List do przyjaciela

List do przyjaciela

Bóg mojego dzieciństwa wydaje mi się szczególnie daleki. Msza jest moją udręką. Nie skarżę się na to. Co robiłbym, będąc skupiony? Słowo Boże już do mnie nie dociera i jest to dla mnie poważnym problemem. Pamiętasz, jaki byłem kiedyś? Żarliwy, entuzjastyczny, ufny i zadowolony. Jak mogłem być tak naiwny?

Pisząc do ciebie, piszę – być może – do samego siebie. Znasz wagę, jaką przykładam do słów? Może gdy podzielę się tym z tobą, sam uzyskam jaśniejszy ogląd? Czy w końcu zrozumiem, co przeżywam? Wątpię. Ale wypowiedzenie tego może przynieść ulgę i zazielenić pustynię, na której cierpię, tę pustynię tak niegdyś wysławianą przeze mnie, a która teraz jest dla mnie udręką. Łatwo sławić pustynię, gdy nie jest cierpieniem! Jestem na niej już od dwóch lat i im dłużej to trwa, tym udręka jest większa. Bywają dni, gdy jestem nieskończenie umęczony przeżywaniem tej pustyni, umęczony życiem w ogóle. Przesadzam? Być może. Sam już nie wiem. Przypominam sobie często krzyk Jezusa: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Ale trudno mi wypowiedzieć to, co potem następuje: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Ja zostaję przy tym „czemu?”. A w świątyni mojej duszy pokój zdaje się być szczególnie kruchy.

Czy nie mam wszystkiego: kochającej mnie żony, czwórki zdrowych dzieci, dobrej pozycji społecznej, domu, pieniędzy, piękna, zdrowia, łatwo publikowanych przez wydawców książek, które przynoszą wiele dobrego czytelnikom i czytelniczkom? Nie mam jednak nic do zrobienia i mam ochotę cisnąć tym wszystkim! W oczach innych ludzi mam wszystko, a brak mi wszystkiego. Tego, o którym myślałem, że Go kocham. Wierzę w Niego, ponieważ chcę wierzyć. I może to wszystko jest charakterystyczne dla kryzysu czterdziestoletniego człowieka. Ktoś mnie wtłoczył w tę czterdziestkę, a ja nie wiem kto? Ten okres postu za długo już trwa.

Spróbujmy przyjrzeć się temu, co dzieje się we mnie. Znużenie, wiele rozczarowania, szczypta zniechęcenia lub rozpaczy, częste wątpliwości, jasny ogląd własnych ograniczeń, ostre uświadomienie sobie skandalu cierpienia i absurdalności śmierci. Każde słowo ma swój ciężar. To szczęście, że istnieją te słowa nasączone moją krwią, mimo że powracają jak echo na mojej pustyni. Dzięki nim mam przynajmniej wrażenie, że żyję, że moja rana ma sens. Lecz tworzenie poezji przestało być rodzeniem, stało się uśmiercaniem, a ja mimo to masochistycznie piszę. Myślę nawet, że nigdy jeszcze nie pisałem tak dobrze, jak gdyby poezja ze swym rozdzierającym krzykiem zawierała w sobie klęskę ludzkiej kondycji. W 1992 roku ukazał się w wydawnictwie „Écrits de Forges” tomik wierszy pod znaczącym tytułem: La joie blessée (Zraniona radość).

Trudno mi mówić o sobie, nie mówiąc o poezji. Ale pozostańmy przy konkretach. Jak przeżywamy kryzys? Jakie są jego przyczyny? Nie lubię u siebie takich filozoficznych pytań. Spróbuję jednak na nie odpowiedzieć. Kryzys ujawnia się najpierw poprzez wielką duchową oschłość. Bóg mojego dzieciństwa wydaje mi się szczególnie daleki. Msza jest moją udręką, tym bardziej, że przy dzieciach niemożliwe jest skupienie. Nie skarżę się na to. Co robiłbym, będąc skupiony? Słowo Boże już do mnie nie dociera i jest to dla mnie poważnym problemem. Pamiętasz, jaki byłem kiedyś? Żarliwy, entuzjastyczny, ufny i zadowolony. Jak mogłem być tak naiwny? Dzisiaj z nostalgią zdaję sobie z tego sprawę. Straciłem to, co ożywiało moją wiarę. Stałem się pospolitym realistą, a jeszcze na dodatek pesymistą. Sam już siebie nie poznaję. Być może składam właśnie w ofierze młodzieńca, którym byłem, aby dobić do brzegu dojrzałości.

