Magdalena

Magdalena

Jolce i Bogusiowi Ziętom

Wzrok księdza spoczął na stojących w kącie pokoju butach. Stare wojskowe buty z dawnej epoki. Musiały swoje przejść. Były chyba świeżo po reperacji, bo podeszwy miały ostre kanty i widać było wyraźnie warstwy skóry. „Coś pięknego — pomyślał. — Jak na starych obrazach”. Wszystko było z pokoju usunięte. Na ścianach wisiało jedynie kilka świętych obrazków i sporych rozmiarów portret księdza Jerzego Popiełuszki. Świat gotowy, by zaludnił go nowy człowiek. Ksiądz Wacław zdążył już rozpakować zawartość paru kartonów z rzeczami przywiezionych taksówką. Poukładał książki na półkach. Zabrał z sobą tylko najważniejsze, resztę rozdał w duszpasterstwie u św. Mikołaja. Potem zasiadł do biurka i zaczął pisać w swoim dzienniku. Każdego dnia kreślił choć jedno zdanie, jedną myśl na dowód, że żył. Od pięciu lat… „Pozwól mi, Panie, zrozumieć przepaść między moją wiedzą i życiem”. Zamknął notatnik. Sięgnął po dwa listy, które zdążyły już tu do niego dojść. Jeden od Jerzego, a drugi od Aśki.

…tak więc, Wacku, jestem w tym zgromadzeniu. Nie mogę jeszcze powiedzieć, że chcę być zakonnicą. Jestem tu, by usłyszeć, czy przypadkiem Bóg nie chce, abym tu była. Dzisiaj znalazłam piękną modlitwę. Może ją znasz. Przesyłam Ci na wszelki wypadek jej słowa. Nieraz coś znamy, ale to do nas nie trafia. Aż przyjdzie chwila… „O Panie, daj mi, proszę, wszystko, co prowadzi mnie do Ciebie, i weź mi wszystko, Panie Boże, co mnie od Ciebie może odwieść. Zabierz też ode mnie mnie samą i całą mnie przyjmij na Twoją własność”.

* * *

— Przedstawiam księdzu Waldka. Chcecie czy nie, musicie się polubić, bo inaczej nasz okręt zatonie. Ja już jestem zniedołężniały, na waszych barkach spoczywa parafia. Amen. Waldku, ksiądz Wacław, jak wiesz, jest wybitnym pisarzem i możesz na niego liczyć. Przeczytaj sobie jego Kazania dla teściowej. Przydadzą ci się w każdej sytuacji.

Ksiądz Waldek próbował się uśmiechać, ale robił to z grzeczności. Nie był w nastroju do żartów. Wyglądał na jakieś dwadzieścia lat, choć musiał mieć co najmniej pięć lat więcej. Szczupły szatyn. Złote druciane okulary. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest wyczerpany i znerwicowany. Ksiądz Wacław uścisnął serdecznie dłoń Waldka. Miał wrażenie, jakby ten trzymał ją przedtem w lodowatej wodzie. Spojrzał mu w oczy, chcąc wyczytać z nich, kogo spotyka.

— Słuchajcie, zostawiam was, bo przyrzekłem pani Marii, że przyjdę do niej z Panem Jezusem. Pogadajcie sobie. Taki stary piernik jak ja może tylko przeszkadzać.

Zostali sami na korytarzu.

— Zapraszam do siebie — odezwał się Wacław. — To jedyna szansa, żebyś zobaczył mój pokój nie jak po wybuchu bomby.
— To ja za chwilę, proszę księdza…
— Wacek jestem…
— Myślałem, że…
— Co? Że jestem trochę od ciebie starszy? Nie musisz mi tego wypominać.
— Nie, tak w ogóle, ksiądz, to znaczy, jesteś wielka firma. Znany…
— Grafoman. Taki mam nałóg i cierpię z tego powodu. Bliźni też. Zapytaj mojego poprzedniego proboszcza. No, to czekam…

* * *

Dwa puknięcia w drzwi.

— Wejdź, wejdź.

Waldek rozejrzał się po pokoju, jakby chciał sobie przypomnieć dobre chwile, które tu przeżył.

