Krótka opowieść o chorobie i uzdrowieniu

Krótka opowieść o chorobie i uzdrowieniu

Prolog

Ta stale zawężająca się przestrzeń, to najbardziej przeraża. Najpierw świat stojący otworem, zdawać by się mogło, nieskończony — pola, lasy, ulice miasta, wielki oddech, rower, ścieżki do pracy i z pracy, wielkość poranka i aksamitna cisza wieczoru. Żadnego rozdarcia, tylko fale, małe fale na ogromnym oceanie życia. Potem sygnał, jeden z oddali, chmurka na niebieskim niebie — drobiazg. To trwa, dzieje się, raz wplecieni w ciąg dni mających nas doprowadzić do końca, nie jesteśmy się w stanie zeń wydobyć, ale jeszcze o tym nie wiemy, jeszcze chodzimy, podążamy, uśmiech nam towarzyszy jak motylek, iskierki w naszych oczach czuwają i gonią płomienie życia.

A potem cisza białych korytarzy, małe, niewygodne krzesełka, pochyleni nad swoim losem ludzie, tysiące frasobliwych Chrystusów — rzeźnia myśli. Pierwsze diagnozy, mnożące się w nas kartki i karteluszki, numery telefonów, dzięki którym można się skontaktować z dawnym, utraconym już bezpowrotnie bezpieczeństwem. Leki, jeszcze zabawa w łykanie kolorowych kuleczek, a między jednym a drugim łykaniem dziesiątki wesołych minut, oglądanie telewizji i czytanie książek, pozory normalności, wzrastająca w nas miłość do najbliższych i świata, który powoli zsuwa się ze stołu, barwny i piękny. Pod nim surowa deska. To jak rzeka, płynie z nami łagodnie od jutrzenki po zmrok, ani wiosłem nie trzeba poruszyć, wszystko dzieje się samo i jakby bez naszego udziału, wystarczy oddychać.

Tak to jest z naszymi ścieżkami — zaczynają biec ku miejscom, do których wcześniej byśmy nie zaszli. I nie pomaga prośba: „Nie biegnijcie, poczekajcie, nie zostawiajcie mnie samego”, bo wtedy też zaczyna się pojawiać strach, taki malutki, drobniutki, prawie chciałoby się go przytulić. Staje się naszym towarzyszem. Ludzie w białych i zielonkawych szatach wkraczają niespodziewanie do naszego świata, są jak wicher, który nagle wśród nocy otwiera niedomknięte okno, zaludniają, kolonizują, przejmują kontrolę. Mówią niezrozumiałym językiem, którego dopiero się uczysz, wygłaszają proroctwa, których część, niestety, się sprawdzi. Wyznaczają tobie miejsce, zalecają postępowanie.

Oddalasz się, żegnasz ulubione potrawy, zajęcia — myślisz: „Nie na długo”. „Nie na długo” — tłumaczysz rowerowi ustawionemu pod ścianą, „za chwilę wrócę” — żegnasz się z domem, by po raz pierwszy przenieść się do świata chorych, odosobnionych ludzi. Wkraczasz do tej zamkniętej szlabanem dziwnej dzielnicy na obrzeżach miasta, z plecakiem lub torbą pełną wszelkich niezbędności. Przygotowany. Jeszcze nie wiesz, co cię tu spotka — masz wciąż dziarski krok wędrowca z tamtej strony i otwarte myśli, rozglądasz się wokół, jest dzień jasny, a ty nie poznałeś jeszcze nocy tego miejsca. Mijasz ludzi, mijasz siebie, nic o tym nie wiedząc, każdy bowiem, kogo spotykasz, jest tobą, idąc po drodze umniejszasz się, rozdajesz, rozdajesz bez końca. Jesteś chory wśród chorych, w domu boleści przygotowano już dla ciebie kącik, w sam raz taki, jaki nam powinien wystarczyć — wkraczasz w nowe życie.

