Kościelna bufonada

Istnieje rodzaj dowcipów związanych z życiem religijnym czy kościelnym, które są nie tylko dobre, ale i potrzebne. Mam tu na myśli dowcipy dotyczące duchowieństwa.

Bardzo lubię się śmiać – niemal ze wszystkiego. A jednoczesnie bardzo mnie złości, kiedy słyszę dowcipy utworzone na kanwie słów Pisma Świętego czy sytuacji opisanych w Biblii – zwłaszcza gdy dowcipy te opowiadane są przez ludzi wierzących. Swojego czasu zacząłem się zastanawiać, jak jest możliwe pogodzenie tych dwóch postaw w stosunku do śmiechu. Doszedłem do przekonania, że problemem nie jest to, że ludzie wierzący śmieją się za dużo, ale zbyt mało. Jeśli zaś już się śmieją, to właśnie z tych rzeczy, z których śmiać się nie powinni, traktując jednocześnie z nabożną powagą sprawy, które powinny być potraktowane szczerym, radosnym i wyrozumiałym śmiechem. Jak pisał wielki prześmiewca, G.K. Chesterton: „Kto choć trochę zna świat, przyzna, że ludzie z powagą dobierają słowa, gdy chodzi o sprawy błahe, lecz o sprawach istotnych mówią nieraz z przymrużeniem oka”. Z czego w przestrzeni wiary i religii śmiać się można, a wobec czego należy zachować powagę? Zacznijmy od początku.

Co jest do śmiechu koniecznie potrzebne

Zostało Ci jeszcze 93% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się