— Co, buteleczka? — spytał ze zdziwieniem Wacław. — Słyszałem, że na tej parafii się nie pije, a ja rozpocząłem już dziś od wspaniałego koniaku, teraz whisky, „JB”.
— Trzeba się poznać — Waldek, nie zwlekając, odkręcił butelkę, wyciągnął dwie szklaneczki i nalał do nich złocistego płynu.
— W jeden dzień wykonamy miesięczną normę.
— Ja mam trochę podwyższoną.
— Masz problem?
— Nie, ale lubię. Nieraz rano przed szkołą kieliszek na odwagę, a wieczorem na odprężenie. Proboszcz rzeczywiście nie pije. Kieliszek przy wielkich uroczystościach.
— A co, odwagi ci brakuje?
— Czasami… O widzę, że buty Pawła jeszcze stoją. — Waldek umiejętnie odskoczył od tematu.
— A jak ci się z Pawłem układało?
— Paweł to legenda. I ta legenda wykańcza mnie do dziś.
— Bo?
— Paweł prowadził duszpasterstwo marzeń. Młodzieży było tu jak w pubie. Świetnie grał na gitarze. Co roku chodził na piesze pielgrzymki z młodzieżą. Miał te stare, zabytkowe buty po swoim ojcu, podobno jeszcze z czasów wojennych. Mówił, że nie do zdarcia. Młodzież chciała kupować na imieniny jakieś markowe turystyczne, ale on się nie zgadzał. No więc polubili wszyscy te jego buty, ułożyli o nich piosenkę i ubłagali Pawła, że skoro je tak ceni, to powinien pozwolić im dać je do szewca. Zgodził się. Tak, te buty to legenda.

Waldek podszedł do ściany. Schylił się po buty. Usiadł na krześle i zaczął je przymierzać.

— Cholera, nie wyglądał wcale na wysokiego, a ten papeć to chyba 45 numer.
— A ty wiesz, co się z Pawłem dzieje?
— Nie wiem. Jakaś tajemnicza sprawa. Pojechałem na ferie i po powrocie Pawła już nie zastałem. Podobno jest za granicą. Ale co tam robi? Stary tylko jest jakoś dziwnie załamany. Trzy tygodnie temu odebrał telefon z Niemiec, a potem płakał. Traktował go jak syna. Myślę, że Paweł się jakoś do mnie odezwie.
— Ładny ten portret księdza Jerzego — przerwał Wacław.
— Namalował go Paweł.
— Mówiłeś, że cię trochę stresuje katecheza.
— Nalać ci jeszcze? — zaproponował Waldek.
— Nie, dziękuję.
— No to ja sobie wezmę strzemiennego.

Ksiądz Wacław zobaczył kątem oka, że Waldek nalewa solidną porcję.

— Mam być szczery? — spytał po chwili. — To nie stres. Ja się po prostu panicznie boję chodzić do szkoły. Dzisiaj… Dzisiaj osiągnąłem dno. Miałem lekcję na temat onanizmu. Chciałem to zrobić w sposób, no taki otwarty. Pokazać, że Kościół już nie gada takich głupot, że kto się masturbuje, to mu ręka usycha, no wiesz, w tym stylu. Wszystko miałem dobrze przygotowane, ale po paru chwilach czułem, że brnę coraz bardziej, a na plecach dźwigam worek z ziemniakami. Młodzież zaczęła żartować. Starałem się nie wsłuchiwać w te dogaduszki. Byle dotrzeć do końca. I w pewnym momencie wstała Magda. No taka superlaska. Wszystkie chłopaki za nią latają. Często się zachowywała prowokacyjnie, żeby mnie speszyć… Jakoś do tej pory to wytrzymywałem.

Waldek zamilkł na dłuższą chwilę, wziął potężny łyk. Wykrzywił twarz. Pokiwał głową, jakby chciał przerwać wyznanie.

