Limbus matrum

Większość Kościołów chrześcijańskich skłonna jest uznać człowieczeństwo dzieci od samego poczęcia, przynajmniej w teorii, bo w praktyce niestety często ci, którzy głośno domagają się poszanowania praw istot nienarodzonych, z lekceważeniem odnoszą się do kwestii poronienia.

Współczesne feministki często są oskarżane, że promując wyzwolenie kobiet i stawiając na te, które wybierają karierę i własny rozwój ponad wychowanie dzieci i życie rodzinne, lekceważą rzeczywiste kobiece potrzeby. Nie liczą się też w swych postulatach z dobrem dzieci, przyczyniając się do pogorszenia się sytuacji kobiet, które pomimo najlepszych chęci nie radzą sobie z godzeniem ambicji zawodowych z byciem matką. Choć prawdą jest, że kwestia dzieci rzadko stanowi przedmiot zainteresowania feministek, krytyka ta jedynie w ograniczonym stopniu jest zasłużona, jeśli weźmiemy pod uwagę z jednej strony różnorodność myśli feministycznej, z drugiej zaś hipokryzję większości polityków, rzadko – pomimo szumnych deklaracji – promujących rzeczywistą poprawę warunków życia dzieci. W naszych społeczeństwach nikt niemal nie stawia dzieci w centrum uwagi i pod tym względem współczesny ruch feministyczny, przynajmniej w początkowej fazie, nie stanowił wyjątku, choć sytuacja ta powoli zaczyna się zmieniać.

Matka dziecka nienarodzonego

Wśród feministek rośnie zainteresowanie kwestią macierzyństwa i sytuacją dzieci już narodzonych, zastanawia mnie jednak bezdyskusyjne przyjmowanie definicji matki powszechnie akceptowanej zarówno przez państwo, jak i wiele instytucji religijnych. Polskie feministki chętnie podkreślają, że dla nich nie istnieje kategoria „dziecka nienarodzonego”. Jeśli nie istnieją dzieci nienarodzone, nie ma też i matek dzieci nienarodzonych. Jest to szczególnie bolesne dla kobiet po poronieniu, którym cały świat odmawia prawa do nazywania się matkami i do pamięci o ich dzieciach, a osoby, które bronią praw kobiet (piszę to bez ironii, gdyż z wieloma postulatami polskich feministek się zgadzam), tak beztrosko wyrażają się o tym, co dla nich stanowi główne źródło cierpienia.

Rozważania powyższe to nie tylko kwestia terminologii. O tym, jak istotny jest sposób nazywania rzeczywistości, nie trzeba przypominać feministkom, walczącym od lat z przejawami seksizmu i dyskryminacji w naszym codziennym języku. Problem jest wszakże szerszy: feministki, włączając w to teologię feministyczną, czasem w ogóle nie chcą się zajmować cierpieniem, a jeśli już, to tylko wybranymi jego formami. Kobiety, które nie mogą poddać się aborcji, cierpią, ale te po poronieniu już nie… Nie chodzi mi o to, by dyskredytować feminizm. Paradoksalnie, to właśnie doświadczenie poronienia, a dokładniej związany z nim krótki, lecz wspominany do tej pory jak senny koszmar pobyt w szpitalu, sprawił, że hasła feministyczne stały się dla mnie bardziej niż kiedykolwiek aktualne. Nigdy wcześniej bowiem nie przeżyłam takiego upokorzenia, nie czułam się tak bezsilna, nigdy też wcześniej nie odczuwałam takiej solidarności z kobietami, które nie mają siły walczyć o swoje prawa, protestować, które pozwalają traktować się jak śmieci. Oczywiście nie jest tak zawsze, ale lektura licznych tekstów na stronie www.poronienie.pl wystarczy, by stwierdzić, że, niestety, personel medyczny często w podobny sposób traktuje kobiety po poronieniu. Na ogół nie jest to kwestia złej woli pracowników szpitali, tylko brak świadomości, jak bardzo pewne słowa i zachowania mogą ranić, pozostawiając trwały ślad w psychice, a niekiedy i na ciele. W takiej sytuacji odwaga kobiet w walce o swoje prawa, a przede wszystkim o poszanowanie własnej godności, niejednokrotnie inspirowana jest ideałami feminizmu, i szkoda, że feministki na ogół nie zdają sobie z tego sprawy. O ile bowiem większość z nich, w przeciwieństwie do swych dziewiętnastowiecznych antenatek, wyśmiewa koncepcję godności ludzkiej przed narodzeniem, panuje wśród nich zgoda co do powszechnej równości i fundamentalnej godności każdego człowieka już po narodzeniu, a więc także, zdawałoby się, matek dzieci zmarłych przed narodzeniem.

