Kościół samobójczy

Kościół samobójczy

W mówieniu o Kościele pojawiają się różne zgrabne określenia: Kościół otwarty, Kościół zamknięty, Kościół łagiewnicki, Kościół toruński (ostatnio świętujący swoje 18-lecie)… Przy różnego rodzaju zmianach kościelnych niektórzy komentatorzy snują rozważania, którą to frakcję wesprze na przykład nowy przewodniczący Konferencji Episkopatu albo nowy prymas. Ostatnio doszedłem do wniosku, że istnieje również coś, co można by nazwać Kościołem samobójczym. Chodzi mi m.in. o takie grupy kościelne, które pod hasłem bycia blisko ludzi coraz bardziej ulegają współczesnym ideologiom i modom, a tym samym rozmywają, czy wręcz unicestwiają własną chrześcijańską tożsamość.

Samobójcze tendencje wykazuje – niestety – Kościół anglikański. Kolejne reformy i otwarcia, wprowadzenie moralnego relatywizmu i zastępowanie przykazań Bożych ideologią tolerancji, doprowadziły do sytuacji, w której wielu wiernych odchodzi ze wspólnoty anglikańskiej. Niektórzy z nich pragną przejść do pełnej jedności z Kościołem katolickim. Ostatnio taki właśnie zamiar ogłosił Graham Taylor, anglikański ksiądz i pisarz. „Kocham Kościół anglikański – stwierdził Taylor – nigdy nie sądziłem, że będę musiał go opuścić, jednakże dziś zsuwa się on w liberalną otchłań, staje się po ludzku nieużyteczny, a przy tym nie daje już żadnej nadziei”. To bardzo trafne określenie: Kościół samobójczy to taki, który nie daje już żadnej nadziei.

W niektórych środowiskach Kościoła katolickiego widać też ciągoty do samobójstwa. Jedną z oznak takiego stanu rzeczy jest brak własnej narracji, która w istocie powinna być przepowiadaniem Jezusa Chrystusa jako jedynego Zbawiciela. Katolicy samobójcy w imię swoiście rozumianego dialogu i tworzenia dobrej atmosfery rezygnują z własnego języka, z dogmatów, trwałych zasad, a przyjmują narracje podrzucane przez innych. W rezultacie wolą rozprawiać na temat klimatu, ocieplenia, ochrony fok niż o dziesięciu przykazaniach. By nie podpaść głównemu nurtowi medialnemu, unikają mówienia o aborcji jako zabiciu człowieka i unikają jak ognia oskarżeń o homofobię. Język Ewangelii zastępują salonową nowomową o tolerancji, dyskryminacji i prawach człowieka. Kościół samobójczy nie chce być w żadnej mierze prorokiem wobec świata (zresztą dawno już stracił prorocką moc), ale poci się, aby za tym światem nadążyć.

Aby usprawiedliwić powyższą postawę, katolicy samobójcy chętnie zauważają, że przecież chrześcijaństwo ma głosić miłość, a miłość jest cicha i pokorna, nie podnosi głosu. Taki właśnie punkt widzenia podsuwa na łamach „Gazety Wyborczej” Ewa Siedlecka, która w kontekście orzeczenia Trybunału w Strasburgu w kwestii krzyży radzi, aby przenieść krzyż „tam, gdzie nie będzie wadził nikomu”. Trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że „liczy się tylko miłość”. Tyle że gdy patrzymy na Jezusa, to widzimy, że miłość, którą reprezentował, nie była postawą „ciepłej kluchy”. Jezus nie unikał słów mocnych i celnych, czym drażnił faryzeuszy. Nie robił uników, by nikomu nie wadzić. Wręcz przeciwnie! W pewnym momencie zaczął wadzić wielu i w konsekwencji został ukrzyżowany. W tamtych czasach opiniotwórczym salonem byli faryzeusze i uczeni w Piśmie. Mistrz z Nazaretu nie zabiegał o ich życzliwość. Miał coś ważnego do powiedzenia od siebie. Kościół samobójczy jest Kościołem schlebiającym światu i ludziom. A lizusostwo jest małe i mdłe. Tymczasem Jezus powiedział do swoich uczniów: „Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi” (Mt 5,13).

Z drugiej strony Kościół samobójczy to taki, który stawszy się potężną instytucją, mającą wpływ na politykę i ekonomię, poświęca wiele energii, aby zabezpieczyć ten stan posiadania. Jednocześnie broni za wszelką cenę wyidealizowanego obrazu siebie samego. Stąd nie chce uczciwie skonfrontować się z własną słabością i grzesznością. Paweł Apostoł powiedział o takich, że „służą własnemu brzuchowi, a pięknymi i pochlebnymi słowami uwodzą serca prostaczków” (Rz 16,18). Samobójczo zachowywał się przez wiele lat Kościół w Irlandii. Niekompetentni, zalęknieni biskupi i przełożeni zakonni miotali się przez całe dziesięciolecia, nie wiedząc, co zrobić z problemem pedofilii. Podejmowali zupełnie nieadekwatne działania w myśl zasady „jakoś to będzie”. Miłość i lojalność wobec Kościoła myliła im się ze złą solidarnością wspierania „naszych”. Marnym usprawiedliwieniem jest to, że w tamtych czasach nikt nie wiedział, co robić z pedofilią. Instytucje państwowe wykazywały obojętność lub bezradność, a w niektórych środowiskach panowało przekonanie, że ostatecznie pedofilia czy efebofilia nie są czymś strasznym. Przypadek Polańskiego i komentarze wokół jego casusu są tego tyleż wymownym, co smutnym przykładem.

Samobójcze nurty w Kościele są bardziej dla niego niebezpieczne niż tzw. wrogowie zewnętrzni. Prześladowania zewnętrzne mogą być w pewnych sytuacjach mobilizujące i oczyszczające. Tłamszenie się we własnym, samobójczym sosie jest natomiast gorszące i bezowocne. Ale w każdej sytuacji nawrócenie jest możliwe.

Kościół samobójczy
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....