— No i co, wal śmiało — zachęcił go Wacław.
— Powiedziała, że jeśli chcę z nimi dyskutować, to ona musi wiedzieć, czy ja się onanizuję albo onanizowałem. W klasie zrobiła się nagle martwa cisza. Czułem, jak mi się grunt usuwa spod nóg. Po chwili się ocknąłem. Zebrałem się w sobie i postanowiłem powiedzieć prawdę. Wtedy usłyszałem, że w ostatniej ławce Krzysiek, coś mówi tak, żeby wszyscy słyszeli. Chciałem zyskać na czasie i mówię, „Proszę, Krzysiek, coś chciałeś powiedzieć”. On się nie kwapił, wzdrygnął ramionami, ale odezwał się siedzący obok niego Tomek: „Lepsza rączka niż rzeżączka”. Klasa wybuchła śmiechem. Po chwili odezwała się Magda. „Zamknijcie się, debile! Miał ksiądz powiedzieć, czy się onanizował”. Nagle zobaczyłem idiotyczność tej całej sytuacji. Te prymitywne gęby wpatrzone we mnie, gotowe znowu ryczeć ze śmiechu. No i… powiedziałem więc, że jakoś udało mi się bez tego. Już nawet nie wiem dokładnie, co powiedziałem. Magda nie dała za wygraną. Spojrzała na mnie z wyższością. „No to niech ksiądz spróbuje, a potem pogadamy”. Powstał ogólny rechot, ktoś beknął… — Waldek znów zamilkł. Sączył whisky.
— I jak z tego wybrnąłeś?
— Gówno wybrnąłem. Rozległ się dzwonek. Zaczęli wychodzić z klasy. Ktoś jeszcze krzyknął: „Facio, a polucje chociaż miewasz?”, „Po naukę do arcybiskupa!”. Cholera jasna — Waldek zaczął nagle łkać, jak dziecko. — Ja już więcej tam nie pójdę. Czego ja ich mogę nauczyć? Przecież oni się z nas śmieją. Śmieją się z wszystkiego. Mają w dupie nas i to, co mówimy. Kiedy ja się masturbowałem jako chłopak, to potem przez parę lat nie chodziłem do spowiedzi, bo nie wyobrażałem sobie, że można się do tego przyznać. Czułem się jak nienormalny, trędowaty. A oni się tym przechwalają. Boże, Boże, co robić? Gdybym nie był w sutannie, tylko w dżinsach tak jak oni, może bym się zdobył na odwagę. Wszystko przez tę sutannę.
— Nie masz się co zadręczać. Ja parę dni temu wpadłem jak śliwka w kompot, bo nie miałem nawet koloratki. Waldek, jutro sobota. A potem dwa dni i masz ferie wielkanocne. Nabierzesz dystansu. Pomogę ci.

* * *

— Księże Wacławie…
— Proszę mi mówić: Wacek.
— Cieszę się. No więc, Wacku. Jeśli chodzi o szkołę, to przynajmniej do końca roku masz spokój. Zależy mi na dwóch sprawach. Żebyś trochę rozruszał życie w parafii. Trzeba jakiegoś ożywienia. Masz znajomości w świecie. Może pozapraszałbyś ciekawych ludzi, artystów, pisarzy, kogo chcesz, żeby coś się zaczęło dziać. Po odejściu poprzedniego wikarego zakradło się tu trochę marazmu. Waldek to wspaniały chłopak, ale nie ma jakoś daru do młodych. Oni ciągle wszystko odnoszą do księdza Pawła.

Proboszcz zorientował się, że niepotrzebnie wywołał jego temat. Wacław jednak udawał, że nie zwrócił na to imię uwagi.

— Myślę, że ty sobie poradzisz — ciągnął proboszcz Bronisław. — A dodatkowo chciałbym, żebyś trochę pomagał Caritasowi. Niby to się dobrze kręci, ale ludzie trochę się gubią. Zgłosiło się sporo takich, co sami potrzebują pomocy, no i rozumiesz, jak to jest. Zaczynają się kłócić, komu się należy, a komu nie. Ja bym cię prosił, żebyś taką jedną sprawę zbadał. Mamy w parafii biedną rodzinę. Dziecko z porażeniem mózgowym. Ojciec nie żyje, a matka ciężko chora. Nie wiem do końca, co tam się dzieje. Podobno wszystko się trzyma dzięki pomocy sąsiadów i dziadka. No ale można sobie wyobrazić, jakie tam muszą być braki. Z tego, co słyszałem, to sąsiedzi, którzy im pomagają, są bez pracy. Trzeba to wszystko zbadać na miejscu. Pojedziesz jako nowy ksiądz, zawieziesz trochę paczek z pampersami, soków. Podwiezie cię tam pan Mackiewicz. Człowiek bardzo aktywny w parafii. Na co dzień jest taksówkarzem, więc wszystkie sprawy transportu to zawsze z nim. Dobrze, no to ja lecę do biura.
— Księże proboszczu, trzeba by porozmawiać o Waldku. Trudno mu chyba…
— Dobrze, dobrze, Wacku. Wielki Tydzień, niełatwo teraz o spokojną chwilę, ale w święta, ze spokojem… Sam widzę, że z chłopakiem się coś dzieje.

* * *

Ksiądz Wacław ulokował się na przednim siedzeniu czerwonego audi. Samochód miał jakieś osiem lat. Podał serdecznie rękę kierowcy.

— Wacek jestem. Podobno wszystko pan wie.
— Tak, tylko nie to, co robi teraz moja żona.

Mężczyzna pod czterdziestkę zaśmiał się ze swego dowcipu i potrząsnął energicznie dłonią księdza.