Dziesiątki ojca Gerwazego

Ojciec Gerwazy nauczył się robić różańce w Ziemi Świętej. Podpatrzył brata Bogumiła, którego siostry elżbietanki z Jerozolimy nazywają „Bracieńkiem”. Bracieniek, zanim trafił tam, gdzie teraz jest, uchodził za wielkiego ekscentryka, biegał po plażach w workowym habicie, na plecach miał wypisane jedno słowo: „pokuta”. Wtedy kruczowłosy osiwiał, wędrując ścieżkami Bożymi. Dziś oprowadza pielgrzymów po bazylice Grobu Pańskiego i obdarowuje ich własnoręcznie wykonanymi różańcami. Wszystko po to, aby mogli oni strzelać do szatana — jak mawiał ojciec Maksymilian Kolbe — z kuleczek wykonanych z pestek i groszków rosnących w Ziemi Świętej. To potężna broń — różańcowa modlitwa wyjednała chrześcijańskiej flocie zwycięstwo w bitwie pod Lepanto, stała się tarczą obronną przed wojującym islamem. W rocznicę tego wydarzenia na całym świecie obchodzi się święto Matki Boskiej Różańcowej.

Ojciec Gerwazy od razu poczuł powołanie do takiego zajęcia, szybko z terminatora stał się mistrzem. Całe dnie spędzał w towarzystwie Bracieńka, razem przygotowywali różańce z owocu rośliny zwanej krzewem cierniowej korony. Podpatrzył też, jak się robi dziurki w koralikach toczonych z oliwnego drewna, jak zwija się drut na złącza, który krzyżyk lepiej pasuje do którego splotu łańcuszka, w trójniki wklejał kamyki podebrane z Golgoty albo umieszczał dwa wizerunki — z jednej strony założyciela swego zakonu św. Franciszka, z drugiej Matki Bożej Wejherowskiej, której był wielkim admiratorem. Zdarzały się też materiały jakby przez samego Boga stworzone po to, aby je człowiek wykorzystał, wykonując różańce. Jednym z nich był owoc pewnej trawy porastającej boliwijskie rowy, naturalnie lakierowany, o charakterystycznym, nieco wydłużonym kształcie. Bywa on nazywany łzami Hioba.

Ojca Gerwazego poznałem w szpitalu. Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem, siedział bokiem na łóżku szpitalnym i czytał prasę. Nieco przygarbiony, siwiutki, nie wyróżniał się niczym od reszty pacjentów, chodził w szpitalnej piżamie w czerwone pasy o przykrótkich nogawkach. Wszyscy wyglądaliśmy w nich śmiesznie, ojciec — nie. Nie mam pojęcia, dlaczego. Kiedy wszedłem do sali, spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Zaraz po obiedzie, który jadło się tam w południe, rozkładał na łóżku zielony ręczniczek, na nim ustawiał tajemnicze słoiczki, woreczki. Kiedy pozostali pacjenci wpatrywali się w telewizor, on, w okularach spuszczonych na koniec nosa, skupiony coś dłubał, jego ręce poruszały się bezustannie, przeciągały metalicznie połyskujące grube nici, zaciągały węzełki. Podejrzewałem, że jego pasją są robótki ręczne i teraz, korzystając z przymusowej bezczynności, robi sobie wełniane skarpety. W końcu mieliśmy już jesień. Byłem zdziwiony, gdy pewnego dnia przypadkiem dostrzegłem leżący na jego pościeli duży, piękny różaniec — efekt mrówczej pracy. Nie przeczuwałem, że podobny zostanie niebawem zrobiony specjalnie dla mnie. Wtedy też dowiedziałem się, że tajemniczy pacjent jest franciszkaninem z Wejherowa i ma na imię Gerwazy. Od tej pory wiele rozmawialiśmy, codziennie też wybieraliśmy się na październikowe nabożeństwa: ojciec, ja, Gienek z Miechucina i reszta Kaszubów z sali. Musieliśmy wyglądać dość niesamowicie. Pędziliśmy w kapciach po mokrym chodniku, od czasu do czasu przeskakując przez małe kałuże; w kurtkach zarzuconych na kuse piżamki usiłowaliśmy się bronić przed kąśliwymi atakami wiatru i deszczu. Nad nami szumiały drzewa, w uszach mieliśmy rytm Zdrowasiek, jedna po drugiej biegły radośnie przed nami, obok nas, do i od szpitalnej kaplicy.