Moja natura jest stworzona do wibracji, do odczuwania, dotykania, do doświadczania. Daje się słyszeć krzyk zmysłów, a rozum nie wie już, za czym się opowiedzieć. Czy na tym miałaby polegać noc opisywana przez Jana od Krzyża? Odczuwałem tyle radości, czytając go, a teraz nie jestem w stanie przeczytać nawet linijki. Pisma mistyczne i teologiczne męczą mnie. Modlitwa nie ma już ustalonej pory, stała się jedynie oczekiwaniem, w poczuciu pustki, bez łez. Czuję się ociężały w takim stanie bezruchu.

Zadaję sobie pytanie, czy problem nie wynika z mojej pracy pseudoteologa wykonywanej w obrębie środowiska, które mi nie odpowiada, nawet jeśli Uniwersytet Świętego Pawła jest dla mnie – najogólniej biorąc – dobrym miejscem. Czuję się obco pośród swoich kolegów. Tylko ślepy nie zauważyłby wewnętrznego napięcia, jakie stwarza ta praca. Nie można powiedzieć, że jestem wierny temu, czym jestem naprawdę. Co jednak robić, jeśli nie ma niczego innego? Przecież trzeba jakoś zarabiać na życie!

Charles Péguy mówił, że każdy jest poetą w wieku dwudziestu lat, lecz jedynie poeta jest nadal poetą w wieku lat czterdziestu. Czuję się bardziej poetą niż teologiem, z czego wynikają poszukiwania i wysiłki, aby połączyć jedno z drugim, idąc śladem Patrice’a de la Tour du Pin; daje to w rezultacie poezję teologiczną, dla wielu ludzi niezrozumiałą. Jakie to daremne! Być może nie mam racji. Próbuję zrozumieć swoje niedostatki i apatię.

Jestem zmęczony życiem, chociaż nie jestem przeciążony zajęciami. Próbuję przed nimi uciekać. Tak bardzo lubię być sam. Ludzie są mi obojętni, a nawet więcej – rozczarowują mnie, jak i ja zapewne ich rozczarowuję. Być może piszę zbyt dużo. Często nie mam chęci do niczego innego. Już siebie nie poznaję. Jestem sam, chociaż otoczony rodziną, a moim powołaniem jest nie mieć rodziny. Ciągnę ten mój wewnętrzny monastyr wszędzie tam, gdzie sam idę. Moja wiara, która nie jest statyczna, jest osadzona w moim życiu, a zatem jest również w stanie kryzysu, ewoluując wraz ze mną. Wydaje mi się, że mógłbym wyznawać Boga w jakiś inny sposób, bardziej zgodny z profetyzmem, który jest mi bliski. Życie jest takie krótkie. Dokąd iść? Co robić? Tak bardzo jestem wypełniony sobą. Zanadto przyglądam się sobie.

Spróbuję pójść jeszcze dalej. Na tej pustyni, gdzie nieustannie we wszystko wątpię, szczególnie w samego siebie, powinienem nie dać się, powinienem być człowiekiem obowiązkowym. Tu pojawia się to, co nazwałbym pokusą erotyzmu. I nie chodzi o erotyzm z Anną Marią, który trzeba nieustannie odświeżać, by nie było znużenia w małżeństwie, lecz o ten inny erotyzm, który jest eksponowany w pismach i filmach, ten który niesie całą sobą młoda dwudziestoletnia dziewczyna. Jestem rozdarty między przyjemnością a powinnością. Można by powiedzieć, że ten wiek (jakież to fałszywe wyrażenia: „piękny wiek” czy „w sile wieku”) stanowiący połowę życia charakteryzuje się samymi skrajnościami: sukces lub porażka, wiara lub zwątpienie, trwałość lub przygodność, spokój lub zamęt, powierzchowność lub istota rzeczy. Ten wiek, który popycha jedynie w stronę śmierci, żąda pogłębienia przekonań, ustabilizowania istoty bytu. Pokusa ucieczki do innej kobiety, jeśli to możliwe młodej, jest nieświadomym poszukiwaniem niedostępnego źródła młodości; moralne koncepcje z ledwością stawiają czoła tej wizji. Czasami chciałbym, aby była rzeczywistością. W wieku czterdziestu lat zagraża nam głupota. Zmieniłoby to koloryt tej pustyni. Wiem w głębi serca, że rzuciłoby to mnie w jeszcze głębszy kryzys.

