że moje relacje z uczniami mogłyby być właściwsze, że moje reagowanie, sposoby prowadzenia lekcji, metody, środki mogłyby być doskonalsze i bardziej trafiające. Myślę o swojej pracy nie w kategoriach porównywania się z kimś, kto robi coś gorzej, tylko próbuję popatrzeć, co mogłabym jeszcze udoskonalić, ale nie po to, żeby siebie bardziej, sensowniej pokazać, tylko po to, żeby to wychodziło jeszcze lepiej, przede wszystkim dla dobra ludzi, z którymi się spotykam, z którymi pracuję, którym mam po prostu służyć i pomagać.

Siostra jest już katechetką trzynaście lat, wie już Siostra, jakie to jest środowisko, zna je. Jakie są największe zaniedbania i braki ze strony katechetów, jakie niebezpieczeństwa?

Przede wszystkim brak profesjonalizmu, pozostanie na pewnym etapie wykształcenia i przygotowania katechety do tej pracy: ma studia, zrobił magisterium, podjął pracę i pracuje, realizuje konspekty, które są odgórnie przygotowane, ujęte w program. Jest to też brak ustawicznego przypatrywania się potrzebom uczniów, potrzebom czasów i dostosowywania siebie i sposobu prowadzenia katechezy do tych potrzeb. Myślę, że wielu katechetom, głównie księżom brakuje uczciwego przygotowywania się do lekcji. Przychodzą do mnie uczniowie, których uczyłam, a których uczy teraz ksiądz, i pytają, dlaczego jest tak, że u księdza mamy siedzieć cicho i słuchać tego, co ma nam do powiedzenia przez dwadzieścia minut, a potem przez dwadzieścia pięć możemy robić, co chcemy, czyli grać, wysyłać sms–y, spacerować po klasie. Pytają też czasami, dlaczego u mnie były zadania i zeszyty, a u księdza nie ma? Odpowiadam, że to pytanie jest do księdza. Jeśli chodzi o świeckich, to w dużej mierze jest tak, że życie rodzinne, które w większości katecheci mają, powoduje, że te problemy, z którymi stykają się w domu, w rodzinie, w relacjach z drugą osobą, ze swoimi dziećmi, powodują, że po pierwsze, nie przykładają się do tego dobrze i solidnie, po drugie, wielu katechetów boi się stawiać konkretne wymagania i być konsekwentnymi. Ten strach wynika zapewne z różnych przyczyn. Może być tak, że katecheta boi się trafić na dywanik do dyrekcji, gdy postawi za wysokie wymagania. Obawia się także, że będzie miał kłopoty z rodzicami, dlatego dla świętego spokoju toleruje, że klasa rozmawia, nie bierze udziału w pracy w grupach, że jest obrażany, że uczniowie nawzajem wobec siebie zachowują się niekulturalnie i niewłaściwie. Kolejnym problemem współczesnych katechetów jest lęk przed bliższymi relacjami. Wydaje się im, że jeśli dopuszczą uczniów bliżej siebie, to może im to zakłócić potem pracę na katechezie. Na pewno to jest problem skomplikowany. Trzeba cały czas sobie uświadamiać swoje braki i to, na ile we mnie samej to wszystko jest poukładane.

Siostro, jeszcze dwa zdania do katechetów, gdyby Siostra miała być na jakimś kongresie dla katechetów i miała im coś powiedzieć.

To powiedziałabym tak, żeby bardzo kochali ludzi, do których zostali posłani, ale żeby to była miłość wymagająca i konsekwentna. Kiedy uczniowie poczują, że są kochani, będą słuchać i będą zainteresowani tym, co mamy im do powiedzenia. Po drugie, żeby nie myśleli, że owoce ich pracy, owoce ich starań będą widoczne już, będą stuprocentowe, i żeby nie poddawali się pokusie myślenia, że to, co robią, jest w naszych czasach bezsensowne.

Konsekwentnie i z miłością
Patrycja Gradzi CSFN

siostra nazaretanka, magister teologii, katechetka, opiekunka bierzmowanych i scholi w parafii Najświętszego Salwatora w Krakowie....

Konsekwentnie i z miłością
Maciej Kosiec OP

urodzony 16 kwietnia 1976 r. w Warszawie – dominikanin, duszpasterz, ekonom klasztoru w Sandomierzu, wiceprezes fundacji Haereditas Sancti Iacobi....

Konsekwentnie i z miłością
Adam Szustak OP

urodzony 20 lipca 1978 r. w Myszkowie – polski duchowny rzymskokatolicki, dominikanin, wędrowny kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz akademicki, vloger, autor portalu internetowego oraz kanału...