Podejście Kościołów

Większość Kościołów chrześcijańskich skłonna jest uznać człowieczeństwo dzieci od samego poczęcia, przynajmniej w teorii, bo w praktyce, niestety, często ci, którzy głośno domagają się poszanowania praw istot nienarodzonych, zainteresowani są jedynie ofiarami aborcji, z lekceważeniem odnosząc się do kwestii poronienia. Dziwić może, wziąwszy pod uwagę rolę cierpienia w tradycyjnej teologii, że i chrześcijanie również na ogół wstydliwie chowają głowę w piasek w obliczu matek dzieci poronionych. W dokumentach papieskich cierpienie pojawia się niezliczoną ilość razy, odniesień do poronienia szukać zaś można nadaremno. Ból kobiet, które go doświadczają, pozostaje na ogół niewidzialny i niewiele osób wie, jak licznej grupy dotyka owo nieszczęście. W 2003 roku liczba zarejestrowanych „poronień samoistnych” w Polsce wyniosła 41 381 1. Nie znam podobnych statystyk z ostatnich lat, ale ponieważ od końca lat 90. liczba zarejstrowanych poronień utrzymuje się na podobnym poziomie, niewiele się ona zapewne ostatnio zmieniła. Kościół katolicki tymczasem jest zainteresowany jedynie losem dzieci zmarłych w wyniku aborcji i ewentualnie syndromem postaborcyjnym u ich (niedoszłych?) matek. Oczywiście należy docenić zmiany liturgiczne, jakie dokonały się po II soborze watykańskim, takie jak obrzęd pogrzebu dziecka nieochrzczonego, łącznie z możliwością odprawienia mszy świętej. Do księgi Obrzędów błogosławieństw zatwierdzonej do użytku w diecezjach Stanów Zjednoczonych włączono też obrządek błogosławieństwa rodziców po poronieniu, ale jest to, niestety, jedyna znana mi wersja księgi Rytuału Rzymskiego De benedictionibus, która podobny obrządek zawiera. Nie ma go bowiem ani w łacińskiej editio typica owej księgi 2, ani w tłumaczeniach na różne języki europejskie, do których udało mi się dotrzeć. W innych wyznaniach jest podobnie. Zaledwie w nielicznych Kościołach protestanckich wprowadzono modlitwy czy nawet krótkie nabożeństwa dla rodziców po stracie dziecka w wyniku poronienia czy martwego urodzenia. W prawosławiu istnieje wprawdzie modlitwa za matkę po poronieniu, jej tekst jednak jest dość problematyczny, sugeruje bowiem winę i współodpowiedzialność kobiety za śmierć jej nienarodzonego dziecka. Co ciekawe, gdy poszukiwałam w Internecie modlitw dla rodziców po poronieniu, okazało się, że wyjątkowo piękne i najbardziej rozbudowane rytuały oferuje judaizm.

Choć wierzącym rodzicom dzieci zmarłych przed urodzeniem trudno sobie wyobrazić, by Bóg nie przyjął ich potomstwa do udziału w swej chwale tylko dlatego, że nie dana im była łaska chrztu, to jednak przez wieki teologowie negowali możliwość ich zbawienia. Dlatego cenny jest dokument ogłoszony niedawno przez Międzynarodową Komisję Teologiczną, związaną z Kongregacją Nauki Wiary, zatytułowany Nadzieja zbawienia dla niemowląt zmarłych bez chrztu 3. Wbrew temu, co podawała większość mediów dokument MKT nie stwierdza jednoznacznie, że limbus puerorum nie istnieje, podkreśla się w nim bowiem, iż teoria limbo nadal pozostaje „możliwą opinią teologiczną”. Większy wszakże nacisk kładzie się w nim na nadzieję, która powinna charakteryzować wszystkich chrześcijan. Nadzieja właśnie pozwala nam, zdaniem MKT, ufać, że również dzieci, którym nie dane było dostąpić chrztu z wody, będą mogły cieszyć się wizją Boga.

