Łódź Świętego Piotra

Łódź Świętego Piotra

Podczas tegorocznej dziesiątej Lednicy wydarzy się cud nadzwyczajny. Otóż z mojego rodzinnego Prudnika, tego, w którym siedział w odosobnieniu Prymas Wyszyński, przypłynie nad Lednicę łódź świętego Piotra. Do mocy Bożej trzeba było wariactwa mojego serdecznego przyjaciela ojca Antoniego Dudka, franciszkanina. Przygoda z łodzią to jego sprawka. Zanim jednak o łodzi, najpierw o Antonim.

Znam się z nim i przyjaźnię od prawie trzydziestu lat. Wariat, jakich mało, ale pożyteczny, i daj Boże takich więcej. Jest sobą, kocha świętego Franciszka i swój zakon i stale go nosi. Niektórzy mieli go za głupiego, więc zrobił doktorat i nawet trafił do zakonnych zakładów wychowawczych z wykładami, gdzie nie wpuszcza się ludzi bez uprzedniej dezynfekcji.

Historia mojej przyjaźni z Antonim rozpoczyna się w Kędzierzynie–Koźlu, dokąd na rekolekcje dla młodzieży zaprosił mnie oblat ojciec Norbert Sojka. Zafascynowany śpiewami z Taizé usiłowałem nauczyć słuchaczy jednego z pierwszych kanonów tej wspólnoty: Cantate Domino, Jubilate Deo!, odtwarzając go z kasety. Nauka szła opornie. Nikt z uczestników rekolekcji nie miał w szkole łaciny. Jako temat rekolekcji wybrałem prawdę, że Bóg jest światłem, a Jezus uzdrawiał ślepców. Ojciec Norbert uwierzył we mnie, a ja uwierzyłem w młodzież. Brnąłem więc dalej, męcząc się okropnie. Odzew nijaki, ale nikt też nie zwraca mi uwagi. Uważałem nadal twardo, że tak trzeba, że młodzieży należy proponować wyżyny myśli i formy. I trwałem w samozadowoleniu.

Po skończonej konferencji dopadł mnie jakiś rozjuszony franciszkanin i nie pozwalając ochłonąć, rozdarł się nade mną: „Co ojciec tutaj wyprawia? Co to za rekolekcje? Ja przyprowadziłem tutaj młodzież z Raciborza i żałuję. Ich gówno obchodzi, czy Bóg jest światłem, czy nie. Tutaj jest Śląsk, tutaj mówi się konkretnie: »W Boga wierzyć, ojca i matkę szanować, dziewczyn nie łonaczyć, po nocach się nie szlajać!«”. Zaniemówiłem na chwilę, ale później próbowałem mu coś wytłumaczyć, że mówić tak dosłownie, to upokarzać ludzi. Odbiera się im godność wyboru, gdy myśli się za nich, doradza, a ja tego nie chcę ani nie mogę. Dopiero wybór w świetle Boga jest brylantem, dopiero decyzja pójścia za Chrystusowym światłem jest wartością najwyższą. On jednak obstawał przy swoim, co nie przeszkadzało nam iść pieszo po nocy na jakieś spotkanie w Raciborzu z jego młodzieżą. Tam i wtedy był początek. Potem widywaliśmy się i rozstawaliśmy. Ja trwałem w Poznaniu z młodzieżą, jego nosiło po świecie. Był proboszczem we Wrocławiu, duszpasterzem akademickim w Gliwicach, potem kilka razy w Ziemi Świętej, wreszcie wylądował w moim rodzinnym Prudniku. Ucieszyłem się ogromnie, bo wreszcie ktoś zaczął się zajmować moim miasteczkiem, zaczął eksponować miejsce uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego. Bywałem dumny z Prudnika, kiedy Antoni rozsławiał to miejsce.

A on zawsze mnie zaskakiwał. Kiedy odwiedzałem Wrocław, to zabierał mnie do telewizji, na kolację do znajomych. Potem przyjeżdżał na Jamną, nad Lednicę. Zawsze ciekaw wszystkiego, zawsze pełen pomysłów. Kochałem te nasze spotkania. Domyślałem się, że niektórzy ze współbraci muszą się go bać albo broniąc się, uważać go za niespełna rozumu. Tylko Antoni wszystko potrafił namalować, bo skończył szkołę plastyczną, zaśpiewać, napisać książkę, zaciekawić ludzi. Gdy do mnie przyjeżdżał, to opowiadał bajki. Mnie to denerwowało, bo wydawało mi się, że głupstwa gada, ale ludzie lubili go słuchać, i o dziwo, pamiętają przez lata, co powiedział, a moich kazań nie pamiętają. Dałem więc spokój. Zawsze mi coś przywoził. To drabinę, abym piął się do nieba, to wino z Kany Galilejskiej, to dzbanek i tacę do chrztu znad Jordanu, to kadzidła z Góry Atos.

