Krzyż nad Jamną albo klasztor w połogu

Krzyż nad Jamną albo klasztor w połogu

Od lat na początku sierpnia nie bywałem w klasztorze. Zawsze ten czas spędzam z młodzieżą. Ale przeor się uparł, żebym został w Poznaniu i podleczył się po zaziębieniu w Hermanicach, gdzie bez przerwy padało. Posłusznie siedziałem w klasztorze i myślałem, co tam na Jamnej, gdzie rośnie kościół, sporo młodzieży i gości, a wieczorami przy kominie gadają bez końca, do rana.

Pan Bóg jednak łaskaw. Nasz klasztor przeżywa niezwykłe chwile. Na dzisiaj wyznaczony jest przyjazd braci do nowicjatu. Podmówiłem się u ojca magistra, aby za każdym razem, gdy któryś z braci przyjedzie, mnie zawołał, abym razem z nim zszedł na furtę i przywitał kolejnego nowego brata.

To rzeczywiście podniecające. Jak wyglądają, jak są ubrani, z jakimi tobołami przyjeżdżają? Kto ich odprowadza? I wreszcie, co przywożą w swych sercach i umysłach?

Pierwszy przyjechał już z samego rana. Noc spędził u wujka, zakonnika palotyna i przyszedł do nas po śniadaniu. Potem posypali się następni. Kilku krótko strzyżonych Ślązaków z plecakami. Ładny dar ze Śląska od świętego Jacka. Nowe twarze. Różnorodność stylów, różne ubiory. Jedni z pańska, inni na sportowo. Jedni z walizami, inni z plecakami. I jeszcze jakieś torby. Torby, torebki, plecak i tobołki. Każdy dźwiga kołdrę jako wiano, bo tak kazał ojciec magister. Jedna torba z jedzeniem na drogę, inna z bielizną i ubraniem, jeszcze inna z książkami. „Chyba przesadziłem z tymi książkami”, mruczał pod nosem jeden z braci, kiedy przyszło mu je taszczyć na trzecie piętro.

Koło południa duża grupa braci ze Wschodu: z Ukrainy, z Rosji, aż z Kaukazu. Ci dopiero przyjechali z majdanem! Cały swój dobytek zabrali ze sobą.

Nowi bracia. Przysłał ich Duch Święty. Co my im damy? Jeśli nie zniszczymy tego, co dostali wcześniej, co wynieśli z domu — to będzie dobrze. Nowi bracia przynoszą nam nadzieję i wiarę w to, że Chrystus pragnie się nami nadal posługiwać.

Kolejny raz już schodzę. Kandydat ogromny, waga i powaga. „To mi się podoba — zagaduję. — Spójrz na mnie, ciężar brzucha świadczy o wielkości powołania, a spójrz na tego redaktorzynę chudzinkę, kiedyś nawet miał chyba powołanie, ale że nie dorobił się brzucha, wszystko stracił”. Garnitur, czerwonkawy krawat. Chłopię uśmiecha się lekko zmieszane, a za nim wjeżdża dyskretnie kilka walizek. W jednej z nich to chyba same krawaty? A potem mamusia i tatuś. Ileż jeszcze razy zejdę dzisiaj po tych schodach, ażeby przywitać nowych braci i podać im rękę? Jestem szczęśliwy, że inni idą w moje, nasze ślady. Iluż ich nakapie do wieczora? Jest ich już trzydziestu kilku.

Ale czy witając ich tak radośnie i entuzjastycznie, jestem uczciwy do końca? Dlaczego nie informuję ich o wszystkich trudach życia zakonnego? Nie zarażam ich na progu malkontenctwem i beznadzieją, nie porażam ich, uświadamiając, że życie w zakonie nie jest wcale łatwe, a jeszcze trudniej jest w nim się zbawić. Tak samo nie czyni tego kapłan błogosławiący związek nowożeńców. Przecież ci uśmiechnięci ludzie decydują się na drogę krzyżową, chociaż jeszcze o niej niewiele wiedzą. Witam ich wszystkich sercem i niewypaloną duszą i boję się, czy ktoś z ukradka nie podszepnie im słów Dantego: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tutaj wchodzicie”.

