„Listy do rodziny”, „Fronda”

„Listy do rodziny”, „Fronda”

Witold Gombrowicz, Listy do rodziny, oprac. Janusz Margański, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004, s. 503

Gombrowicz rodzinny

Witold Gombrowicz pozostał dla czytelników zagadką. Ile w jego twórczości było autokreacji, to pytanie, z którym każdy będzie zmagał się sam. Marzenie jednak pozostaje: Gombrowicz pozbawiony gęby i nieupupiony.

W listach do rodziny uchylamy rąbka tajemnicy pisarza. Nie jest to jednak lektura łatwa. Gombrowicz nawet tu stosuje pewne chwyty. Przede wszystkim pisze listy krótkie, w większości przypominające zdawkowe raporty. Wojna zastała go w Argentynie, gdzie pracował jako urzędnik banku. Pozbawiony blasku pisarza (sława została w Polsce) walczy o byt, ale walczy również o swoje powołanie człowieka pióra. Jedno odbywa się kosztem drugiego. Oddzielony żelazną kurtyną od pełni świata literackiego, skazany jest na układanie obrazów ze strzępów informacji. Pozostaje emigracja. Polska nie jest już tą Polską. W ojczyźnie pozostała jednak rodzina. Listy odtwarzają skomplikowane relacje z rodzeństwem. Do brata Janusza pisał przede wszystkim w sprawach wydawniczych, czyniąc zeń swego nieformalnego agenta wydawniczego. Janusz miał być oczami i uszami Gombrowicza: kto i co o nim napisał? co się mówi o jego literaturze? Do Jerzego pisał przede wszystkim o swoich znajomościach arystokratycznych w Argentynie – pewnie chciał mu zaimponować. I chyba najbardziej szczery Gombrowicz był w stosunku do siostry.

Czytając tom korespondencji obejmujący lata 1949–1968, stajemy się świadkami działania jednoosobowego biura literackiego o nazwie Witold Gombrowicz. Autor wprowadza nas w trudy nie tyle samego tworzenia, ile raczej trudy tego, co po tworzeniu. Szukanie wydawców, zabieganie o przekłady (tanie i dobre), walka o pozycję na emigracji i w kraju. To wszystko zachwycające nie jest. To wszystko do znudzenia prawdziwe jest.

Rodzina była dla pisarza problemem dwojakim: nie da się żyć ani bez niej, ani z nią. Dwoistość zagadnienia każdy czytelnik będzie interpretował sam. Autor pisze: „Co mnie dzisiaj dziwi, to moja bezradność i nieudolność na gruncie rodzinnym (…). Z dala od rodziny odnajdywałem siebie i zdobywałem się na swobodę, łatwość, żart tudzież wiele innych rzeczy, które jak gdyby przechowywały się we mnie tytułem antynomii czy rekompensaty. Dużo by gadać”.

„Fronda”

Dekaderon

Dekalog porządkuje podstawowe sprawy naszego życia. To truizm. Truizmem jest też stwierdzenie, że najwięcej kłopotu sprawiają nam właśnie podstawowe sprawy życia: relacje z innymi, wierność wybranej drodze, walka z pokusami. Pomysł jest kontrowersyjny: na 10–lecie „Frondy” redaktorzy i główni autorzy pisma zdecydowali się skomentować 10 przykazań rozumianych jako 10 osobistych wyznań, a także jako wezwań. Głosy zamieszczone we „Frondzie” nie są potwierdzeniem tego, że również, a może przede wszystkim, środowisko tego pisma potrafi grzeszyć. To raczej podsumowanie własnej działalności, zarówno jako pisma, jak i środowiska młodych inteligentów. Na ile przyznawanie się do Boga, do Kościoła było konsekwentne i prawdziwe.

Artykuły autorów „Frondy” balansują na krawędzi ekshibicjonizmu i żarliwego wyznania. Tym, co zwraca uwagę, jest rozciągnięcie kolejnych przykazań na całość doświadczenia 10 lat i tego, co się wydarzyło w Polsce.

Krzysztof Koehler rozlicza siebie, swoje pokolenie, sobie podobnych, analizując drugie przykazanie. W śmiałym spojrzeniu – przez podobieństwo sytuacji społeczeństwa zarówno sprzed dekady, jak i współczesnego (niepewność, zagubienie, brak radykalizmu) – autor przywołuje jednego z bohaterów filmu 21 gramów. Zagrał go Benicio del Toro. Nawrócony, głoszący wszędzie Jezusa, the best friend of Jesus. A jednak, gdy przychodzi straszliwy kryzys, niezrozumienie, „najlepszy przyjaciel Jezusa” wypala Imię wytatuowane uprzednio na przedramieniu. Koehler stwierdza: „Interesuje mnie teraz tylko jedno: znaczenie tej historii, miejsce po wypalonym na przedramieniu imieniu Jesus”. Czy podobnie wypaleni nie są dziś intelektualiści z opisywanego środowiska? „Gęby pełne frazesów mieliśmy. I z odważnych ewangelizatorów przekształciliśmy się w tych, którzy sami potrzebują ewangelizacji. (…) Że oto z rycerzy Chrystusowych staliśmy się kalekami, ale już nie Chrystusa, kalekami bezprzymiotnikowymi”.

Wojciech Wencel dokonał rozliczenia się z samym sobą. Przykładając do siebie przykazanie szóste, ten poetycki „pogromca szatana” demaskuje swój fałsz, zrywa maskę obłudy. Mąż, który ma kochaną żonę, dzieci, jest jednocześnie obarczony nałogami: pornografia, alkohol. Tekst – szydzący z siebie samego, obnażający małość – w rzeczywistości ratuje go i jego powołanie. Bo teraz nie ma już odwrotu. Bo z tej drogi zejść już niepodobna.

Dekalog jest tekstem skierowanym do głębin naszego serca. Wymaga nieustannego konfrontowania z rzeczywistością. Teksty frondystów pokazują, że nie ma niezłomnych „rycerzy wiary” i że wszyscy potrzebują przebaczenia.

„Listy do rodziny”, „Fronda”
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz. Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....