Liturgiczny koktajl

Liturgiczny koktajl

Choć możemy się wspólnie modlić i wzruszać na spotkaniach Taizé – to fikcją pozostaje przekonanie, że możemy wspólnie działać. Zamiast więc budować pozory wspólnoty, warto jasno stawiać sprawę i przypominać, że jedność oznacza nie tyle sentymenty, ile wspólną wiarę.

Wspólnocie braci z Taizé zawdzięczam wiele. To w trakcie Europejskiego Spotkania Młodzieży w Wiedniu w 1992 roku spotkałem swoją żonę (za co wciąż braciom dziękuję); to w trakcie spotkań w Budapeszcie i Monachium wszedłem w świat ikon, które w czasie wspólnych ekumenicznych modlitw rzeczywiście przyciągały wzrok i pozwalały się skupić na wypowiadanych słowach; to w czasie spotkań organizowanych przez braci poznałem wspaniałe, inspirowane muzyką prawosławną śpiewy. I to wszystko gdzieś we mnie zostało, wszystko odkładało się w pamięci i pomagało poznawać i zgłębiać chrześcijaństwo. Nigdy nie miałem też wątpliwości, że brat Roger Schultz był wielkim człowiekiem, który śmiertelnie poważnie traktował Jezusowe wezwanie do jedności chrześcijan i który swoje życie poświęcił temu, by chrześcijanie należący do różnych konfesji stanęli choć trochę bliżej siebie i by doświadczyli, że mimo wszystkich różnic istnieje między nimi pewna, choć niewątpliwie niedoskonała jedność. Ale to wszystko nie oznacza, że działania wspólnoty braci należy traktować bezkrytycznie. Ekumeniczna teologia stojąca za duszpasterskimi działaniami spadkobierców brata Rogera budzi bowiem poważne wątpliwości i rodzi obawy o to, że – wbrew intencjom założyciela i jego uczniów – wcale nie musi służyć sprawie jedności.

Chrześcijaństwo po prostu

Istotą duszpasterskiego zaangażowania braci z Taizé jest, moim zdaniem, bycie korytarzem (by posłużyć się kapitalnym porównaniem C.S. Lewisa, który tak określał swoją książkę Chrześcijaństwo po prostu), za pośrednictwem którego młodzi ludzie odnajdą drogę powrotną do swojego wyznaniowego domu. Wszak bracia zawsze bardzo mocno podkreślają, że nie chcą budować alternatywy dla istniejących już wyznań, ale kierować do wspólnot, z których dana osoba się wywodzi. Żeby taka operacja mogła się udać, konieczne jest ponadkonfesyjne przedstawianie chrześcijaństwa, pomijanie w nim wszystkiego, co chrześcijan różni (a jest tego naprawdę wiele) i budowanie wrażenia (niestety, gdy wejdzie się w teologię braci głębiej, bardzo mocnego), że w istocie – by znowu powrócić do porównań Lewisa – doktryny Kościołów i ich dogmatyki stanowią tylko ornamentykę, kominki czy fotele, w których chrześcijanin może się zagłębiać w zależności od swoich upodobań. Prawdziwie istotne pozostaje zaś to, co wspólne wszystkim chrześcijanom głównego nurtu, co niekontrowersyjne i niebudzące emocji.