Wszystko będzie zależało od ich współpracy z łaską Bożą, od tego, co wnoszą. Bez łaski tak łatwo ulec pokusie zniechęcenia, rezygnacji i cynizmu. Jakaż to łaska, że jeszcze płonę. Ci młodzi ludzie przyszli do nas, aby razem z nami budować Chrystusowy Kościół. Co z tego, że na budowie dzieją się rzeczy różne? Jedni tę budowę rozkradają, inni wykoślawiają pierwotne projekty. Ale to wszystko jest wkalkulowane. Najważniejsze, żeby dom powstał i ostał się przeciw burzom, wiatrom i niepogodzie. Nie zdążyłem im tego wszystkiego powiedzieć, bo zaraz wyjeżdżam na Jamną. To będą moje wakacje. Przyjadą goście, studenci. Doglądnę prac przy kościele.

I chociaż nie pojadę za granicę, to przeżyć wystarczy na kilka książek, których i tak nie napiszę. Gdy jedni jeżdżą w góry, inni nad morze, jeszcze inni wygrzewają swoje cielska nad brzegami oceanów w gorących piaskach, ja od kilku już lat regularnie jeżdżę na Jamną. W ciągu ostatniego roku Matka Boża wybudowała tam kościół. Nie ja wybudowałem, nie ludzie, ale Matka Boża, bo wybudowanie kościoła na skale w ciągu kilkunastu miesięcy jest oczywistym cudem.

Podczas budowy kościoła na Jamnej, cały czas jestem świadom tego, że nie tyle chodzi o wybudowanie obiektu, ile o budowanie Kościoła w sercach i duszach ludzi. Co z tego, że powstanie budowla, kiedy w niej nie będzie ani Boga, ani ludzi. A ludzie są najważniejsi.

Niektórzy miejscowi, patrząc na błyskawicznie powstający budynek, mruczą pod nosem: — „Ten to ma kasę”. Inni poprawiają — „Jaką kasę, skąd by tyle nabrał?”. Ci miejscowi mądrzejsi tłumaczą: „Jakby nie miał, to by nie budował”. Taka ich ostateczna mądrość. Tymczasem winienem wyjawić całą prawdę. Otóż pieniędzy to ja nie mam. Ale mam coś o wiele bardziej wartościowego. Mam ludzi, którzy gdy się do nich zwrócę, to mnie nie zostawią samego. A właściwie, to czy ja naprawdę mam ludzi? Muszę ich każdego dnia zdobywać na nowo, żebrać o nich, dopieszczać, przepraszać za swoje niefortunne zachowania i słowa, pominięcia, niedopodziękowania. Właśnie teraz z tego powodu jestem rozbity. I wspominam swoje najsmutniejsze i najtrudniejsze wakacje. Przede wszystkim muszę się za nich wszystkich żarliwie modlić. I o swoją umiejętność obcowania z nimi wszystkimi.

Teraz zaczynam modlić się za ludzi i kapłanów, którzy w najbliższej przyszłości wypełnią i nawiedzą, ubogacą modlitwą i sobą miejsca, w których działam: Poznań, Jamną, Lednicę, Hermanice…

Ratuję się modlitwą i czytelnymi znakami. Bo któż mnie przekona, że nie jest znakiem Bożym to, że 17 sierpnia w samo południe, czyli punktualnie o godzinie 12, blacharze i cieśle wciągnęli na szczyt jamneńskiego kościoła potężny krzyż z nierdzewnej stali? 17 sierpnia to święto Jacka Odrowąża, pierwszego dominikanina Polaka, święto naszego jamneńskiego domu. I dlaczego nie za piętnaście dwunasta albo nie piętnaście po dwunastej, ale o samej dwunastej w południe stanął krzyż nad jamneńską okolicą? Co to znaczy dla mnie — bo dla tych, którzy go tam wciągali i montowali za pieniądze, znaczy zapewne coś innego?

* * *

Wróciwszy z wakacji bardziej zmęczony niż przed wyjazdem, przypomniałem sobie dzień, w którym witałem na progu klasztornym nowych braci. Próbując zarazić ich entuzjazmem, który sam musiałem z siebie wykrzesać, myślałem, co z nich wyrośnie? Ilu będzie chciało mi pomagać? Który z nich mnie zastąpi? Czy któryś z nich zechce w przyszłości pociągnąć dzieło, dla którego teraz się spalam? Będzie tak tylko wtedy, kiedy okaże się, że spalałem się dla Chrystusa w ogniu Jego miłości.

Krzyż nad Jamną albo klasztor w połogu
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...