Kurs na miłość

Przygotowanie do kapłaństwa trwa sześć lat, dzień w dzień. Czy można więc przygotować się do małżeństwa na spotkaniach, które trwają kilka tygodni? – Nie można – mówi dominikanin o. Maciej Soszyński.

W sali siedziało kilkadziesiąt par. Prowadząca spotkanie kobieta poprosiła, by każdy napisał na karteczce pięć wartości, które są dla niego w życiu najważniejsze. Sylwia na pierwszym miejscu umieściła rodzinę, na ostatnim pracę. Na miejscu drugim, trzecim i czwartym znalazły się dom, zdrowie, przyjaciele. – A kto z państwa napisał: Bóg i wiara? – zapytała prowadząca spotkanie. Sylwia spojrzała w swoją kartkę. Konsternacja. – Okropnie się poczułam. W ogóle mi nie przyszło do głowy, by to napisać.

Co ksiądz wie o małżeństwie

Sylwia i Jacek są parą od sześciu lat – od dwóch mieszkają razem. Wspólnie wzięli kredyt i kupili mieszkanie. Ślub zaplanowali na październik, ale już w styczniu wybrali się na katechezy przedmałżeńskie. – Przed ślubem będzie jeszcze wiele innych spraw do załatwienia, dlatego nie chcieliśmy zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę – tłumaczy Jacek. O kursach przedmałżeńskich nasłuchali się od swoich znajomych: że są beznadziejne, śmieszne, że to strata czasu. – Gdy weszłam na forum internetowe, na którym młodzi ludzie wpisują swoje uwagi na ten temat, to mi się wszystkiego odechciało – wspomina Sylwia. Pełni obaw zdecydowali się na nauki w kościele św. Stanisława Kostki w Poznaniu. – Tu przez wiele lat chodziłam w niedzielę na msze św., wiedziałam, że księża prowadzą bardzo dobre duszpasterstwo akademickie. Miałam więc nadzieję, że kursy również będą na poziomie – mówi Sylwia. I nie zawiodła się. Już na pierwszym spotkaniu ujął ich ks. Mirosław Musiał, który mówił o małżeństwie jako sakramencie.

Kiedy przed uczestnikami kursów dla narzeczonych staje ksiądz, niemal natychmiast pojawia się niewypowiedziana wątpliwość: Co on może wiedzieć o małżeństwie? – Nieraz spotkałem się z takim zarzutem – przyznaje ks. Paweł, który również prowadził katechezy na kursach przedmałżeńskich. – Tłumaczyłem wtedy, że nie stoi za mną osobiste doświadczenie, do którego mógłbym się odwołać, ale setki rozmów z małżonkami, którzy przyszli do mnie, by porozmawiać o swoich problemach. Niejednokrotnie podczas takich rozmów, czy też w konfesjonale w trakcie spowiedzi, staję się powiernikiem bardzo trudnych i bardzo intymnych zwierzeń. Słucham o ludzkich dramatach, rozterkach, kłopotach, zmaganiach. Lubię też odwiedzać zaprzyjaźnione rodziny, bywam w ich domach. Rozmawiam, patrzę, zachwycam się życiem małżeńskim. I na tym buduję swoje doświadczenie. Mam czasami poczucie, że o małżeństwie wiem nieporównywalnie więcej niż ktoś, kto w nim żyje.

Ks. Mirosław Musiał – choć pytanie: „co on może wiedzieć”, głośno nie padło – odwołał się do przykładów: – Czy mężczyzna ginekolog, który nigdy nie urodził dziecka, nie może być dobrym ginekologiem? Czy znany kardiochirurg, który nigdy nie przeszedł żadnej operacji, nie może dobrze wykonywać przeszczepów serca?

Do Sylwii i Jacka te argumenty trafiły. – Dzięki temu otworzyliśmy się na to, o czym do nas mówił. I choć przekazywał nam wiedzę typowo kościelną – o sakramentach, o nauczaniu Kościoła w odniesieniu do małżeństwa, bardzo nam się podobał jego wykład – był życiowy, ciekawy, mądry, podparty cytatami z encyklik i przemówień Jana Pawła II – przyznaje Jacek. Szybko zapomnieli o tym, że katechezy miały być nudne i nieciekawe. Nabrali wiatru w żagle. Z przyjemnością chodzili na kolejne spotkania.