— Marek jestem. Muszę opowiedzieć ci dowcip, bo zaraz zapomnę. Czy wiesz, dlaczego w małżeństwie wina rozkłada się na dwie strony?
— Nie wiem.
— Bo połowa winy jest po stronie żony, a połowa po stronie teściowej.
— Dobre, zacytuję cię na kazaniu. Muszę ci się pochwalić, że napisałem książeczkę Kazania dla teściowej.
— A ty sądzisz, że Mareczek jest głupi? Ten dowcip mam już przygotowany dla ciebie od tygodnia. Proboszcz mnie poinformował, co to za gwiazdę będziemy mieli teraz na parafii.
— Widzę, wiesz wszystko, jakbyś był gosposią proboszcza. Na taksówce już od dawna jeździsz?
— Od matury.
— Na żadne studia nie próbowałeś?
— A wyglądam na takiego, co by mógł? Powiem szczerze. To, że mam maturę, to wielki sukces. W pierwszym podejściu przerżnąłem. Miałem w klasie przyjaciela, co przerżnął ją równo ze mną. Dostał to samo pytanie. Identiko jak ja, tylko popełnił błąd: nie przyznał się do tego żonie. I teraz ilekroć się spotykamy, to on ciągle bierze mnie najpierw na bok i mówi, żebym go czasami nie wsypał przed jego żoną. Wyobrażasz sobie? Jesteśmy już prawie 18 lat po maturze, a on się boi jej to wyznać. Przed ślubem tłumaczył, że to obniży jego szanse, ale czemu teraz?
— Ciekawe — rzekł Wacław.
— Jesteśmy na miejscu. To ja cię tu zostawię, żebyś miał wolną rękę. Kochany proboszczuniu wszystko mi powiedział. Potem dajesz głuchacza na komóreczkę i za pięć minut jestem.

* * *

Zadzwonił do drzwi. Po chwili otworzyła mu kobieta koło czterdziestki.

— Szczęść Boże, ksiądz Wacław. Przywiozłem trochę rzeczy dla pani podopiecznego.

Twarz zaskoczonej początkowo kobiety rozjaśnił uśmiech.

— Ale się mój skarbuś ucieszy… Już się ubieram, biorę obiad i idziemy. To w bramie obok. Mam tu naprawdę wygodnie.

Wyszli przed dom i ruszyli do następnego bloku. Budynki z lat 70. Na szczęście budząca się zieleń odciągała uwagę od sypiących się tynków. Po chwili stali na drugim piętrze przed brązowymi, wytłumionymi drzwiami. Pani Krysia wyciągnęła klucze z płaszcza i otworzyła drzwi.

— Jestem, kochanie. Zgadnij, kogo ci przyprowadziłam… — kiwnęła ręką na księdza Wacława. Weszli do pokoju. Na łóżku leżała schorowana kobieta. Trochę widać się denerwowała. — Kochanie, to ksiądz Wacław. Nowy wikary w parafii. Przywiózł dla Rysia coś na zająca.
— Szczęść Boże, pani — odezwał się ksiądz Wacław. W tej samej chwili dobiegł go nieartykułowany dźwięk spod ściany. Na wózku siedział i cały czas się wyginał jak w pantomimie chłopiec w wieku 10–15 lat. Wykrzywiał twarz, bez przerwy się uśmiechając.

* * *

Wyszli po dwóch godzinach. Samo nakarmienie Rysia zabrało połowę z tego. Chłopiec w trakcie karmienia cały czas trzymał Wacława za rękę. Okazywał swą radość rzucaniem głowy i krzykami, więc spora część obiadu lądowała na podłodze. Przy pożegnaniu Rysio zaczął się nieprawdopodobnie wyginać i krzyczeć.

— Nie denerwuj się, Rysiu. Ksiądz do ciebie jeszcze przyjdzie.

Wacław przytaknął głową, a potem podszedł i przytulił chłopca.

* * *

— Pani Krysiu — powiedział, kiedy znaleźli się przed blokiem — proboszcz prosił mnie, bym przekazał pani trochę pieniędzy. Wie, że pani zrezygnowała z pracy ze względu na tę opiekę…
— Nie, proszę księdza, to nie tak. Ja nie zrezygnowałam ze względu na to. Zostałam zwolniona, ale to nie ma nic ze sobą wspólnego. A za tę pracę nie wezmę żadnych pieniędzy. Idzie mój mąż. Proszę to schować.

Po chwili zbliżył się do nich mężczyzna. Bujna ruda czupryna i sumiasty wąs. W ręku trzymał wyładowaną siatkę i wędkę.