Jak się przyznał ojciec Gerwazy, dwa tysiące wykonanych przez siebie różańców rozdał napotkanym ludziom. „Około, bo nigdy tego nie liczyłem” — powiedział skromnie. „Dwa tysiące” — powtórzyłem i ujrzałem w tym wielkie dzieło Boga, rozrastające się ku niebiosom potężniejące drzewo żywej modlitwy. Jeżeli bowiem choć część tylko z obdarowanych sięgnie po różaniec, aby się na nim modlić — trud franciszkanina nie pójdzie na marne — zwycięstwo nad wrogiem okaże się zupełne, jak pod Lepanto.

Nabożeństwa

Msza w szpitalu to szczególne misterium. W niedzielę przed południem do budynku numer sześć schodzili się chorzy ze wszystkich oddziałów. W kurtkach narzuconych na piżamy, w szlafrokach, wyglądali jak weterani wielkiej wojny, ranni na pierwszej linii frontu i odtransportowani na tyły. W ciszy zajmowali miejsca na ławach, czekając na początek nabożeństwa, pochyleni, odmawiali różaniec. Nigdzie indziej nie widziałem ludzi tak żarliwie i w skupieniu uczestniczących w modlitwie, modląc się, płonęli niczym oliwne kaganki, ogień bił od nich i nie była to tylko gorączka. Płomyki pełgały wokół, nie paląc jednak ciał, ale ducha. Z żarliwości, z oszołomienia biegiem wydarzeń, z rozerwania i bólu — ogień. Każda więc pieśń płonęła tutaj żywym ogniem, który nie daje dymu, nie osmala białych belek i ołtarza. Niewidzialny, ale obecny, wypełniał niewielką przestrzeń kaplicy i mógłby w jednej chwili obrócić zebranych w proch, z którego powstali. Tutaj powierzane były Bogu sprawy najważniejsze, czyjeś rozchybotane życie, zbawienie duszy zbierającej się na ostatni tego dnia pociąg albo wahającej się — wsiąść, nie wsiąść. Absolutna pewność musiała towarzyszyć słowom — „bądź wola Twoja”. Inaczej nie sposób byłoby znieść cierpienia, o którym niejeden wiedział już, że stanie się jego domem aż do końca. To, co działo się wokół mnie, przekraczało ludzką miarę, ból straszliwy tych wszystkich ludzkich istnień targał mną potężnie, ledwo stałem na nogach, ledwo klęczałem. „Dlaczego? Dlaczego?” — gnębiło mnie to pytanie. Nie znalazłem się tu przypadkiem. Chory — mogłem liczyć na uzdrowienie, moja choroba mogła się przecież stać dla mnie lekarstwem. Lekarstwem — nie końcem. Jak każdy w kaplicy marzyłem o dniu, w którym opuszczę to miejsce, współtowarzyszy cierpienia. Powierzałem swój krzyż Temu, który oddał za nas życie; całowałem krzyż przed modlitwą i po niej, kiedy już przez bezradne palce przeleciał cały sznur ZdrowasiekOjcze nasz.

Po różańcu Msza. Za każdym razem, gdy ksiądz cierpliwie odczytywał z małych nazbieranych w ciągu dnia karteluszek intencje chorych i ich najbliższych, łzy cisnęły mi się do oczu, z trudem powstrzymywałem się, aby nie załkać żałośnie. Wszystko było tak przerażająco prawdziwe, dokładne, każda nuta tej mocnej pieśni sięgającej szczytów nieba. Modliliśmy się za tych, których choroba przykuła do łóżka, pozbawiła przytomności, ustawiła na krawędzi życia i śmierci. Pochylałem nisko głowę, nisko i jeszcze niżej — zbierałem się i rozsypywałem. Czułem się jak niewysłany list albo nigdy niewykorzystany bilet do kina. Czy było coś, o czym zapomniałem, czego nie zrobiłem, nie powiedziałem, a powinienem? Zamiast więc rozrywać własne i cudze rany, zamykałem oczy i myślałem o koncercie, którym była ta Msza. O Józefie z mojej sali grającym na organkach i o sobie, niedoszłym skrzypku — tam, w górze, z całą pewnością nauczę się wszystkiego, czego tylko zechcę, od Józefa i Johanna Sebastiana, będę miał przecież tyle czasu, bez pośpiechu, w cudownym spokoju będę celebrować wieczność.