Wybór jest jasny: świętość lub rozwiązłość. Świętość nie ma dobrej prasy w społeczeństwie konsumpcyjnym, zogniskowanym na wynikach i rentowności. Urodziłem się razem z telewizją, w powojennym społeczeństwie dobrobytu. Doświadczyłem reformy nauczania, ruchu hipisowskiego i wszystkiego, co z tego wynika. Potem przyszło moje nawrócenie, powrót do Jezusa 2 czerwca 1972 roku, pobyt u Jeana Vaniera, cztery lata w klasztorze w Oka… Tak łatwo po dwudziestu latach wyrzucić to wszystko za burtę, nawet gdyby sklejanie rozbitych kawałków miało trwać latami. Nie mam takiej odwagi. Nie tyle z powodu cnoty – chociaż miłosierdzie Boże jest nieskończone – ile z powodu poczucia tego, co jest dozwolone. Czy mam prawo robić to tym, których kocham? Rozmawiam o tym z Anną Marią, która również stara się to zrozumieć. Nic nas nie chroni przed doświadczeniami pozamałżeńskimi. To nas do siebie zbliża. Niemniej, pozostajemy dwiema samotnościami zjednoczonymi w odrębności. Po książce Les défis du jeune couple (Wyzwania stojące przed młodym małżeństwem) może powinienem był napisać Wyzwania czterdziestki? Lecz aby to zrobić, musiałbym najpierw wyjść z kryzysu. Czy będę miał na to ochotę? Każdy wiek ma swój własny kryzys wzrostu. Uparcie wierzę – wbrew wszystkiemu – że każdy wiek ma również swoją łaskę.

Doświadczana rzeczywistość uczy mnie cierpliwości. Pan ma swoje plany wobec mnie. Pragnę w to wierzyć, nawet jeśli idealista drzemiący we mnie obrywa za to. Krzyż Chrystusowy odmienia mnie. Wewnętrzny poryw popycha mnie w stronę Krzyża wbrew mnie samemu, a mogę przy nim jedynie trwać. Będąc coraz bardziej zależny od tego, co mam do przyjęcia, i ogołocony ze wszystkiego, cóż mam do zaofiarowania? Tylko Bożą miłość, której warunków muszę się nauczyć. Boję się, że nie stanę na wysokości zadania, nie dowierzam samemu sobie. Jak długo trzeba stosować kompromisy, aby osiągnąć przelotny sukces, zmniejszający wymagania absolutu, który noszę? Dawny młodzieniec nie targował się z tym absolutem. Jak to się stało, że obietnice nie zostały dotrzymane? Nie zbieram tego, co zasiałem. Mam puste ręce. Gdybym miał przynajmniej trochę większe poczucie humoru, żeby się z tego śmiać! Mam nadzieję, że to nadejdzie.

Doświadczenie codziennego banału i miernoty przeczy ideałowi, który w sobie pielęgnuję. Czyżby to właśnie tutaj Bóg na mnie oczekiwał, stawiał pytania w sercu doświadczenia rzeczywistości dalekiej od jakiejkolwiek egzaltacji, od wszelkiego fanatyzmu, aby pogłębić Jego i moją tajemnicę? Tak trudno jest trzymać się prosto i pozwolić Stwórcy rzeźbić Jego stworzenie tak, jak On to pojmuje. I upływa wiele czasu, zanim wynurzy się głęboko skryta istota jego wewnętrznego oblicza. Wiem, wiem to wszystko, ale co zrobić z resztą, z całą resztą? Pogodzić się z pustynią niedostatku i ubóstwa egzystencji, aby wypełnić dzieło, które trwa, nie tyle dzieło moich książek, ile dzieło mojego własnego życia.

Tobie, przekraczającemu sześćdziesiąty rok życia, może to wydać się normalne. Pomimo to myślę, że list nie był zbędny. Wysyłam go do Ciebie z całą przyjaźnią, gorzko stwierdzając, że miłość Boża nie wypełnia już mego serca jak kiedyś. Pisząc do Ciebie, pisałem nie tylko do samego siebie, lecz głównie do Niego, gdyż nie znam już Jego imienia. On wie, co przeżywam; chciałem Mu tylko o tym przypomnieć i powiedzieć, że kocham Go bardziej niż kiedykolwiek, chociaż niczego nie odczuwam. Chcę Go kochać na Jego sposób – Jego, który jest miłością i „który zamieszkuje światłość niedostępną” (1 Tm 6,16).
 

Prezentowany tekst pochodzi z książki Jacquesa Gauthiera Kryzys wieku średniego, która ukazała się nakładem Wydawnictwa W drodze.

List do przyjaciela
Jacques Gauthier

urodzony 4 grudnia 1951 r. w Grand-Mère w Kanadzie – poeta i pisarz kanadyjski, doktor teologii, wykładowca na Uniwersytecie Świętego Pawła w Ottawie, laureat wielu prestiżowych nagród literackich. Autor książek m.in. o T...