List z tandetnego tarasu
fot. behzad ghaffarian / UNSPLASH.COM

List z tandetnego tarasu

Są wakacje, jestem tam, gdzie co roku, siedzę na tarasie wynajętego domku i patrzę na zieleń. Ta zieleń to piniowy las, przez który co jakiś czas ktoś idzie lub biegnie. Starsi i młodsi, z kijkami do nordic walkingu, z zegarkami, na których sprawdzają, czy pobili życiowy rekord na trasie pomiędzy alejką północną a południową. Ludzie są jak ryby, powietrze jak woda w czystym akwarium. Za tą wodą, za tymi ludźmi są plaża i morze. Z plaży poza linią brzegu widać archipelag, majaki kilku wysp, na których nigdy nie byłem, choć każdego lata obiecuję sobie, że stanę na nich i zobaczę z bliska. Z tarasu, na którym siedzę, widać wszystko, co istnieje. Nawet niebo zamglone, na którym można się domyślać słońca. Chciałbym stąd już nigdy nie wrócić. Czuję się tak, jak gdybym znalazł się w jakimś ostatecznym miejscu, z którego droga nie prowadzi w głąb lądu, tylko tam – w głąb lasu, przez plażę, do morza i tych dalekich, niespełnionych wysp.

Mam czas dla siebie i myśli o sobie. Widzę je tak, jak tych ludzi, którzy spacerują lub biegają po lesie. Nie są wesołe. Pierwsza, doraźna, dopada mnie w chwili, kiedy uświadamiam sobie, że czytałem wczoraj o statku z migrantami, których rząd włoski nie chce przyjąć na Lampedusę, a mimo to jestem, gdzie jestem. Na tym tarasie, z którego widzę ludzi i własne myśli i domyślam się morza. Przecież powinienem być tam. Zobaczyć, opisać. Mieć nadzieję, że mój opis coś zmieni. Jeszcze w zeszłym roku zostawiłbym tutaj rodzinę, pojechał do Rzymu, wsiadł do samolotu i poleciał na Lampedusę. Teraz tego nie robię i wcale mnie to nie uwiera. Nie chce mi się? Nie wierzę w sens? Nie wiem.

Zostało Ci jeszcze 66% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się