Jola i Daniel poznali się przez Internet. Ona mieszkała w Polsce, on w Anglii. Najpierw się zaprzyjaźnili, potem pokochali. Po dwóch latach zdecydowali się na małżeństwo. – Ze względu na to, że mieszkaliśmy w dwóch różnych krajach, nie mogliśmy uczestniczyć w tradycyjnym kursie przedmałżeńskim, który trwa kilka tygodni. Zdecydowaliśmy się na wyjazd weekendowy organizowany przez ruch „Spotkania małżeńskie” – opowiada Jola, od roku mężatka. – Nie traktowaliśmy tego jako jednej z formalności, które należy załatwić przed ślubem. Jechaliśmy z nadzieją, że czegoś się dowiemy, że lepiej się poznamy – mówi Jola.

Chwila stawiania pytań

Kursy przedmałżeńskie zwane czasami kursami dla narzeczonych to – w zależności od diecezji – sześć do ośmiu spotkań w kościele oraz wizyta w poradni rodzinnej. O ile jeszcze kilkanaście lat temu przeważały na nich osoby mające nie więcej niż 20 lat, o tyle teraz znacznie częściej można spotkać tych, którzy zbliżają się do trzydziestki.

Program katechez jest zazwyczaj wszędzie podobny. Na spotkaniach mówi się o różnicach między kobietami a mężczyznami, o sposobie przeżywania przez nich miłości, poruszane są problemy odpowiedzialnego rodzicielstwa, naturalnych metod planowania rodziny, mówi się o antykoncepcji, aborcji, o wychowaniu religijnym, o wierze. Jest spotkanie poświęcone kryzysom w małżeństwie i sposobom ich rozwiązywania, niektórzy dorzucają spotkanie o wychowaniu dzieci. Dominikanin o. Maciej Soszyński, który organizuje spotkania dla narzeczonych, proponuje jeszcze „Kwadrans szczerości” przygotowujący do sakramentu pokuty. Woli unikać słowa „kurs”. – Jeśli ktoś wyobraża sobie, że tych kilka spotkań go do czegoś przygotuje, to jest w błędzie. W siedem tygodni nie można się do niczego przygotować. Można jedynie przyjrzeć się jeszcze raz sobie i odpowiedzieć na kilka ważnych pytań – tłumaczy. Dlatego oprócz cotygodniowych siedmiu spotkań zaprasza też narzeczonych na weekendowe warsztaty, podczas których pary mają okazję porozmawiania ze sobą.

W kościele św. Stanisława Kostki, gdzie w naukach uczestniczyli Sylwia i Jacek, na ostatnie spotkanie zaproszeni zostali rodzice narzeczonych. – Była mowa o tym, jak być dobrą teściową i dobrym teściem – mówi Sylwia i bardzo żałuje, że ich rodzice nie mogli w tym uczestniczyć. – Jesteśmy spoza Poznania, nasze domy rodzinne są oddalone o 200 km, rodzicom trudno było wyrwać się w środku tygodnia i przyjechać. Ale sam pomysł jest naprawdę świetny – ocenia.

Znaczna część uczestników traktuje kursy jak dopust Boży. Idą nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć i nauczyć, ale żeby zdobyć „papierek”, który pozwoli im przed ołtarzem powiedzieć sakramentalne „tak”. I niejednokrotnie już po pierwszym spotkaniu są mile zaskoczeni. – Szłam z moim narzeczonym jak na skazanie. Myślałam sobie – trudno: jakoś przez to przebrniemy. Nie spodziewałam się niczego dobrego. Tymczasem okazało się, że przeżyliśmy kilka fantastycznych tygodni – przyznaje Marta, od czterech miesięcy mężatka. – Po każdej katechezie szliśmy do restauracji na kolację i długo dyskutowaliśmy o tym, o czym mowa była na spotkaniu. Zupełnie niespodziewanie zyskaliśmy dla siebie bardzo cenny i bardzo nas budujący czas. I żałowaliśmy, że nauki trwały tylko sześć tygodni – przyznaje Witek – mąż Marty.

Skąd więc się biorą obiegowe opinie o tym, że kursy są nudne i nieciekawe? – Może to efekt jakichś zaszłości, gdy czasami prelegenci byli słabo przygotowani do niektórych tematów? – zastanawia się Wanda Napieralska, która od wielu lat prowadzi katechezy w kościele i spotkania w poradni dla narzeczonych.