— Heniu, poznaj księdza Wacława. Wracamy od Rysia.
— To czemu stoicie przed bramą? Świeża dostawa ryb, za piętnaście minut będzie ksiądz spożywał rybki, palce lizać.

* * *

Siedzieli w kuchni. Pan Kazio smażył ryby, a żona opowiadała historię Rysia i jego matki. Uśmiech, łzy i kręcenie głową. Mąż co jakiś czas z humorem komentował jej słowa.

— Tak się bałam go przewijać. Boże, jak ja to zrobię? Nie wiem, skąd mi przyszły te siły. To tylko… nadprzyrodzone. Moja słodka dupeczka, dzisiaj sobie nie wyobrażam bez niej życia.

Z oczu pani Krysi trysnęły łzy.

— Za to o mojej zapomina… — rzucił pan Kazio.
— Już byś przy księdzu głupot nie wygadywał — zobaczyła, że ksiądz Wacław się uśmiecha i sama znowu zaczęła się śmiać. — To jest cudowne uczyć się ich języka. Na początku nie wyobrażałam sobie, że można się z nim porozumiewać. A teraz, kiedy się modlimy z nim, to ja wiem, że on codziennie inaczej milczy i co innego Panu Bogu krzyczy. Wczoraj mój rojberek zbił słoik. Tak się ucieszyłam, bo to tak, jakby sam coś zrobił… Proszę księdza, czy on może przystąpić do I Komunii świętej?
— Podano do stołu — z pokoju doszedł uroczysty głos pana Kazia.

* * *

Była Niedziela Palmowa. Ksiądz Waldemar czytał Ewangelię według świętego Mateusza. W ławkach zobaczył paru uczniów ze swej klasy. „…Wtedy począł się zaklinać i przysięgać: »Nie znam tego Człowieka«. Po chwili ci, którzy tam stali, podeszli i rzekli do Piotra: »Na pewno i ty jesteś jednym z nich, bo nawet twoja mowa cię zdradza«” — głos czytającego był coraz bardziej podemocjonowany, jakby był jednocześnie strachem Piotra i wzrokiem Pana Jezusa… — „Wtedy począł się zaklinać i przysięgać »Nie znam tego człowieka«. I natychmiast Piotr zapiał”. Momentalnie uświadomił sobie przejęzyczenie i ujrzał rozbawienie na twarzach uczniów.

* * *

W czasie wielkanocnego śniadania ksiądz Waldek był dziwnie rozdwojony. Radość była w nim zmieszana z jakimś zaaferowaniem. Nie mieli zbyt wiele czasu. W przerwach między Mszami św. Waldek znikał albo na spacerze, albo zamykał się w pokoju. Ksiądz Wacław uznał, że musi mu pozwolić pobyć w samotności.

* * *

Szedł z nastawieniem, że może ten koszmar się nie powtórzy. Nie da się już sprowokować. Najważniejsze, żeby nie wyczuli, że go to załamało. Zresztą w pierwszy dzień na szczęście nie miał zajęć z 3f. W czasie dużej przerwy mijał na korytarzu grupkę uczniów z tej klasy. Próbował zachować opanowaną, uśmiechniętą twarz. Któryś z karczków trącił go prowokacyjnie. Nie zwrócił uwagi, przeszli. Za chwilę dobiegł go krzyk, wynaturzony, z ust przykrytych ręką, zduszony, chrypiący:

— Rączka!

Odwrócił się instynktownie. Salwa śmiechu.

— Jak wie, o kogo chodzi!

Zobaczył tylko anonimowy tłum rozbawionych uczniów. Grupa prowokatorów skryła się za rogiem. Próbując przemóc lęk, odwrócił się z powrotem. Wtedy znowu dobiegło go:

— I rączka zapiała po raz trzeci!

Nagle korytarz wypełnił głos naśladujący pianie koguta. Kolejne salwy śmiechu.

— Jak tam? Waliłeś już patele? Madzia nie może się doczekać.

Nie wiedział, co się dzieje. Uciekł do pokoju nauczycielskiego. Potem poszedł do dyrektora szkoły. Powiedział, że źle się czuje i prosi o zastępstwo. Wychodził ze szkoły, jakby szedł we śnie. Przed oczami wirowały mu czarne płaty. Ledwo dotarł do plebanii. Odruchowo spojrzał na samochód. To, co zobaczył… Właściwie już nic nie czuł. Na drzwiczkach wozu ktoś wymalował sprayem penisa i podpisał: „Rączka”.