W korytarzu

Pewnej nocy przyszedł diabeł. Od wielu dni czułem jego obecność, teraz miałem go zobaczyć. Siedziałem na korytarzu, usiłując z modlitw ulepić rodzaj tabletki na sen, po której łatwiej się będzie zanurzyć w ciepłym bezruchu, gdy on pojawił się nie wiadomo skąd, dokąd kroczący. Spojrzał na mnie wrogo i poszedł dalej. Ubrany całkiem zwyczajnie, w dresowe portki i sandały, udawał pacjenta jednego z pobliskich oddziałów. Nie śmierdział siarką, lecz wodą po goleniu, mocną jak spirytus. Wysoki, z okrągłą główką, zaczesywał liche włosy na czubek głowy, aby ukryć małe różki, starannie wypielęgnowane za pomocą pilniczka do paznokci. Najpierw dość długo rozmawiał przed telefon, ciężki automat zawieszony przy wyjściu. Potem kręcił się tu i tam, gasząc światła.

Zbliżała się pora, dla której przyszedł. Dwanaście uderzeń mojego serca wyznaczyło godzinę dla świata. Skrzydlaty strach przeleciał obok uchylonych okien, zawodząc, zataczał potężne kręgi w powietrzu przenikliwie zimnym, wołał — „O, Śmierci, jesteś końcem wszystkiego!”. Potem diabeł stanął na progu pokoju pielęgniarskiego, przybierając niedbałą postawę. W nocnej ciszy popłynęła jego opowieść — o świecie, jaki jest i jaki zawsze będzie, o tym, że sens — ten syn marnotrawny — utopił się wczoraj i już nie powróci. „Byłem — przekonywał — na jego pogrzebie, widziałem ciągnący się kilometrami kondukt płaczek. Głęboki dół pochłonął zwłoki, w takim samym legnie większość ludzkich nadziei. Tak oto — przeciągnął rękoma i ogarnął oba korytarze — nie ma dla nich ratunku. Jest tylko Śmierć — ta mała dziewczynka czekająca w deszczu za szklanymi drzwiami, aż ją wpuszczą”.

Spoglądając szeroko rozwartymi oczyma w ciemną przestrzeń wspólnego przeznaczenia, stawałem się własnym cieniem, coraz bledszym i bledszym, byłem i nie byłem, słuchałem, ukryty we własnej dłoni, skurczony do rozmiarów orzecha włoskiego. Potoczyłem się po podłodze pokrytej szarym linoleum niczym rzucona ręką diabła moneta, zadźwięczałem, zapłakałem, zawyłem po cichu, jak pies. Niezdrowa ciekawość — ten gwóźdź do naszej trumny, kazała mi jednak pozostać na miejscu. Tak mijały długie godziny, do świtu wiodła ścieżka ciągnąca się zamglonym stokiem. To, co na początku budziło strach, a potem napełniało serce smutkiem, zaczęło nudzić. Rozziewały się żółte ściany nad diabelską opowieścią, za długo, zbyt monotonnie śpiewał.

Zasnąłem, sam nie wiem kiedy, moje dobre sny — dzieci dbałe, zaniosły mnie w objęcia szpitalnego łóżka, zwinięty w krąg jak muszelka, śniłem o morzu, które zmywa wszystkie grzechy, bo jest potężne i wieczne. Po raz pierwszy spałem bez tysiąca ukłuć przebudzenia, na jednym boku, zwrócony twarzą ku wstającemu słońcu. W ustach miałem sól, chłodny wiatr otarł moją twarz o poranku. Na pustym korytarzu nie było już diabła, odszedł stamtąd, gdy zasnęli już wszyscy, a służebnica noc, zapinając kurtkę wysoko i rozkładając parasol, bo padało, opuściła budynek drobnym krokiem jeża, jej miejsce zajmowała inna pielęgniarka, mała i jasnowłosa.

Matka Boża Wejherowska

Czasami ogarniał mnie tam strach, był mocny, przychodził nagle. Zrywałem się wówczas w środku nocy i zaczynałem przeraźliwie krzyczeć. Mój głos płoszył sen sąsiadów z sali. Stawali obok mnie jak stróże i przekonywali: „Obudź się, obudź się”, aż do skutku. Starając się odzyskać spokój, przywoływałem do siebie obraz Matki Boskiej, tej Wesołej Dziewczyny z Wejherowa. Miała stały dyżur w tutejszym szpitalu, pojawiała się o świcie w swoim błękitnym płaszczu, tak bardzo podobnym do pielęgniarskiego kitla. Musiała bardzo wcześnie wstawać, żeby dojechać tu na czas, o szóstej włączała światło, pytała o temperaturę. Podczas nocy zajmowała miejsce u wezgłowia tych, którzy zbierali się do odlotu i w ostatniej sekundzie doświadczali zbytecznego lęku. Uśmiechała się łagodnie, miała ten błysk w oku, który rozpalał w sercu cierpiącego nadzieję. Opowiadała o świecie, że nic nie stracił ze swej krasy, obiecywała się modlić, modlić bezustannie.