Poprzeczka coraz wyżej

Obok tych, którzy idą tylko po „papierek”, jest coraz większa grupa młodych ludzi, którzy świadomie i odpowiedzialnie chcą się przygotować do sakramentu małżeństwa. – Kiedyś narzeczeni dopytywali się o kursy krótkie i szybkie. Teraz coraz częściej szukają profesjonalnych spotkań. Dopytują mnie o tematykę poszczególnych katechez, domagają się wykładów, które przygotują ich do bycia rodzicami. Sugerują, czego powinno być więcej, czego mniej, i proszą o możliwość kontynuowania tych nauk już po zawarciu związku małżeńskiego. I coraz wyżej stawiają nam poprzeczkę – mówi ks. Mirosław Maliński, duszpasterz z Wrocławia.

To właśnie ci „ambitni” decydują się najczęściej na kursy weekendowe, bardzo intensywne. Albo takie, na których oprócz wykładów proponuje się parom dwudniowe warsztaty. „Cenne było to, że głównie przebywaliśmy razem, dla siebie. Dawno tak długo nie rozmawialiśmy” – napisał w ankiecie jeden z uczestników Dominikańskiej Akademii Małżeńskiej. – Rozmawialiśmy o wartościach, które są dla nas fundamentalne, o naszym życiu religijnym, o seksie. Czasami podczas tych rozmów odkrywaliśmy jakieś prawdy o sobie samym i o naszym partnerze. I nie zawsze było to dla nas łatwe – przyznaje Jola, która razem z Danielem uczestniczyła w takich weekendowych naukach.

Wanda Napieralska jest pewna, że właśnie tak powinno się traktować te przygotowania. – Cel edukacyjny schodzi na dalszy plan, bo na to jest już dość późno. Ale poruszane na spotkaniach problemy mają skłonić narzeczonych do refleksji, do rozmowy, do skonfrontowania własnych wyobrażeń o małżeństwie, o wspólnym życiu, o wychowywaniu dzieci – tłumaczy.

Jola przyznaje: – Myślałam wcześniej tak: Jesteśmy osobami wierzącymi, to się jakoś dogadamy. Podczas kursu dla narzeczonych zrozumiałam, że wielu rzeczy nie mieliśmy przemyślanych i przegadanych. A nie można wszystkiego zbywać, mówiąc: „jakoś to będzie”. My bardzo wiele skorzystaliśmy.

A w ławkach siedzą sami grzesznicy

Największym zainteresowaniem cieszą się spotkania prowadzone przez osoby świeckie. Ich osobiste świadectwo, rozmowa o tym, jak we własnym małżeństwie rozwiązywały różne problemy i kryzysy, przemawia do narzeczonych. – Mówili o konkretach, odwoływali się do tego, przez co sami przeszli. To otworzyło nam oczy na pewne sprawy – przyznaje Sylwia.

Daniel, mąż Joli: – Uświadomili nam, że małżeństwo to nie ideał. Że będą lepsze i gorsze dni. Że przyjdą kryzysy. I jeśli ktoś postrzega swój związek jako idealny, to znaczy, że się jeszcze dobrze nie poznał.

Daniel ma poczucie, że po tym weekendzie ich związek bardzo się wzmocnił, oboje utwierdzili się w przekonaniu, że chcą być razem. – Ale żeby było dobrze, trzeba mieć ciągle oczy otwarte, trzeba dyskutować, mieć odwagę rozmawiać o problemach.

Sylwia i Jacek po każdym spotkaniu dużo rozmawiali, dzielili się swoimi myślami. – Pewne rzeczy, niby oczywiste, jakoś zapadły mi głęboko w pamięć. Na przykład to, że nie możemy budować naszego związku tylko na przelotnym uczuciu, bo ono szybko minie. I że nie możemy podchodzić do małżeństwa z nastawieniem: jak się nie uda, to się rozstaniemy – mówi Sylwia.

Tylko raz wracali do domu mocno zdegustowani po spotkaniu, na którym prelegentka omawiała naturalne metody planowania rodziny. – Nie zdenerwował nas temat, tylko nachalny, złośliwy i zaczepliwy sposób, w jaki pani prowadząca spotkanie przekazywała wiedzę. Traktowała nas jak zatwardziałych grzeszników. Nie oczekiwaliśmy, że ktoś będzie nas usprawiedliwiał, ale też nie widzę powodu, by ktoś nas obrażał – mówi Sylwia. Dlatego, gdy dowiedzieli się, że właśnie ta pani prowadzi obowiązkowe spotkania dla narzeczonych w poradni rodzinnej, natychmiast zaczęli szukać innej poradni i innej pani.