* * *

W piątek około 10 na korytarzu rozległ się dźwięk telefonu. Ksiądz proboszcz podniósł słuchawkę.

— Parafia Braci Męczenników, słucham.
— Sierżant Rojek, chciałbym rozmawiać z przełożonym…
— Przy telefonie.
— W parku Chopina znaleźliśmy pijanego księdza, z papierów wynika, że z waszej parafii. Jest w takim stanie, że należy go odwieźć na izbę wytrzeźwień. Nie wiemy, co robić.
— Proszę postąpić z nim tak jak z własnym bratem…

* * *

Ksiądz Wacław siedział na korytarzu oddziału toksykologii. Po przywiezieniu Waldka na parafię wkrótce okazało się, że to nie może być zwykłe upojenie alkoholowe. Wezwano pogotowie. Analiza wykazała, że Waldek wziął potężną dawkę środków nasennych.

Teraz był poniedziałek. Wczesne popołudnie. Ksiądz Wacław siedział samotny na korytarzu. W pokoju prowadzono jakieś badania.

* * *

Boże mój, Boże… Dlaczego posyłasz nas takich nieprzygotowanych?
Z pustymi rękoma.
Daj nam choć jedno słowo, które przemieni ten wulgarny rechot…
I milczenie…
Nie chcę, by mnie podziwiali, ale niech w moich kalekich słowach usłyszą Ciebie.
Ukaż się im!
Podobno nigdy nie dajesz krzyża, którego człowiek nie może udźwignąć…
Dlaczego więc tylu z nas upada?
Waldek żyje, ale ilu nie podniosło się spod swoich krzyży?
Dlaczego sens cierpienia musi być tajemnicą, Boże?
Ludzie nie chcą tajemnic.
Dlaczego nas stworzyłeś, Panie, rozdartych?
Pomieszała się w nas radość i strach.
Nie wiemy, czy ciesząc się, opuszczamy Ciebie.
Boże, ukaż mi ścieżkę Twoją.
Jest noc.
Daj mi oczy, bym widział w ciemności. Albo zapal światła.
Panie, Waldek się boi życia, boi się ludzi…
Jak ma kochać ludzi, skoro się ich boi?
Ześlij mu swego Anioła, Panie.
Niech w twarzy szydercy zobaczy przyjaciela.
Wszyscy się czegoś boją. Przemień nasz strach w modlitwę.
Daj łzy tym, co nie potrafią płakać.
Osusz je tym, którzy powstrzymać ich nie potrafią…
Boże, kiedy ja upadnę?
Jeśli upadnę, to nie pozwól, bym drwił z tego, co dziś jest moją wiarą.
Nie pozwól, Panie, by moje codzienne potknięcia przemieniły się w upadek.
Jeszcze nie teraz.
Boże mój, Boże, czemu mnie opuszczasz, gdy odchodzę od Ciebie?

* * *

— Proszę księdza — dotarło nagle do Wacława, który miał twarz ukrytą w dłoniach. Ocknął się. Przed nim stała młoda dziewczyna. Czarne włosy do ramion. Czarna minispódniczka, czarne rajstopy i buty. — Jestem Magda Szurbet. Proboszcz mi wszystko powiedział. Ksiądz wie, że to moja wina…
— Nie wiem.
— Założyłam się przed lekcją z kolegami, że sprowokuję księdza Waldka. Tak, żeby było wesoło. Nie myślałam, że to się tak skończy.

Przysiadła na ławce obok Wacława.

— Jak ksiądz Waldek z tego nie wyjdzie, to nie wiem, co sobie zrobię.

Wpatrzyła się niewidzącym wzrokiem w wiszący na przeciwnej ścianie instruktaż o ratowaniu w wypadku zatrucia grzybami.

— Wyjdzie. Jest z nim coraz lepiej. Lekarz mi mówił, że na szczęście nie wiedział, które tabletki pozwalają zejść z tego świata. Wszystko będzie dobrze. Przynajmniej z jego zdrowiem.
— Nie wiem, jak to naprawić. Z kolegami już załatwiliśmy lakiernika. Powiedział, że drzwi będą jak nowe. Chciałabym z księdzem porozmawiać, ale tak naprawdę. Moje życie… Wszystko mi się pieprzy…
— Daj spokój. Masz duży wpływ na klasę, po prostu, jeśli Waldek wróci do was, to mu pomóż trochę stanąć na nogi.
— Przecież on, kurde, mógł przeze mnie odjechać. Jestem szmata. Ja muszę zrobić coś dobrego.
— Słuchaj, to nie jest najlepsze miejsce na taką rozmowę.