Problem polega na tym, że takiego „chrześcijaństwa po prostu” zwyczajnie nie ma. Każdy z nas jest chrześcijaninem wewnątrz jakiejś konkretnej wspólnoty wyznaniowej, a ta wspólnota nie tylko oferuje nam odmienne typy duchowości czy jej przeżywania, ale również inne (i to niekiedy diametralnie) rozumienie człowieczeństwa, relacji człowieka z Bogiem czy Kościoła. Antropologia luterańska i katolicka stanowią dwa odmienne światy, których nie da się ze sobą (przynajmniej w ortodoksyjnych wersjach) pogodzić. Gdyż albo człowiek ma zdolność wzrastania w świętości, rozwoju duchowego, albo zawsze pozostaje simul justus et peccator, świętym i grzesznym, bez możliwości ucieczki od nieuchronnego skażenia grzechem. Podobnie nie da się pogodzić zwieńczonej w dogmacie Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny antropologii katolickiej, która z jednej strony oddaje pełną wolność Bogu, ale z drugiej pokazuje odpowiedź człowieka, z antropologią kalwińską, w której skażenie grzechem pierworodnym powoduje, że człowiek sam z siebie nie może nie tylko odpowiedzieć na wezwanie Boga, ale nawet Go poznać. Te różnice – jakkolwiek byśmy je rozmywali – mają fundamentalne znaczenie dla rozumienia naszego chrześcijaństwa. Teologia i doktryna determinują przeżywanie wiary. W zależności od tego, czy przyjmujemy jedną czy drugą antropologię, zaczynamy inaczej spoglądać na siebie samych i inaczej układać nasze życie. I nie ma od tego ucieczki w kierunku jakiegoś „chrześcijaństwa po prostu”, wykastrowanego z wyznaniowej specyfiki.

„Chrześcijaństwo po prostu” niezwykle ogranicza także zakres chrześcijaństwa. Dogmatyka katolicka (wbrew temu, co się często sądzi) ma ogromne znaczenie praktyczne. Dogmat chalcedoński czy wspomniany już dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny (a także pozostałe dogmaty maryjne, co świetnie pokazuje arcybiskup Bruno Forte) bowiem nie tylko wyjaśniają naturę Chrystusa, ale również – w nie mniejszym stopniu – pozwalają zrozumieć otaczający nas świat czy ukierunkować działanie. Fakt, że Maryja została niepokalanie poczęta czy wzięta do nieba, pokazuje godność natury ludzkiej, także w jej cielesnym wymiarze. Rozprawia się zarówno z oświeceniową wiarą w człowiekaBoga, jak i z radykalnie kalwińską (zapewne współcześni chrześcijanie reformowani odrzuciliby taką jej interpretację, ale historycznie ona istniała) koncepcją człowieka pozbawionego Boga, osamotnionego z natury. Dogmat chalcedoński, wskazując na istnienie dwóch natur w Chrystusie, pozwala odrzucić dualizm właściwy działaniom pewnej części chrześcijan. To, co Boże, i to, co ludzkie, musi być pojednane w naszym konkretnym życiu i nie możemy godzić się na to, by wymiary te od siebie separować (jak to się niestety zdarza).

Emocje zamiast doktryny

Styl modlitewny (piękne, wzruszające, ale też bardzo proste śpiewy) również może rodzić wątpliwości. Jeśli bowiem przyjmujemy starochrześcijańską zasadę Lex orandi, lex credendi, to trudno nie postawić pytania o to, w jaką wiarę wprowadzają bracia. I znów analiza śpiewów (podkreślam zachwycających i sprzyjających modlitwie) wskazuje na to, że celem jest chrześcijaństwo bezwyznaniowe, pozbawione konfesyjnych i dogmatycznych odniesień. Matka Pana, która jest przecież niezwykle istotna dla katolików czy prawosławnych, niemal nie trafia na usta modlących się z braćmi. I choć to zrozumiałe, biorąc pod uwagę kontrowersje dogmatyczne, jakie rodzi kult Matki Bożej wśród protestantów, to trudno się zgodzić – przynajmniej katolikowi – z takim usunięciem Najświętszej Maryi Panny. Chrześcijaństwo bowiem traci bez Niej smak, radykalnie oddala się od ciepła właściwego katolicyzmowi i niebezpiecznie zbliża do zimnego, pozbawionego pierwiastka kobiecego, protestantyzmu.