– Mam świadomość, że forma przekazu jest równie ważna jak poruszane treści – przyznaje Wanda Napieralska. – Nie możemy tych ludzi traktować jak uczniów, nie możemy im grozić palcem i rozstawiać po kątach. Oni są dorośli. Podjęli jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu: chcą założyć rodzinę. I my mamy im pomóc, by to były jak najlepsze rodziny. Zmuszając ich do czegoś, pokrzykując na nich, absolutnie tego nie osiągniemy – tłumaczy.

Żonie idzie na miesiączkę

Nie jest tajemnicą, że znaczna część par, które trafiają na kursy dla narzeczonych, nie przestrzega czystości przedmałżeńskiej. Z ankiet, które po każdym spotkaniu przeprowadza o. Maciej Soszyński wynika, że około 50 proc. narzeczonych współżyje ze sobą. Niejednokrotnie zdarza się, że uczestnicy kursów przedmałżeńskich spodziewają się dziecka. – Na 66 par, które trafiły do mnie do poradni w ostatnim czasie, 11 kobiet było w ciąży – wylicza Wanda Napieralska.

Spotkania w poradni budzą wiele emocji. Młodzi nie mają ochoty w nich uczestniczyć. – Mam świadomość, że przychodzą tu po podpis, a nie po wiedzę – mówi Katarzyna Kowalska, która prowadzi spotkania w poradni dla narzeczonych w małej miejscowości koło Bydgoszczy. Niektórzy próbują to „jakoś załatwić.” – Pytają mnie wprost: ile to kosztuje? – mówi Jacek, który wspólnie z żoną prowadzi spotkania w poradni. – Czasami sobie żartuję i mówię, że za jeden podpis biorę 150 zł, czyli w sumie kosztowałoby ich to 450 zł. I zaraz dodaję: ale możecie mieć to za darmo. Wystarczy, że przyjdziecie.

Podczas spotkania w poradni narzeczeni mają się m.in. zapoznać z naturalnymi metodami planowania rodziny. Dlatego każda para powinna przynieść zeszyt z wykresem cyklu płodności. Zdecydowana większość nie ma ochoty na prowadzenie obserwacji. – Wciskanie tego komuś na siłę wydaje mi się bez sensu. Jeśli ktoś nie chce się tego nauczyć, to trudno go do tego zmusić – przekonuje Jacek, narzeczony Sylwii, który uważa, że na kursach zbyt dużo czasu poświęcono właśnie temu problemowi. Efekt jest taki, że narzeczeni kombinują i zamiast prowadzić obserwację cyklu ściągają gotowe wykresy z Internetu. Dlatego pani Katarzyna nie wymaga od uczestników żadnych wykresów. – Nie chcę ich zmuszać do kłamania, do oszukiwania. A nie mam też ochoty robić z siebie wariatki i analizować z nimi jakichś fikcyjnych wykresów, na których są dane z księżyca – tłumaczy.

Wanda Napieralska też nie wymaga od narzeczonych żadnych wykresów: chcą, to przyniosą. Nie chcą – trudno, ich wybór. – Na początku mojej praktyki w poradni jedna z pań przedstawiła mi moją własną kartę obserwacji cyklu, którą znalazła w jakiejś gazecie, w której opisywałam naturalne metody planowania rodziny. Było mi strasznie przykro. Przyrzekłam sobie wtedy, że nigdy nie będę nikogo zmuszać do obserwacji cyklu – przypomina sobie. I stawia sprawę jasno: jeśli ktoś myśli, że w czasie trzech spotkań w poradni nauczy się tej metody, to jest w błędzie. Może jedynie dowiedzieć się, na czym ona polega, ale na naukę potrzeba znacznie więcej czasu – mówi Napieralska. – Nie ukrywam przed nimi, że ta metoda wymaga pewnej dyscypliny i jest na pewno trudniejsza niż łykanie pigułek. Ale jest etyczna, jest w zgodzie z nauką Kościoła i właściwie stosowana jest równie skuteczna jak tabletki, przy których również trzeba zachować pewną dyscyplinę – mówi Napieralska.

Jacek, który od 10 lat prowadzi spotkania w poradni, ma poczucie, że z facetami trzeba rozmawiać, używając żołnierskich słów i tylko o konkretach. Więc mówi np. tak: „Wie pan, że jak żona ma płodne dni, to pięknieje? Inaczej się rusza, pachnie… A z kolei, jak idzie jej na miesiączkę, to by pana zagryzła bez powodu. Bo jest ponad 150 objawów napięcia przedmiesiączkowego i będzie miał pan szczęście, jak żona wykazywać się będzie tylko połową. Fajnie jest wiedzieć, na który dzień przypada jaka faza. Choćby po to, żeby nie wchodzić jej w drogę, jak ją nosi. Dlatego warto śledzić z żoną te sprawy”.