Ksiądz Wacław zerknął dyskretnie na zegarek.

— Dlaczego, przecież tu się chyba odtruwa ludzi? A ja co?
— Masz rację, ale to wymaga trochę czasu. A tak ŕ propos, spieszysz się gdzieś?
— Raczej nie.
— To chodź ze mną do marketu. Chcę kupić parę rzeczy dla chłopca z porażeniem mózgowym i jego matki. Potem pojedziemy do nich. Może tam akurat…?

* * *

Weszli na halę Auchan, gdy dobiegły ich dźwięki znanego przeboju grupy „Perfect” Nie płacz, Ewka… — Co im ten sprzęt wysiada, czy co? Słyszysz? Przecież on fałszuje.

— Ciszej… — ostrzegła Magda.

Ksiądz Wacław wszedłby o mało co na człowieka trzymającego mikrofon. Młodzieniec wpatrzony w monitor, na którym wyświetlały się słowa piosenki, przeżywał zdradę ideałów i obrastanie w tłuszcz. Obok stała niewielka grupka ludzi z koszykami. Na koniec rozległy się brawa. Chłopak ukłonił się i oddał mikrofon.

— Brawo, brawo, tort jest pana… I prosimy następnych. Odkrywamy swoje talenty! Wszyscy potrafimy cudownie śpiewać, tylko o tym nie wiemy. Za to wszyscy lubimy słodkie. Premiujemy każdego odważnego. Wystarczy zaśpiewać i rewelacyjny tort Eurobabunia należy do państwa. Dodatkowo dla tych, którzy zdobędą największy aplauz widowni, zestaw komputerowy ufundowany przez firmę Optimal. Dziś w cenie promocyjnej możecie nabyć sprzęt tej firmy za niewiarygodnie niską ceną. Czekamy!

Do konferansjera podszedł mężczyzna po siedemdziesiątce.

— Brawa dla odważnego!

Stojący zdobyli się na parę anemicznych oklasków.

— Ma pan zestaw dziesięciu piosenek do wyboru.
— Mi obojętne… — mężczyzna, śmiejąc się, rozglądał się wstydliwie dookoła.
— To może poda pan jakąś liczbę.
— Cztery.
— Wspaniale. Wybrał pan utwór grupy „Lady Pank” Mniej niż zero.
— Ale się dziadek wpakował — zaśmiała się Magda.
— Chodźmy kupić, co mamy, bo trochę późno…

Zaczęli krążyć ze swym koszykiem po labiryntach. Magda była nieoceniona. Ksiądz Wacław bez niej by się zagubił. Ona czuła się tu jak w raju. Do ich uszu dobiegała przedziwna interpretacja przeboju „Lady Pank”. Wykonawca zaczynał od jakichś operowych tonów, a potem poprzez fragmenty recytowane wpadał w nieprawdopodobne fałsze, z których przebijały dźwięki co rusz to innej melodii. Ludzie z wózkami zatrzymywali się, dosłownie parskając ze śmiechu. W jednej chwili anonimowy tłum konsumentów przemienił się w kabaretową widownię. Szokujące wykonanie przeboju docierało wszędzie… — Świetnie. Świetnie… Gratulujemy odwagi. Tort jest pana — dobiegł głos konferansjera. — A teraz…

* * *

— Wiesz co, Magda, zapomnieliśmy o jednym. Rysio ma dziś urodziny. Przydałoby się kupić coś słodkiego. Ale zdaje się, że nie starczy mi już forsy.
— Kurde, ja dopiero jutro będę miała kasę…

Od stoiska Optimala dobiegały słowa Pod papugami.

— Nie, na to trzeba zarobić — odezwał się po chwili Wacław.
— To znaczy?
— Wyśpiewać.
— Chce ksiądz tu, przy tych wszystkich ludziach? Jak ten dziadek?

— Może trochę lepiej nam wyjdzie. Temu ten Niemen idzie całkiem nieźle. No nie powiesz mi, że się boisz. Zobacz, jak wszyscy się cieszą. Co za widownia. Musisz przekroczyć siebie. Magda, w życiu nie ma przypadków. Myśmy po to tu dzisiaj przyjechali.

Podeszli do konferansjera.

— O, mamy odważną parę. Tego jeszcze dzisiaj nie było — donosił w uniesieniu prowadzący promocję mężczyzna. — Proszę się przedstawić.
— Magdalena.
— Wacek.
— Magda i Wacek. Zasady znacie… Co wybieracie? Oto lista.
— No to chyba O Magdaleno, to jedno znam na pamięć — zdecydowała dziewczyna.