Ciepło jest jednak człowiekowi koniecznie potrzebne. Zaczyna się więc go szukać w psychice i metodach modlitwy, które mają rozgrzać serca i stworzyć poczucie wspólnoty (psychicznej, między protestantami, katolikami a prawosławnymi bowiem przybywającymi na spotkania nie ma jedności eucharystycznej, która stanowi Kościół). Spokojne, pełne uroku pieśni wywołują emocje, kierują myśli, ale – z braku zawartej w nich głębokiej dogmatyki (ta bowiem różni chrześcijan) i metafizyki (jak wyżej) – nie mogą formować odważnych bojowników sprawy Pana, którzy – świadomi własnej grzeszności i upadków – będą chcieli głosić chrześcijański konkret w działaniu, a nie tylko w sympatycznym budowaniu psychicznego zadowolenia. Ewangelia ograniczona zostaje więc do systemu, który ma nam dać spełnienie i zadowolenie, a przestaje być (przynajmniej w duszpasterskim konkrecie) wezwaniem do radykalnej przemiany nie tylko swojego życia, ale także świata.

Nie ma się czemu dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, że chrześcijanie coraz bardziej różnią się w kwestii oceny tego, w jakim kierunku powinien zmierzać współczesny świat, czy jak rozumieć moralność. Katolicy i prawosławni otwarcie kwestionują liberalny paradygmat moralności, podkreślając, że Kościół ma być przede wszystkim wierny radykalizmowi Ewangelii. Protestanci głównych nurtów zaś nie tylko akceptują kierunek, w którym zmierza świat, ale niekiedy wręcz są zdania, że polityczna poprawność czy ekologia stanowią istotę przekazu chrześcijańskiego. I znowu – choć możemy się wspólnie modlić i wzruszać na spotkaniach Taizé – to fikcją pozostaje przekonanie, że możemy wspólnie działać. Między liberalnymi anglikanami, którzy – jak ks. Katherine Ragsdale, rektor jednej z uczelni teologicznych Kościoła Episkopalnego – uznają George’a Tillera (lekarza, który przeprowadził w swoim życiu ponad 60 tysięcy późnych aborcji) za świętego, a katolikami nie ma i nie może być realnej wspólnoty wiary. I emocje jej nie zastąpią. Zamiast więc budować pozory wspólnoty (oczywiście w zdecydowanej większości przypadków różnica nie jest aż tak radykalna), warto jasno stawiać sprawę i przypominać, że jedność oznacza nie tyle sentymenty, ile wspólną wiarę (ortodoksję) i działania (ortopraksję), a także podporządkowanie się jurysdykcji biskupa Rzymu. Taką drogę realnego, a nie tylko sentymentalnego ekumenizmu, wskazał zresztą ostatnio Benedykt XVI, proponując anglikanom powrót do Kościoła katolickiego, a nie tylko budowanie pozorów zbliżania się do siebie.

Taką drogę trudnego (bo wymagającego nieprzyjemnych dla innych słów i czynów) ekumenizmu Kościół rzymskokatolicki proponował od dawna. Już Leon XIII przypomniał anglikanom, że stracili oni sukcesję apostolską, Sobór Watykański II przypominał jednoznacznie (wbrew temu, co niekiedy próbują sugerować także katoliccy ekumeniści), że Kościół Chrystusowy trwa w pełni w Kościele katolickim (w jedności z papieżem), a Jan Paweł II ostrzegał, że interkomunia bez jedności w wierze jest fałszem i szkodzi sprawie jedności. Modelu budowania jedności na emocjach i sentymentach, któremu tak często ulegają ludzie związani z Taizé, nie da się zaś pogodzić z takim katolickim rozumieniem ekumenizmu. I mieli tego świadomość także ci z braci, którzy – jak Max Thurian – konwertowali na katolicyzm.