Tekst MKT zawiera wiele pozytywnych elementów, choć mnie zabrakło w nim rozważania nad sakramentem chrztu czy też działaniem sakramentów w ogóle. Nie znajdujemy w nim też, co już zresztą zauważył Józef Majewski w komentarzu do dokumentu w „Tygodniku Powszechnym” 4, refleksji nad tradycyjną interpretacją grzechu pierworodnego. O ile bowiem Kościół odrzucił na szczęście ponurą wizję potępienia dzieci zmarłych bez chrztu, postulowaną przez Augustyna, który uważał, że dzieci takie oczekiwać mogą jedynie wiecznych mąk piekielnych, o tyle interpretacja grzechu pierworodnego, choć w nieco złagodzonej w stosunku do augustyńskiej wersji, nadal pozostaje w teologii katolickiej niezakwestionowana.

Abstrahując od kwestii teologicznych, najbardziej chyba bolesny dla rodziców dzieci nienarodzonych jest fakt, że po raz kolejny los ich dzieci obchodzi Kościół tylko o tyle, o ile jest on związany z losem dzieci zmarłych w wyniku aborcji. Wprawdzie w dokumencie MKT znajduje się parę zdań mówiących o smutku rodziców, które można odczytywać jako aluzję do poronienia, nie jest ono jednak ani razu wspomniane explicite, w przeciwieństwie do aborcji. Podobnie jest z innymi dokumentami kościelnymi. W zdaniu, które, jak przypomina Majewski w wyżej wspomnianym komentarzu, tajemniczo zniknęło z kanonicznej łacińskiej wersji encykliki Evangelium vitae, Jan Paweł II zwraca się do kobiet, które usunęły ciążę, by nie traciły nadziei, gdyż ich dzieci żyją teraz „w Bogu”. Choć Majewski ma zapewne rację, że owo przekonanie „pomogło wielu rodzinom łatwiej przeżyć trudny czas po utracie swoich dzieci”, poczucie straty zapewne znacznie częściej dotyczy rodziców po poronieniu aniżeli po świadomym przerwaniu ciąży. Ci pierwsi jednak na próżno oczekują, by podobne stwierdzenie, skierowane jednak bezpośrednio do nich, padło w oficjalnym kościelnym tekście. Osoby, których nie dotyczy to bezpośrednio, na ogół nie zdają sobie sprawy, jak bolesne jest, gdy rodzicom dzieci, które bez ich winy zmarły przed narodzeniem i którzy daliby wszystko, by dzieci owe mogły żyć, na każdym niemal kroku przypomina się o aborcji. Myląca nomenklatura (nazywanie aborcji „sztucznym poronieniem” bądź poronienia „aborcją spontaniczną”; to ostatnie to kalka z angielskiego, gdzie obok neutralnego słowa miscarriage używa się też terminu spontaneous abortion), podobne w obu wypadkach procedury medyczne, próba obwiniania kobiet, które poroniły, o przyczynienie się do śmierci ich nienarodzonego dziecka (jak chociażby owa wyżej wspomniana prawosławna modlitwa za kobietę po poronieniu) – przykłady można mnożyć. Tym bardziej zatem ironiczne jest to, że gdy rodzice próbują szukać pocieszenia w wierze, szybko zdają sobie sprawę, iż aby dowiedzieć się, co oficjalne dokumenty Kościoła mają do powiedzenia na temat losu ich dzieci, muszą przebrnąć przez teksty o aborcji.