Ksiądz Wacław pokiwał głową na znak aprobaty.

— No to ruszamy.

Zaczęli. Najpierw, jakby się uczyli słów, jakby próbowali. Ich świetnie kontrastujące z sobą głosy od razu przyciągnęły uwagę. Nawet drobne potknięcia stawały się jakby zamierzoną zabawą, podkreślając swobodę wykonawców. Magda była na początku trochę speszona, ale uśmiech na twarzy księdza, który wyraźnie bawił się wykonywaniem utworu, rozluźnił ją całkowicie.

Przyjaciół masz cały krąg obok siebie
I ciągle ktoś przy tobie jest, jak żart
Zamykasz wciąż swoją twarz, swoją rolę,
Dopóki jesteś pośród nas.

Słowa piosenki roznosiły się po hali. Powoli coraz ściślejszy krąg otaczał śpiewający duet. Ludzie kiwali z uznaniem głowami. Ktoś robił zdjęcia.

O Magdaleno, Magdaleno,
Choć dla wszystkich jesteś, nie ma ciebie nikt.

Ksiądz Wacław jakby zapomniał, gdzie śpiewa i że w ogóle śpiewa. Patrząc w twarz dziewczyny, pytał:

O Magdaleno, Magdaleno,
Jaka drzazga w twoim pustym sercu tkwi?

* * *

Parafia św. Mikołaja zażywała zasłużonego odpoczynku po kanonicznej wizytacji biskupa.

Trzy subtelne, acz energiczne stuknięcia do drzwi przerwały ciszę w pokoju proboszcza.

— Proszę, proszę — odezwał się ciepły, zachęcający głos.

W drzwiach ukazała się uśmiechnięta przymilnie twarz gospodyni.

— Przepraszam, troszkę wbrew zwyczajowi. Wiem, że ksiądz przegląda gazetkę po obiedzie, ale pomyślałam, że dobrze byłoby, gdyby ją ksiądz zobaczył już teraz. Coś ksiądz wspominał, że jedzie do kurii.
— A no… tak. Myślę, że należy podziękować…
— Czy ksiądz pamięta niejakiego księdza Wacława Olbrychta zwanego Groserem?
— Pani Helenko, takich wybitnych postaci się nie zapomina… Nawet po miesiącu — proboszcz z udawaną przyganą kręcił głową. — Zastanawiałem się nawet, czy jakiejś tablicy pamiątkowej mu nie wystawić, bo on tyle dobrego zrobił dla naszej parafii. Oj, chyba jestem dziś troszkę zbyt złośliwy. Muszę z tym walczyć, pani Helenko.
— Ależ proszę księdza… — z całym przekonaniem zaprzeczyła pani Helenka. — Ksiądz to tak umie wszystko z humorem… Za to parafianie księdza kochają. Ale właśnie, proszę, co ja tam będę gadać. Proszę spojrzeć na drugiej stronie…

Proboszcz wziął do ręki gazetę. Podniósł palcem okulary na nosie. I zmrużywszy oczy, zatopił się w lekturze tekstu Objawienie w supermarkecie:

…firma Optimal ufundowała szereg cennych nagród. Wygrać mógł każdy, nawet recytując słowa piosenki… Nagle supermarket zamienił się w salę estradową. Zwabieni cudowną, niepowtarzalną interpretacją znanej piosenki O Magdaleno klienci zapomnieli o zakupach…

Proboszcz przebiegał wzrokiem zdania z tekstu, pomrukując rytmicznie.

Duet Magda i Wacek musiał bisować… stwierdzili jednak, że wystąpili tylko dla przyjemności… zestaw komputerowy i tort… nie zamierzają występować w Drodze do gwiazd

— No nie, jakaż szkoda!… — proboszcz, odwracając się do gosposi, zrobił słodkoubolewającą minę.
— Ale zdjęcie. Prawda, że cudownie wyszli? Panienka trochę przypomina te tiróweczki, co stoją pod lasem…
— Tak… — przytaknął proboszcz. — Jawnogrzesznica i ksiądz na manowcach. Prawdziwe objawienie, ale ja to już przeczuwałem wcześniej.

W tym momencie w pokoju rozległo się bicie zegara.

— Oj, czas nagli. Dziesiąta, pani Helenko. Muszę jechać do kurii. Byłbym wdzięczny, jakby mi pani mój prochowczyk wyciągnęła z szafy. Dzisiaj mamy prawdziwą wiosnę.

Magdalena
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...