Lubiłem na Nią patrzeć, gdy przechadzała się wśród łóżek, miała w sobie tyle energii i naturalnej prostoty. Jej rodzice byli ze wsi, Ona, też tam urodzona, nikogo nie udawała. Udawać nie musiała. Chętnie żartowała z chorymi, aby podtrzymać ich na duchu. Była zawsze gotowa pomóc każdemu — Siostra, Siostrzyczka, Służka, Podpora Świata.

Moje szpitalne dni były jak koraliki różańca — odmawiałem je, październikowe, codziennie, znaczyłem znakiem własnego krzyża. Przychodziły i mijały — poniedziałek, wtorek, środa, w końcu straciłem rachubę. Leżąc, spoglądałem na pochmurne niebo. Z drzewa za oknem podczas mojego pobytu opadły niemal wszystkie liście, zbliżał się listopad. Za chwilę Święto Zmarłych. Zmarłych? Bóg jest przecież Bogiem żywych.

Spałem tutaj więcej, niż powinienem — z powodu lekarstw. Ktoś zażartował — „kiedy niedługo je odstawisz, nie będziesz spał do Bożego Narodzenia”. Często w ciągu dnia, nie zważając na nic, podążałem ku miejscom przynależnym nocy, przy księżycu na nocnych łąkach wypasałem ogromne stada białych owiec i wciąż się zamartwiałem tym, że przyjdą wilki. Niekiedy słyszałem ich wycie, całkiem, całkiem blisko. Wiedziałem, że kiedyś mogą wbiec z ciemnego lasu wprost do mojego umysłu.

Uczyłem się cierpliwości, słowa tutejszej mantry — „Powoli, powoli” — wpisane zostały w ściany, podłogi, sufity. Czekałem więc jak więzień na rychłe wyzwolenie, warunkowe lub przedterminowe ze względu na dobre sprawowanie, bo przecież wyrok i kara muszą mieć swój koniec. Ksiądz, przychodzący do nas o świcie z Eucharystią, tłumaczył — „Ten świat to tylko lichy przedsionek, za którym czeka sprawiedliwych nieskończoność i wieczność. W przyszłości…”.

Wolałem moje rozmowy o teraźniejszości z Dziewczyną z Wejherowa. Miała długie, ciemne włosy. Gdy pochylała się nade mną, ich kosmyk zakładała za prawe ucho. Nosiła ładne kolczyki i potrafiła słuchać o chorobach, które sprowadziły nas w to miejsce, o zmartwieniach tutejszych i domowych, o smutkach i ludzkiej niegodziwości. Kiedyś pokazała mi Swoje zdjęcie, stała na nim, trzymając w lewej ręce Dziecko. Dzień był pogodny — powietrze przesycone popołudniowym, wygrzanym na łąkach światłem. Pucołowaty Chłopczyk bawił się czerwoną różą, podobno w okolicy, w której obecnie mieszkają, rośnie wiele różanych krzewów. Wszystko było takie zwyczajne: szpital, październik, niska ławka w korytarzu, żółte światło, czas prący naprzód ku rozstaniu, ku spotkaniu, ku wieczności nieznającej smutku, choroby i śmierci, w stronę tych, którzy już wcześniej mogli się urodzić, w stronę Boga i wielkiego różanego ogrodu. Poczułem — to Ona będzie uzdrowieniem dla mojej duszy i ciała.

Krótka opowieść o chorobie i uzdrowieniu
Waldemar Borzestowski

urodzony w 1964 r. – artysta, prozaik, malarz, dziennikarz. Był m.in. szefem działu prenumeraty w dużym koncernie prasowym oraz robotnikiem torowym, kupował stare książki na aukcjach i oprowadzał konie po parkurze....