I oto Antoni znów mnie zaskoczył. Przyjechał jeszcze ubiegłego lata z propozycją wybudowania łodzi świętego Piotra w stodole koło klasztoru franciszkanów w Prudniku. Będzie to replika w skali 1:1 łodzi pochodzącej z muzeum w Ginozar koło Kafarnaum nad Jeziorem Galilejskim. Łapałem się za głowę, ale ustaliliśmy, że łódź taką przyjmę do ośrodka nad Lednicą. W listopadzie w dniu imienin Ojca Świętego Jana Pawła II w stodole w Trzebini rozpoczęto budowę łodzi świętego Piotra według rysunków sporządzonych na podstawie wykopalisk sprzed dwóch tysięcy lat. Taką łódź miał Piotr, w takiej łodzi burza zastała Jezusa i On ją uciszył, z takiej łodzi Jezus nauczał.

Kiedy uświadomiłem sobie to wszystko, nie mogłem się doczekać wodowania, które się odbyło 5 kwietnia tego roku na stawach rybnych w pobliżu Prudnika. Dzisiaj odwiedził mnie Antoni, aby dokonać wizji terenu nad Lednicą. Wraz z jego przyjazdem wróciły wspomnienia i przeżycia. Antoni nie bał się nigdy wygłupów, dlatego z nim niby to na poważnie, niby dla zabawy, śpiewaliśmy razem antyfonę po łacinie, którą nasi poprzednicy w zakonach śpiewali przy uroczystych okazjach, kiedy się spotykali: Seraficus Pater Franciscus et Apostolicus Pater Dominicus ipsi nos docuerunt legem tuam Domine! Potem następował psalm 150 i antyfonę się powtarzało. W tym wspólnym śpiewaniu udawało nam się przeżywać prawdę o filadelfii nie tylko nas obu, ale naszych bratnich zakonów. Tak było i tym razem. Podniosłem również temat niezrozumienia powołania zakonnego wśród duchowieństwa i hierarchii przejawiający się w żartach i sposobie traktowania. Muszę często od początku udowadniać, że nie jestem wielbłądem i dostarczyłem wiele dowodów wierności Kościołowi. Sprawdza się mnie po wielokroć jak kleryka. Być może jest w nas, zakonnikach, wiele symptomów niedojrzałości i sami jesteśmy winni takiego traktowania. Niemniej jednak niech ci, którzy mają pretensje do dojrzałości, sami prezentują sobą i swoim sposobem życia poziom, który wzbudza szacunek i podziw.

Nie rozwiązawszy tej sprawy, uzgodniliśmy wspólnie, że łódź świętego Piotra to dar Prudnika na Lednicę, wyraz pamięci i życzliwości. Zarówno trudno jest coś dawać, jak i przyjmować. Świadomość niemożliwości odwzajemnienia jest równie trudna, jak trud dawania. Dziękuję tutaj mojemu Prudnikowi i jego władzom oraz młodzieży za zaangażowanie, Antoniemu za szalony pomysł, który wysiadywał w podprudnickiej stodole przez pięć długich zimowych miesięcy. Nie wiem też, co i jak odpowiedzieć atakującym ojca Antoniego pytaniami, ile na tym zarobił i dlaczego właśnie na moje ręce pragnie przekazać polskiej młodzieży łódź świętego Piotra. Nie wysilam się nawet sformułować odpowiedź. Tak samo, jak w przypadku istnienia zakonności na służbie Kościoła. I żal mi tylko tych, którzy nie mogą zrozumieć, że łódź przypłynie za darmo, przywożąc nam rzecz najpiękniejszą, jaką ludzie mogą się obdarowywać – przyjaźń. Dziękuję ci, Antku! Seraficus Pater Franciscus et Apostolicus Pater Dominicus ipsi nos docuerunt legem tuam Domine!

Łódź Świętego Piotra
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...