Nieprzygotowanie księży. Prawo do bólu

Aluzje do poronienia w tekście MKT świadczą o tym, że przynajmniej część jej członków jest wyczulona na problemy dotyczące utraty dziecka przed narodzeniem. Niestety, lektura opisów doświadczeń licznych kobiet, które po poronieniu miały okazję rozmawiać z księżmi, opisów znajdujących się, czy to na stronie www.poronienie.pl czy też na rozmaitych forach dyskusyjnych, pokazuje, jak nieprzygotowani są do podobnych rozmów ci ostatni. Bolesne zranienia wyniesione ze spotkań z księżmi mogą na długi czas, jeśli nie na zawsze, oddalić kobiety od Kościoła. Nie dotyczy to na szczęście wszystkich księży, istnieją bowiem tacy, którzy problem rozumieją i którzy o dzieciach nienarodzonych pamiętają nie tylko w kontekście aborcji. Nadal brakuje jednak bardziej pozytywnych prób interpretacji teologicznej nie tylko losów dzieci zmarłych w łonie matki, ale i samego wydarzenia, szczególnie w odniesieniu do kobiet, które tego doświadczają. Wprawdzie w dokumentach kościelnych często podkreśla się odrębność kobiet, postulując istnienie specyficznego geniuszu kobiecego, nie znajdujemy w nich jednak szczegółowej refleksji nad tym, na czym owa „inność”, zwłaszcza w odniesieniu do wymiaru cielesnego kobiety, miałaby polegać. Sama nie jestem zwolenniczką esencjalizmu płciowego, jednak z doświadczenia wiem, że poronienie inaczej na ogół przeżywają kobiety aniżeli mężczyźni. Nadzieję na zbawienie dziecka zmarłego przed narodzeniem żywią zazwyczaj, jeśli są osobami wierzącymi, zarówno matka, jak i ojciec, i dlatego dobrze, że w tekście MKT wspomina się o obojgu rodzicach. Szkoda wszakże, że teologowie katoliccy nie próbują bliżej przyjrzeć się doświadczeniu kobiet, których dotyka poronienie. Dość paradoksalnie to jedna z teolożek feministycznych, protestancka pastorka L. Serene Jones, osoba określająca się jako zwolenniczka dostępu do aborcji (choć w artykułach o poronieniu tej pozycji nie broni i trudno byłoby sobie wyobrazić, jak miałaby to czynić), podobną próbę podejmuje. We wstępie do tekstu o teologicznej interpretacji poronienia Jones wspomina swoje zdziwienie, że kiedy wraz z przyjaciółką, tuż po tym, gdy ta poroniła, próbowała znaleźć odpowiednie słowa modlitwy, obie bezwiednie zaczęły modlić się za „utracone życie” (lost life5. Jako zwolenniczkom pro choice wydało im się to raczej niewłaściwe, co znakomicie ilustruje kłopot z obroną „prawa do aborcji” w obliczu poronienia. Feministki na ogół jak ognia unikają mówienia na ten temat z obawy, że gdyby przyznały prawo do bólu kobietom po poronieniu, w jakiś sposób podważyłyby swe poglądy dotyczące powszechnej dostępności aborcji.

Jones wprawdzie we wstępie zaznacza, że swoje rozważania ogranicza do kobiet, które w ogóle nie mogą mieć dzieci, jednak w rzeczywistości jej interpretacja może odnosić się do wszystkich kobiet, których dziecko zmarło przed narodzeniem. Jak wskazuje moje osobiste doświadczenie oraz lektura świadectw innych kobiet, strata dziecka nienarodzonego boli niezależnie od tego, czy owe kobiety mają żyjące dzieci, czy też nie. Autorka znakomicie opisuje odczucia kobiety po poronieniu: świadomość całkowitej utraty kontroli nad tym, co się dzieje, któremu towarzyszy przerażające, choć zwykle całkowicie nieracjonalne poczucie winy i odpowiedzialności. O ile z ciążą związana jest nadzieja i marzenia o przyszłości, o tyle jej utrata sprawia, że dla kobiety przyszłość nagle przestaje istnieć, myślenie o niej wydaje się niemożliwe, wraz bowiem ze śmiercią oczekiwanego potomka umiera i nadzieja. Zatraca ona też poczucie cielesnej integralności i własnej tożsamości. Ciało, które miało chronić i wspomagać rozwijające się życie, okazało się zdradzieckie, nie umiało zapobiec śmierci czy nawet, jakkolwiek nieracjonalne by się to wydawało, zamordowało powierzoną sobie maleńką istotę. Z tym wiąże się najbardziej chyba dziwne i niepojęte doświadczenie, mianowicie to, że własne ciało staje się przestrzenią śmierci. Noszenie w sobie śmierci, kiedy samej się nie umiera, jest czymś tak trudnym do opisania, iż nikt, kto śmierci dziecka we własnym łonie nie doświadczył, nie jest w stanie tego pojąć. Ów fizyczny związek z dzieckiem nienarodzonym, a potem z jego śmiercią sprawia, że niezależnie od tego, jak silny ból mogą odczuwać ojcowie, odczucia matki pozostają zupełnie unikalne.