Zabawa symbolami

I wreszcie sprawa ostatnia, czyli wykorzystywanie tradycji modlitewnych, ikonograficznych i pobożnościowych rozmaitych wspólnot do budowania charakterystycznego dla Taizé miksu religijnego. Ikony, śpiewy Wschodu i Zachodu, protestancki szacunek do Biblii – wszystko to zostaje wyjęte w wielkich halach europejskich miast (ale także w samym Taizé) z właściwego im kontekstu teologicznego i zmieszane w nowym „produkcie”, który takich podstaw jest pozbawiony. Najlepiej widać to w kwestii ikon. Te ostatnie nie są przecież tylko ładnymi obrazkami (trzeba przyznać, że niekiedy o wiele ładniejszymi niż współczesna, religijna sztuka Zachodu), które mają nam pomóc się skupić na modlitwie i sprawić przyjemność, ale „oknami na Transcendencję”, Słowem skierowanym do nas przez Boga, miejscem spotkania. Ikona w tradycji wschodniej bliska jest miejscu, które w tradycji katolickiej zajmuje Najświętszy Sakrament. I już choćby dlatego nie można się nią swobodnie bawić, przekładając ją z miejsca w miejsce i pozbawiając głębi. Potraktowanie ikony tylko jako obrazka w istocie pozbawia ją najgłębszego znaczenia i uniemożliwia odegranie pełnej roli narzędzia prawdziwego nawrócenia.

Bogactwo tradycji, z których młody wierny może niejako wybrać sobie to, co mu najbardziej odpowiada, rodzi także niebezpieczeństwo „turystycznego” traktowania rozmaitych elementów wyznaniowych. Ikona, pieśni liturgiczne, stroje i metody medytacji nie są już traktowane jak narzędzia na drodze pielgrzyma, ale jak eksponaty, które możemy sobie podziwiać w multimedialnej i interaktywnej rzeczywistości Taizé. Wymieszane tworzą koktajl, który choć może jest smaczny, to niestety nieszczególnie pożywny (co pokazałem już wcześniej). Atrakcyjność owego „liturgicznego koktajlu z Taizé” podnosi jeszcze to, że jest on stosunkowo prosty i łatwy do przyswojenia. A to rodzi niebezpieczeństwo, że gdy trzeba będzie się przegryźć przez trudniejsze i głębsze intelektualnie tradycje własnego wyznania – nie starczy na to sił i chęci. I pozostanie się przy sentymentalnym i ograniczającym chrześcijaństwie Europejskich Spotkań Młodzieży z Taizé.

* * *

Wszystkie zastrzeżenia, które wysunąłem wobec Taizé, nie oznaczają, że nie widzę ogromnie pozytywnych elementów działania samego brata Rogera (którego męczeńska śmierć pokazuje, jak bardzo ukochał on Boga i jak bardzo Bóg ukochał jego) i wspólnoty braci. Tak on, jak i oni pokazują bowiem młodym ludziom Chrystusa i pomagają im odnaleźć przestrzeń (to prawda, że dość wąską) dla swojej wiary, a także pozwalają się spotkać i poznać z innymi chrześcijanami. Ale przestrzenią wiary, zaangażowania i miejscem spotkania z Chrystusem powinny być przede wszystkim dla młodych ich własne wspólnoty parafialne. Bracia oczywiście zawsze do tego wzywają, ale sposób ich duszpasterstwa jest taki, że po pełnym zaangażowaniu się w Taizé odnalezienie się we własnej parafii bywa trudne. I to nie tylko dlatego, że proboszczom brakuje charyzmatu brata Rogera czy innych członków wspólnoty, ale również dlatego, że pełne przeżycie, zrozumienie i wejście w katolicyzm, prawosławie czy luteranizm jest o wiele bardziej wymagające i trudne niż uczestnictwo w spotkaniach Taizé. I o tym trzeba także pamiętać!

Liturgiczny koktajl
Tomasz Terlikowski

urodzony 10 września 1974 r. w Warszawie – doktor filozofii, dziennikarz, publicysta, tłumacz, działacz katolicki, przewodnik, pasjonat religioznawstwa (szczególnie bliskie są mu Kościoły wschodnie). W 2003 roku obronił do...