– Jak im mówię, że ja wiem z dokładnością do dnia, kiedy u mojej żony zacznie się trzaskanie garami i czepianie się o byle głupotę, a więc mogę jakoś się do tego ustawić, to lepiej się słyszy, niż jakieś ogólne opowieści o cyklach. Albo nie muszę podkradać jej kalendarzyka, żeby sprawdzić czy dzisiaj „możemy”. Wiem i już.

W czasie tych 10 lat pracy w poradni tylko jedna para wyraźnie powiedziała, że chce się nauczyć naturalnych metod planowania rodziny i poprosiła o pomoc. Ale pan Jacek ma poczucie, że w ostatnim czasie coś jakby drgnęło w tej sprawie. – Pytają mnie na przykład, czy naturalne metody są bardziej ekologiczne niż pigułka.

Zdarzają się narzeczeni, którzy po wysłuchaniu katechez czy po spotkaniu w poradni świadomie decydują się na to, by w czystości dotrwać aż do ślubu. O. Maciej Soszyński określa to pojęciem „czystości odzyskanej”. – Ci ludzie są autentycznie zaskoczeni i szczęśliwi. Mówią: „Nie wiedzieliśmy, że tak można żyć”.

Kurs na drugi brzeg

Sylwia krzywi się, że niektórzy prelegenci czasami mijali się z prawdą. Na przykład pan, który mówił o zapłodnieniu in vitro. – Koleżanka lekarka, która też uczestniczyła w tych kursach, zwróciła mi na to uwagę. Podawanie nieprawdziwych informacji tylko po to, by udowodnić swoją tezę, nie jest w porządku. Ludzie są na to bardzo wrażliwi. Jeśli chcemy kogoś do czegoś przekonać, to nie wolno przemilczać albo fałszować faktów. To nie jest dobra metoda – uważa Sylwia.

Daniel ma niedosyt: – Za mało rozmawialiśmy o konkretnych sytuacjach życiowych, o naszych relacjach z rodzicami. Teraz, po roku małżeństwa, przypuszcza, że pozwoliłoby to radzić sobie lepiej w niektórych sytuacjach. – Jako facet chciałbym też usłyszeć, jak planować wspólny budżet, jak radzić sobie z wydatkami. Przed ślubem mieszkaliśmy oddzielnie, nie prowadziliśmy wspólnego gospodarstwa i nie mieliśmy takich doświadczeń.

Marta chciałaby zdecydowanie więcej spotkań o tym, jak wychowywać dzieci, jak podzielić się obowiązkami, jak przetrwać pierwsze, trudne lata małżeństwa.

Witek ma poczucie, że zbyt dużo mówiło się o wierze, o religijności, o rodzinie jako domowym Kościele. – Jeśli ktoś jest wierzący, to chyba ma świadomość, czym dla niego jest wiara i jak ją realizować konkretnie w życiu małżeńskim. A niedowiarków i tak się do niczego nie przekona – uważa.

Na kursy trafiają ludzie z różnymi oczekiwaniami, z różnym doświadczeniem religijnym, o różnym wykształceniu. – Nie jesteśmy w stanie zadowolić wszystkich, nie mamy czasu na to, by poruszyć wszystkie ważne tematy. Dlatego zachęcamy, by narzeczeni sięgnęli po książki, w których znajdą odpowiedzi na wiele pytań – komentuje Wanda Napieralska.

Ojciec Maciej Soszyński nigdy nie mówi, że przygotowuje narzeczonych do sakramentu małżeństwa. – Ja ich mogę tylko zainspirować – tłumaczy. Zależy mu przede wszystkim na tym, by narzeczeni uwierzyli, że w każdej sytuacji mogą być blisko Pana Boga. Nawet gdy są na rozdrożu, nawet gdy w ich życiu pojawia się grzech. – Pokazuję im normalny, przyjazny człowiekowi Kościół i oni są tym zachwyceni – ocenia. Nigdy ich do niczego nie namawia. Najwyżej pokazuje: „Tak może być. Wybór należy do was”. I dodaje: – Jeśli wchodzicie na statek, to musicie wiedzieć, jakie zasady panują na tym statku. Ten statek ma cel: dopłynąć do drugiego brzegu.

Kurs na miłość
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”.Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...