Jak zauważa Serene Jones, wyżej opisane doświadczenie kobiet po poronieniu nie tylko diametralnie różni się od wizji lansowanej przez (liberalny) feminizm, ale i, co ważniejsze, współczesne teorie feministyczne niewiele mają do zaoferowania kobietom w takiej sytuacji. Niemożność uzyskania kontroli nad własnym ciałem jasno pokazuje ograniczenia postulatów pełnej wolności w podejmowaniu decyzji dotyczących swego ciała. W etyce feministycznej, a przynajmniej w pewnych jej odłamach (ethics of care), zwraca się uwagę na relacyjność, na umiejętność kobiet okazywania troski innym i obejmowania nad nimi opieki. Ten macierzyński, relacyjny aspekt, wspólny jest zresztą, nawet jeśli inaczej rozkłada się akcenty, zarówno papieskiej wizji kobiety, jak i niektórym nurtom feminizmu. Tymczasem poronienie czy martwe urodzenie zdają się sugerować kobiecie, że jej ciało nie tylko niezdolne jest troszczyć się o poczętą w niej istotę i pielęgnować ją, ale i pozwala na jej śmierć. Oczywiście feministki, które odrzucają konieczność biologicznego macierzyństwa, w pewien sposób niuansują ów mit idealnej kobiety jako matki. Z drugiej wszakże strony przez to trudniej też zrozumieć im cierpienie kobiet, które bardzo pragną mieć dzieci, a nie mogą, owo pragnienie bowiem często redukowane jest przez nie do społecznej presji identyfikującej pełnię kobiecości z macierzyństwem.

Najciekawsza w artykule amerykańskiej autorki jest odważna, wręcz prowokacyjna interpretacja teologiczna. Słusznie zauważa ona, iż refleksja na temat sytuacji kobiet doświadczających poronienia nie mieści się w tradycyjnych konceptach teologicznych. Jakkolwiek pomocne i ważne są rozważania o losie dzieci zmarłych przed chrztem, o śmierci ludzkiej bardziej ogólnie w kontekście grzechu czy też szukanie pociechy w Maryi, która też przeżyła odejście swojego dziecka, nie są w stanie uchwycić one wszystkich niuansów sytuacji matki roniącej. Kobiety takie często czują się opuszczone przez ludzi i przez Boga, tymczasem to Bóg właśnie przeżył doświadczenie w pewien sposób najbliższe temu, co dzieje się z owymi kobietami. Gdy Jezus umierał na krzyżu, śmierć nie tylko dotknęła Boga, ale wręcz w Nim miała miejsce. Pomimo to Bóg przecież nie umarł, cierpiąc wszakże, gdy umierał Jego ukochany Syn (nie znaczy to, że na krzyżu umierał Bóg Ojciec, bo to już byłaby herezja zwana patrypasjanizmem, potępiona w pierwszych wiekach chrześcijaństwa). Trójca Święta to Bóg w trzech Osobach zjednoczonych w miłości. Miłość ta nie ogranicza się do wewnętrznych relacji w Trójcy Świętej, rozlewa się ona na cały świat i nawet w momencie, gdy ludzie w zatwardziałości swych serc doprowadzili do śmierci Syna Bożego, Bóg nie przestał ich kochać. Śmierć więc w niewytłumaczalny dla nas sposób dotknęła Trójcy Świętej, nie ona jednak zwyciężyła. Po śmierci bowiem Jezusa następuje radość Zmartwychwstania, a ogrom Bożej miłości pokonuje śmierć i grzech ludzki.

Nie chodzi oczywiście o to, by kobiety roniące wyobrażały sobie siebie w roli Boga lub gloryfikowały swoje cierpienie (bądź też cierpienie swojego dziecka), stwierdzając, że może ono mieć moc zbawczą. Ważne jest jednak, by uświadomiły sobie, że gdy w ich łonie umiera ich ukochane dziecko, Bóg jest z nimi i jak nikt inny rozumie ich nieszczęście. W teologii feministycznej często podkreśla się macierzyńskie cechy Boga, co jest niezmiernie istotne, by Bóg nie kojarzył się nam jedynie z surowym Ojcem. Zapomina się jednak wówczas o tym, że w chrześcijaństwie fundamentalna jest nie sielankowa wizja rodzicielstwa, a obraz rodzicielskiej straty, która wszakże nie jest ostateczna. Zmartwychwstanie uświadamia nam, że śmierć nigdy nie ma ostatniego słowa, pozwalając kobietom po poronieniu na jakże ważną dla nich nadzieję i pokazując, że i dla nich istnieje przyszłość, jeśli tylko odważą się wyjść z kręgu rozpaczy i poczucia bezsilności.

Na wschodnich ikonach Zmartwychwstania Jezus nie jest przedstawiany jako tryumfujący zwycięzca z chorągiewką, lecz jako zstępujący do otchłani, wyciągający ręce do tych, którzy w niej przebywają. Matki, które przeżyły poronienie, niejednokrotnie mają wrażenie przebywania w takiej właśnie otchłani. Ochoczo wtrąca je tam społeczeństwo, które nie bardzo wie, co z ich bólem zrobić, a czasem nawet jak zaklasyfikować takie matkiniematki. Dla tych kobiet nie jest prawdziwym Bogiem ów srogi sędzia, którego wyobrażali sobie przez wieki teologowie (raczej nie teolożki), który stworzone przez siebie istoty pozbawia wizji niebieskiej tylko dlatego, że nie z ich winy nie było im dane dostąpić chrztu z wody. Dla matek niebo nie będzie niebem, jeśli nie spotkają w nim swoich nienarodzonych dzieci. To dobrze, że tekst MKT tak podkreśla rolę nadziei, bo właśnie światła i nadziei matkom po poronieniu często brakuje. To jednak nie wystarczy. Kobietom po poronieniu często wydaje się, że nic po ich dzieciach nie pozostało. Dlatego tak kurczowo trzymają się materialnych pamiątek, takich jak „zdjęcie” z badania USG. Gdy umarło moje własne nienarodzone dziecko, uświadomiłam sobie jednak, że oprócz smutku i złości na tych, którzy mnie upokarzająco potraktowali, pozostało mi coś bez porównania ważniejszego: miłość do mojej Junii Pauliny, która pozostanie, gdy wszystkie inne uczucia zbledną. Choć uczyniłabym wszystko, by przywrócić życie mojemu dziecku, nie chciałabym jednak wrócić do czasu, gdy Junii w ogóle nie było. Jej życie na ziemi, choć tak krótkie, stanowi dla mnie i mojego męża wspaniały dar i bogactwo i kochamy ją nie mniej niż jej starszego brata, choć nie było dane nam jej objąć, przytulić lub w jakikolwiek inny sposób wyrazić miłość. Niezależnie od tego, ile dzieci możemy jeszcze mieć w przyszłości, ta miłość nie zagaśnie, bo prawdziwa miłość może tylko rosnąć i przeobrażać życie człowieka na obraz Tego, który jest samą Miłością. I dlatego, nawet jeśli dokumenty kościelne pozwalają nam „zaledwie” na nadzieję, my, matki dzieci zmarłych przed narodzeniem wiemy, że większa od nadziei i wiary jest miłość. Nie mogłyśmy spotkać naszych dzieci tu, na ziemi, lecz kiedyś jeszcze spotkamy je twarzą w twarz.
 

1 Dane ze Sprawozdania Rady Ministrów z wykonywania w roku 2003 ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży oraz o skutkach jej stosowania (s. 46). 
2 Rituale Romanum ex decreto Sacrosancti Oecumenici Concilii Vaticani II instauratum auctoritate Ioannis Pauli II promulgatum, De Benedictionibus, editio typica, Typis Polyglottis Vaticanis 1984, 1985 (reimpressio). 
3 Tekst jest dostępny na stronie Watykanu, w wersji angielskiej: http://www.vatican.va/roman_curia/congregations/cfaith/cti_documents/rc_con_cfaith_doc_20070419_unbaptisedinfants_en.html oraz włoskiej: http://www.vatican.va/roman_curia/congregations/cfaith/cti_documents/rc_con_cfaith_doc_20070419_unbaptisedinfants_it.html, został on też opublikowany po angielsku w Origins. Catholic News Service Documentary Service 36 nr 45 z 26 kwietnia br., s. 725746 i po włosku w La civiltà cattolica nr 3765 z 5 maja 2007. 
4 „Przebudzenie teologii”, TP nr 22 (3.06.2007). 
5 L. Serene Jones, Hope Deferred: Theological Reflections on Reproductive Loss (Infertility, Miscarriage, Stillbirth), w „Modern Theology” 17:2 (2001), s. 227–245.

Limbus matrum
Dominika Kurek-Chomycz

teolożka, pracuje na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium, specjalizuje się w egzegezie Nowego Testamentu, zajmuje się głównie Listami św. Pawła. Jest matką dwuletniego syna Emmanuela Efrema. Jej drugie dziecko zmarło w si...